Nie ma podstaw, by Grupa Stoczni Gdynia ogłosiła upadłość — zgodnie twierdzą Janusz Szlanta, prezes spółki, i Arkadiusz Krężel, szef Agencji Rozwoju Przemysłu. Ochroni ją ustawa o pomocy publicznej dla firm o szczególnym znaczeniu dla rynku pracy.
Co kilka tygodni w sądach pojawiają się wnioski o upadłość Grupy Stoczni Gdynia (GSG). Wszystko wskazuje jednak na to, że holdingowi na razie nie grozi bankructwo.
Szansę na przetrwanie przyniosła ustawa o pomocy publicznej dla przedsiębiorstw o szczególnym znaczeniu dla rynku pracy.
— Wszczynamy postępowanie restrukturyzacyjne — mówi Arkadiusz Krężel, prezes Agencji Rozwoju Przemysłu (ARP).
Szef ARP może otworzyć takie postępowanie na wniosek spółki (GSG złożyła potrzebny dokument), a według art. 8.1, „od dnia wszczęcia postępowania restrukturyzacyjnego do dnia jego zakończenia albo umorzenia nie może być ogłoszona upadłość przedsiębiorcy objętego restrukturyzacją”. Z tego wynika, że stocznia może zbankrutować jedynie w przypadku niepowodzenia rozmów z wierzycielami. Janusz Szlanta, prezes GSG, wierzy jednak w powodzenie negocjacji.
Ustawa przewiduje możliwość umorzenia zobowiązań, odroczenia i rozłożenia płatności na raty i konwersji na papiery wartościowe.
Tymczasem w tygodniku „Nie” pojawiła się informacja, że holding może zbankrutować z powodu wprowadzenia ponad dwa lata temu instytucji powiązanych z TDA Capital Partners (TDA CP) do spółki Synergia 99. Według ,,Nie”, Amerykanie mają prawo żądać odkupienia przez stocznię zastawionych udziałów Synergii 99. Na to nie stać gdyńskiej spółki, więc majątek holdingu trafiłby do instytucji powiązanych z TDA CP.
Janusz Szlanta nie obawia się takiego rozwiązania. Jego zdaniem, wówczas fundusz mógłby przejąć jedynie majątek Synergii 99, na co i tak ma wpływ dzięki udziałom. Wydaje się więc, że jeśli Amerykanie mieliby doprowadzić do bankructwa stoczni, musieliby to zrobić przed formalnym otwarciem postępowania restrukturyzacyjnego.