Ropa Brent kosztuje ponad 100 USD za baryłkę i jest o 70 proc. droższa niż na początku roku. Trwające od początku marca faktyczne zamknięcie Cieśniny Ormuz pozbawiło świat ok. 15-20 proc. dostaw ropy i LNG. Mamy szok cenowy, z paliwami najdroższymi od trzech lat. Na polskich stacjach ceny oleju napędowego zbliżają się do 8 zł za litr, a benzyna kosztuje już grubo ponad 6,50 zł za litr.
To już jest potężny impuls inflacyjny, który w polskich warunkach sam w sobie podniesie marcowy odczyt CPI o 0,5-1,0 pkt. proc. Czyli z inflacji zbliżonej do 2 proc. już teraz przeszliśmy do inflacji w okolicach 3 proc. lub nawet wyższej. Ten sam problem dotyczy teraz całego świata. A jeśli blokada Ormuzu utrzyma się przez kolejne tygodnie, to komuś po prostu może zabraknąć paliw. Pod tym względem jest zatem gorzej niż w marcu 2022 r., gdy groziło nam wypadnięcie z rynku ok. 10 proc. podaży ropy na skutek zachodnich sankcji nałożonych na Rosję.
Niby podobnie, a jednak inaczej
Cztery lata temu kurs ropy Brent podskoczył z niespełna 70 USD do prawie 130 USD za baryłkę, by do końca 2022 r. wrócić do punktu wyjścia. Wtedy unijne sankcje na rosyjską ropę naftową w znacznej mierze okazały się fikcyjne. Teraz odnotowaliśmy skok z 60 USD do prawie 120 USD za baryłkę. W momencie pisania tego artykułu ropa brent kosztowała 103 USD/bbl. I nadal brakowało nam kilkunastu milionów baryłek dziennie, które zwykle płynęły z krajów Zatoki Perskiej.
Po wybuchu wojny rosyjsko-ukraińskiej banki centralne Zachodu jak jeden mąż ruszyły do podnoszenia stóp procentowych. W nieco ponad rok cena pieniądza w Rezerwie Federalnej dotarła z zera do 5,25-5,50 proc., w Banku Anglii do 5,25 proc., w Europejskim Banku Centralnym do 4,50 proc., a w Narodowym Banku Polskim do 6,75 proc. Wszędzie były to wartości niewiedziane od przynajmniej 20 lat. Tak bankierzy centralni zareagowali na skok inflacji cenowej do dwucyfrowych poziomów. Czy tak samo zareagują teraz?
Przy całym podobieństwie do sytuacji sprzed czterech lat obecnie pewne rzeczy wyglądają zupełnie inaczej. Wtedy szok paliwowy nałożył się na szok covidowy, w ramach którego rządy i banki centralne przestymulowały gospodarkę, zalewając ją bilionami euro i dolarów, transferując żywy pieniądz prosto w ręce inwestorów, przedsiębiorstw i gospodarstw domowych. Ci rzucili się kupować aktywa finansowe i towary, co w połączeniu z sanitarnymi restrykcjami sparaliżowało światowy handel i wywołało potężny szok tak popytowy, jak i podażowy. Cztery lata temu bankierzy centralni musieli drastycznie podnieść stopy procentowe, aby uratować resztki wiary w fiducjarny pieniądz.
Teraz startujemy z poziomu inflacji albo umiarkowanie niskiej, albo tylko nieco podwyższonej. W strefie euro wskaźnik HICP w lutym notował dynamikę rzędu 1,9 proc., CPI dla Stanów Zjednoczonych wzrósł o 2,4 proc., w Japonii o 1,5 proc., w Indiach o 3,2 proc., a w Wielkiej Brytanii o 3,0 proc. Nawet jeśli dodamy do tego 1 pkt proc. wywołany droższą energią, to jeszcze nie będzie katastrofy. Ponadto w gospodarkach Zachodu nie ma już tych bilionów euro i dolarów czekających na wydanie za wszelką cenę. Nie ma szoku popytowego, rynek pracy przestał być tak napięty, a moce produkcyjne nie są wykorzystane w niemal 100 proc.
Ekonomiści: nie podnosić. Rynek: i tak podniesiecie
Rynki długu zareagowały równie szybko i gwałtownie jak rynki energii. Od początku marca rentowność 10-letnich obligacji rządu USA wzrosła z 3,95 do około 4,25 proc. Dochodowość analogicznych obligacji Niemiec podniosła się z 2,65 do prawie 3 proc. W przypadku polskich 10-latek odnotowano skok z 4,9 do prawie 5,9 proc. To sygnał, że inwestujący w obligacje skarbowy wycenili istotnie wyższą inflację w przyszłości. I nie chodzi tylko o najbliższe miesiące, ale o lata – mówimy przecież o papierach 10-letnich.
Podobny ruch odnotowano jednak także na krótkim końcu krzywej terminowej. Rentowność 2-letnich obligacji rządu USA podniosła się z 3,4 do prawie 3,8 proc. W ten sposób rynek wykreślił scenariusz jakiejkolwiek obniżki stóp procentowych w Rezerwie Federalnych w tym cyklu. Jeszcze ostrzejsza reakcja nastąpiła na rynku polskim, gdzie rentowność 2-latek podskoczyła z niespełna 3,5 do przeszło 4,5 proc. Przy stopie referencyjnej NBP na początku marca obniżonej z 4 do 3,75 proc. oznacza to, że rynek długu spodziewa się podwyżek stóp procentowych w Polsce w tym lub przyszłym roku.
"Chyba nie ma co kombinować. Nie będzie jutro żadnej obniżki stóp od RPP. Na razie nie warto jednak wieszczyć scenariuszy zatrzymania lub odwrócenia kierunku ruchu stóp. Na to zdecydowanie za wcześnie. Obecna sytuacja to nie 2021/22 (popyt zupełnie gdzie indziej)" – tak tuż przed marcowym cięciem stóp w NBP napisali na platformie X ekonomiści mBanku.
"Rynek stopy procentowej zrobił w ostatnich dwóch tygodniach szalonego Iwana. Wycenialiśmy kolejne obniżki (po marcowej), teraz wyceniamy 75 pkt baz. podwyżek stóp. Dobra wiadomość dla kredytobiorców jest taka, że to się nie wydarzy" – stwierdzili ekonomiści Banku Pekao.
Czas pokaże, jak ten komentarz się zestarzeje.
Podwyżki stóp procentowych w Polsce wycenia jednak rynek terminowy. Kontrakty FRA 6x9 wskazują na trzymiesięczną stopę procentową za pół roku rzędu 4,05 proc. Pod koniec marca wskazywały na 3,4 proc. Zatem zamiast dyskontować obniżki stóp, zapowiadają ich podwyżkę o mniej więcej 25 pkt baz. Stawki FRA 9x12 wyceniają stopę procentową na poziomie 4,15 proc. w horyzoncie I kwartału 2027 r. Rynek zdaje się wysyłać jasny sygnał bankierom centralnym. "Wy jeszcze nie wiecie, że stopy i tak podniesiecie" - mówi.
Bankowy rozkład jazdy
Tymczasem we wtorek rano na drugą z rzędu podwyżkę stóp procentowych zdecydował się bank centralny Australii, podnosząc stopę gotówkową z 3,85 do 4,1 proc. Australijskie władze monetarne jako powód podały nie tylko uporczywie wysoką inflację (3,8 proc. w styczniu), ale też wzrost cen paliw wywołany wojną w Zatoce Perskiej.
W środę wieczorem spodziewamy się decyzji Federalnego Komitetu Otwartego Rynku. Inwestorzy i ekonomiści są na 99 proc. przekonani, że po trzech jesiennych obniżkach z rzędu (po 25 pkt baz. każda) Fed utrzyma stopę funduszy federalnych w przedziale 3,50-4,75 proc. Lecz o ile jeszcze w lutym rynek terminowy wyceniał kolejną obniżkę stóp w Fedzie na czerwiec, tak teraz daje nieco ponad 50 proc. szans na to, że taka decyzja zapadnie we wrześniu albo w październiku. Do końca roku w pełni nie jest zdyskontowana nawet jedna, 25-punktowa obniżka.
Natomiast w czwartek czeka nas istny wysyp komunikatów z banków centralnych. Zacznie Bank Japonii (BoJ), który tym razem ma jeszcze utrzymać stopę procentową na śmiesznie niskim poziomie 0,75 proc. Ale w przypadku BoJ rynek spodziewa się podwyżki w czerwcu. Na zerze ze stopami powinni pozostać Szwajcarzy, a szwedzki Riksbank utrzymać stawkę 1,75 proc. Stóp zapewne nie zmieni także Europejski Bank Centralny (EBC), który od czerwca utrzymuje stopę depozytową na poziomie 2 proc. - czyli mniej więcej na poziomie bieżącej inflacji HICP w strefie euro. Na rynku spekuluje się, że inflacyjny impuls z rynków energii zmusi EBC do podniesienia stóp w dalszej części roku. I na koniec mamy największą enigmę, jaką w ostatnim czasie są decyzje Banku Anglii. Ten może stopy albo utrzymać na poziomie 3,75 proc., albo dokonać 25-punktowej redukcji. Miesiąc temu brytyjski Komitet Polityki Monetarnej podjął decyzję stosunkiem głosów pięć do czterech.
O ile jeszcze w lutym rynek terminowy wyceniał kolejną obniżkę stóp w Fedzie na czerwiec, tak teraz daje nieco ponad 50 proc. szans na to, że taka decyzja zapadnie we wrześniu albo w październiku. Do końca roku w pełni nie jest zdyskontowana nawet jedna, 25-punktowa obniżka.
Bardzo możliwe, że znaleźliśmy się w sytuacji, w której bankierzy centralni nie dysponują dobrym ruchem. Podnosząc stopy procentowe, ryzykują osłabienie i tak nienajlepszej koniunktury gospodarczej oraz i tak nie unikną idącej na nas inflacyjnej fali. Z drugiej strony brak reakcji grozi powtórką stagflacyjnego scenariusza z lat 70., gdy tolerowanie podwyższonej inflacji nikomu nie wyszło na dobre. Wygląda zatem, że w gospodarkach rozwiniętych przynajmniej na jakiś czas wracamy do reżimu realnie ujemnych (przynajmniej ex post) stóp procentowych. A władcy pieniądza znów zrobią coś, co robią najlepiej: poczekają z decyzjami, zasłaniając się niepewnymi prognozami.
