Pisałem niedawno, że problemy ekonomiczne są zwykle kręceniem się wokół tych samych pytań przez dziesiątki lub nawet setki lat. Znów obserwujemy rozgorzałą dyskusję na temat tego, jak ceny paliw przekładają się na inflację. Dyskusję, która zatoczyła już wiele kręgów w przeszłości. Wracamy jednak do niej, bo każdy kolejny kryzys to nowe okoliczności, inna struktura gospodarki, inne oczekiwania.
Od końca lutego ceny benzyny na stacjach wzrosły o 20 proc., a oleju napędowego o 30 proc. Mechaniczne przełożenie na ogólną inflację wyniesie ok. 1 pkt proc. (nie wspominam na razie o przełożeniu innych surowców, na przykład gazu na ceny prądu w przyszłości). Ale co dalej? Czy firmy, których koszty rosną, też będą mogły podnieść ceny i w efekcie inflacja wzrośnie więcej?
Radykalni wolnorynkowcy, którzy wierzą w dużą elastyczność cen, uważają, że paliwa nie mają trwałego wpływu na inflację dopóki rząd nie zacznie interweniować na rynku. Paliwa drożeją, ale przez to ludzie muszą kupić ich mniej. Albo muszą kupić mniej innych towarów, bo nie starczy im dochodów, i wtedy ceny tych innych towarów spadną. Nie ma powodu, dla którego wyższe ceny paliw miały wywołać jakąś dużą falę wzrostu wszystkich cen.
Ale radykalni wolnorynkowcy są w mniejszości. Większość ekonomistów sądzi, że wzrost cen paliw stwarza ryzyko dla powszechnego wzrostu cen z powodu tego, że ceny nie są w pełni elastyczne. Czyli nawet jak ludzie ograniczą wydatki z powodu wzrostu cen paliw, to ceny tych innych towarów i usług nie spadną. Średnie ceny będą wyższe.
Niska elastyczność cen nie jest jednak największym problemem. Gdyby była, to mimo wszystko problem byłby krótkookresowy: ogólne ceny by wzrosły, ale ten wzrost nie trwałby długo.
Dużo większym problemem jest to, czy skok cen paliw nie wywoła powszechnego wyścigu na podnoszenie cen. Najpierw podniosą je rafinerie, potem stacje paliw, firmy transportowe, sprzedawcy żywności, usługi turystyczne, na końcu podwyżek będą domagać się pracownicy, więc dołączy wzrost płac, za którym pójdzie wzrost cen usług pracochłonnych. Tak to zadziałało w 2021 i 2022 roku. Ten cykl może być wywołany przez kilka efektów: niepewność, brak zaufania, lub zwykłą… chciwość.
Włoski ekonomista Tomasso Monacelli napisał w swojej ostatniej pracy, że przełożenie cen surowców na ogólną inflację zależy od tego, jak bardzo wysokie ceny paliw sygnalizują ogólną niepewność łańcuchów dostaw w gospodarce. Jeżeli taka niepewność się pojawia, firmy podnoszą ceny, by zabezpieczyć się przed wstrząsami kosztowymi. I ten impuls zaczyna rozlewać inflację szeroko.
Z kolei cytowana przeze mnie tu niedawno Isabella Weber twierdzi, że firmy traktują ceny paliw jako sygnał do koordynacji. W normalnych warunkach nie mogą koordynować podwyżek cen i ten, kto je podniesie, straci klientów. Ale w czasie inflacji surowcowej zaczynają łatwiej podnosić ceny.
Nie wiemy, który z tych mechanizmów zadziała w obecnych warunkach. Możemy się domyślać, śledząc informacje ze spółek.
Dlatego z zainteresowaniem przeczytałem to, co w czwartek na konferencji wynikowej mówił prezes Jeronimo Martins, portugalskiego właściciela sieci Biedronka. Soares dos Santos ostrzegał, że będzie bardzo trudno spółce utrzymać marże w tym roku. Rosną koszty, a jednocześnie konsumenci ostrożniej wydają pieniądze, czyli nie zaakceptują łatwo wyższych cen. Po jego słowach akcje spółki spadły w Lizbonie o ponad 6 proc., a za nimi poszła cena akcji Dino, która w Warszawie też spadła o ponad 6 proc.
Oznacza to, że Jeronimo Martins na razie nie widzi efektu mgły inflacyjnej, w ramach której sprzedawcy nieformalnie koordynowaliby podwyżki cen. Uważa, że nie podniesie łatwo cen w reakcji na wyższe koszty energii. Jest to ciekawe, ponieważ ta mgła wystąpiła w 2022 r. i wtedy firmy takie jak JM poprawiały marże.
Oczywiście jest możliwe, że te słowa są tylko elementem politycznego PR. Właściciele korporacji wiedzą, jak wrażliwi są politycy na zmiany cen. Ale może to równie dobrze oznaczać, że tym razem przełożenie cen energii na ogólne ceny w gospodarce będzie nieporównanie słabsze niż w 2022 r.
Sygnał z Biedronki należy traktować jako szklany sufit dla cen. Firmy, które uważają, że teraz można podnosić ceny bez szkody dla sprzedaży i reputacji, mogą się pomylić.
