Bezpartyjny, czyli partyjny

opublikowano: 09-02-2015, 00:00

Konwentykle wyborcze dwóch kandydatów, którzy mogą ewentualnie zmierzyć się w drugiej turze — czyli urzędującego prezydenta Bronisława Komorowskiego oraz pretendenta Andrzeja Dudy — miały wiele wspólnych elementów.

W piątek i sobotę naprawdę można było się wzruszyć, patrząc na wielkie sale nabite partyjnym aktywem, wpatrującym się w uwielbianego kandydata z autentycznymi łzami w oczach. Dla obu zgromadzeń triumf ich reprezentanta jest oczywistą oczywistością, a główna różnica sprowadza się do tego, że kandydat PiS nie śmie marzyć o wygraniu już w pierwszej turze, na co z kolei bardzo liczy kandydat PO.

Obie partie walczące o władzę w Polsce potwierdziły, że instytucja prezydenta bezpartyjnego nie istnieje.

Rzecz jasna nie jest to przypadłość tylko Polski, lecz globalna reguła, od której istnieją bardzo nieliczne wyjątki — np. obecny prezydent Joachim Gauck w Niemczech. W dziejach III Rzeczypospolitej bezpartyjny był tylko w kadencji 1990–95 Lech Wałęsa, programowo skonfliktowany ze wszystkimi partiami. Notabene założył własną, pod nazwą Bezpartyjny Blok Wspierania Reform, ale i z nią szybko się skłócił. Następni prezydenci byli już najczystszymi produktami partii, ba, wręcz ich ojcami — Aleksander Kwaśniewski stworzył Socjaldemokrację RP, później przekształconą w Sojusz Lewicy Demokratycznej, a Lech Kaczyński założył Prawo i Sprawiedliwość. Bronisław Komorowski akurat nie był jednym z trzech „tenorów” zakładających Platformę Obywatelską, ale od początku zajmował stanowiska państwowe z jej mandatu, a w 2010 r. wystawiony został na prezydenta po wewnętrznych eliminacjach. Dzięki wyborom bezpośrednim w III RP, prezydent od ćwierć wieku ma bardzo silny mandat społeczny (znacznie silniejszy, niż w przedwojennej II RP), ale wszyscy wybierani od 1995 r. dobrze pamiętali/pamiętają o korzeniach, wykonując w Pałacu Prezydenckim dla macierzystych partii usługi polityczne.

Weekendowy start ostry kampanii potwierdził silne sprzężenie zwrotne wyborów prezydenckich w maju oraz parlamentarnych w październiku. Powodzenie wszystkich górnolotnych planów kandydatów do fotela głowy państwa na kadencję 2015–20 zależy przede wszystkim od tego, kto będzie trzymał stery w rządowej kadencji 2015–19. Oto prosty przykład — w sobotę Andrzej Duda zapowiedział, że jedną z pierwszych jego prezydenckich inicjatyw ustawodawczych byłoby wycofanie się z wydłużenia wieku emerytalnego do 67 lat. To chwyt bardzo sprytny w kampanii, ale autor całkowicie pominął dalsze losy jego inicjatywy — jeśli większość w Sejmie nadal będzie miała koalicja pod przewodem PO, to projekt tylko zaliczy pierwsze czytanie i na amen trafi na dno szuflady w komisji. Z kolei Bronisław Komorowski, którego reelekcja w maju jest pewna, w razie przejęcia w październiku władzy przez PiS straci cieplarniane otoczenie jego prezydentury z kadencji 2010–15. Przy takim niespójnym rozstrzygnięciu wyborczym Polska weszłaby jesienią nie w okres kohabitacji, czyli zimnej współpracy dwóch konkurujących ośrodków władzy, lecz po prostu w okres zażartej wojny na górze, całkowicie paraliżującej państwo.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu