Całkiem luźny krawat

Jacek Konikowski
opublikowano: 2006-10-27 00:00

Panie mogą zamienić szpilki na trampki. Panowie luzują krawaty i zdejmują marynarki. Wolno się śmiać albo z nudów bazgrać głupawe rysunki. Ale nudno nie będzie.

Piórkiem w kajeciku proszę zapisać temat szkolenia: luzik i humor w biznesie. Czy to się opłaca?

Teoria zarządzania do niedawna była sztywna jak kurs wietnamskiego donga. Nie znajdowano w niej miejsca na śmiech i luz. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu można było stracić pracę za nucenie, gwizdanie czy dowcipkowanie w godzinach pracy. Szefowie traktowali to jako przejaw niesubordynacji.

Przekonał się o tym niejaki John Gallo, brygadzista z fabryki Forda w River Rouge, którego stary Henry wylał tylko dlatego, że ten dał się przyłapać na dowcipkowaniu i śmiechu, „co spowodowało zwolnienie procesu produkcji”. Dzisiaj wesołego Johna wybroniłby każdy adwokat, a jego syn mógłby pękać ze śmiechu przy taśmie produkcyjnej Fiesty i nikt nie zrobiłby mu krzywdy. Choć teoria organizacji niezmiennie sugeruje stosowanie surowych zasad biurokracji i zarządzania, to czasy się zmieniają. Nie, wcale nie są weselsze. Tyle że humor i luz przekładają się na efektywność i pieniądze, dlatego coraz śmielej wkraczają w skrępowany korporacyjnymi ograniczeniami biznes. I to nawet do firm, w których zasady są święte niczym prawa Murphy’ego.

Weźmy chociażby szacowne British Airways, ostoję brytyjskiego konserwatyzmu. Od 1995 roku istnieje tu stanowisko „kontraktowego błazna”. Paul Birch pełni w firmie identyczną rolę jak jego średniowieczni protoplaści na dworach królewskich: może otwarcie kwestionować poczynania zarządu, stając się rzecznikiem krytyki traktowanej z przymrużeniem oka.

Pewien brytyjski biznesmen żartował sobie, że w BA konserwatyzm posunął się do tego stopnia, iż przybicie gwoździa wymaga zgody królowej matki. Owym prześmiewcą był Richard Branson — czyli żywe potwierdzenie teorii, że biznes bez luzu i humoru jest tym, czym długopis bez wkładu. Stopień wyluzowania sir Richarda Bransona, najbogatszego brytyjskiego biznesmena, twórcy potęgi Virgin Group, jest już legendarny. Kochają go za to media. Gdy kilka lat temu Branson wymyślił Virgin Colę, podczas jej promocji pojawił się na czołgu, sunąc po Wall Street i gniotąc po drodze tysiące puszek Coca-Coli, największego rywala jego napoju. Gdy po ciężkich bojach z BA udało się mu się rozpocząć loty do USA swoim — jedynym wówczas — samolotem z logo Virgin Air, reklamował je hasłem, które sam wymyślił: „Czy jest coś przyjemniejszego niż lot z angielską dziewicą?” (ang.: virgin — dziewica).

Bransona kochają też udziałowcy Virgin, bo potrafi ekscentryczne poczucie humoru zamieniać na pieniądze. Przychody Virgin Group stale rosną i dziś przekraczają już 4 mld funtów. Sam Branson dorobił się majątku szacowanego na niemal 2 mld funtów. Przypadek? Szaleństwo?

— Coraz więcej firm docenia rolę humoru w ich działaniu. Niektóre świadomie używają go, by zwiększyć produktywność, udział w rynku lub przyciągnąć pracowników i wyróżnić się na tle konkurencji — twierdzi Aleksander Łamek, specjalista terapii śmiechem.

Tym razem nie żartuje. Spójrzmy na siebie. Jak to się ma do tych, którzy codziennie o szóstej rano pędzą do „fabryki azbestu”, żeby przeczekać do fajrantu? W takim obywatelu rozbudzić humor i luz? A jednak można! Pod warunkiem że ma się szefa, którego luz i humor udzieli się innym.

Czerwona mucha

„Niepodejrzewający niczego mieszkaniec Górki, Zbigniew S., oglądał nieprzypadkowy blok reklam. W umyśle Zbycha zaszły zmiany. Dwa dni później ktoś zapukał do Zbycha. Buch! Buch! To jeden z sześciuset starannie wyszkolonych ankieterów SMG/KRC. Poddał Zbycha ciężkiej próbie. Po godzinie Zbychu uświadomił sobie, co kupił i czego nie używał przez ostatnie 3 miesiące. Nie było tego wiele”. To fragment firmowego komiksu z cyklu „Proste odpowiedzi na trudne pytania”, który ma pomóc pracownikom i klientom SMG/KRC w zrozumieniu zasad sondażu typu omnibus. Wisi oprawiony w holu głównym firmy, gdzie od kwadransa czekamy na człowieka uchodzącego za jednego z najbardziej „odjechanych” polskich menedżerów.

W końcu jest. Tym razem nie w czerwonej muszce, lecz w szturmówkach, bluzie Tsahal (armii izraelskiej), z okularami taktycznymi na nosie, zegarkiem policyjnym na ręku i pistoletem Glock 17 za paskiem. Krzysztof Kruszewski, dyrektor zarządzający MillwardBrown SMG/KRC, burzy wizerunek tradycyjnego polskiego menedżera, czyli takiego, dla którego świat to jego biznes, a hobby, o ile je ma, to zazwyczaj zbieranie znaczków czy wędkarstwo.

— Tak, wiem, mówią o mnie, że jestem trochę odjechany, ale wcale mi to nie przeszkadza. Mój odjazd wynika chyba z tego, że jestem zawieszony w dwóch zupełnie od siebie odmiennych rzeczywistościach. Socjolodzy określają to mianem pogranicza światów. Jeden świat to badacz rynku, uczony nauk społecznych, konsulting, duże pieniądze. Poważna sprawa. Drugi — systemy walki. To właśnie bycie na marginesie obu światów pozwala zachować mi dystans do tego, co się robi, i stać się człowiekiem niesztampowym. Mam świadomość względności wszelkich wyborów i konwenansów — zapewnia Kruszewski.

Po godzinach jest instruktorem walki w warszawskim oddziale Europejskiego Stowarzyszenia Kraw Maga Polska. Ćwiczy kursantów technik walki z użyciem krótkiej broni palnej według programów szkoleniowych służb specjalnych Izraela. Też poważna sprawa. Kilka razy w tygodniu biega po poligonie. Nikogo już nie dziwi, gdy Kruszewski pojawia się w firmie z obitą twarzą czy wsparty na kulach.

Czy nadchodzi czas luzaków i ekscentryków w biznesie?

— Ewidentnie. Liczba firm, w których zezwala się pracownikom na nietypowe „opakowanie”, od ubioru po zachowanie, rośnie. Ekscentryzm przykuwa uwagę, a na niej wielu firmom zależy przede wszystkim. To koncepcja fioletowej krowy. Za czarno-białą nikt się nie obejrzy, za fioletową — każdy. W teorii zarządzania istnieje też zasada „odróżniaj się albo giń”. To się odnosi zarówno do produktów jak i menedżerów. Jesteś szary, więc cię nie ma — mówi Kruszewski.

To dlatego pewnie zakłada czerwoną muchę na spotkania z klientami?

— Fakt, dzięki temu łatwo mnie zapamiętać — potwierdza Kruszewski.

Burakom — nie!

Mateusza Zmyślonego, od 13 lat właściciela i dyrektora kreatywnego agencji reklamowej Eskadra, też niełatwo zapomnieć, choć on sam wzbrania się, gdy go nazwać luzakiem. Ale czy ktoś, kto na spotkanie do Ministerstwa Spraw Zagranicznych idzie z psem, jest typowym biznesmenem?

— Nie miałem wyjścia, musiałem zabrać Bigosa, bo nie miałem go z kim zostawić. Po długich korowodach wpuścili nas — pod warunkiem że pies wejdzie jako osoba towarzysząca. Mógł jako bagaż podręczny, ale nie chciałem, żeby go wsadzali pod rentgen. Więc Bigos dostał identyfikator: „pies Bigos do: minister Cimoszewicz”. Urzędnicy byli oburzeni, ale minister na jego widok cieszył się jak dziecko — mówi Zmyślony.

Kudłaty Bigos często towarzyszy mu na spotkaniach z klientami. Luz graniczący z ekstrawagancją nie przeszkadza Zmyślonemu w zdobywaniu klientów czy w sukcesach na festiwalach reklamowych. Eskadra pracuje dla największych i najpoważniejszych, jak Ministerstwo Sportu, Procter & Gamble, TVP, Żywiec, IKEA czy Sky Europe Airlines. Jedyne trzy polskie The Globes Awards, światowe „oscary” marketingowe, stoją na biurku Zmyślonego.

Trudno go spotkać w garniturze czy choćby marynarce; najczęściej paraduje w podkoszulku — ostatnio pomarańczowym z zielonym smokiem, własnej roboty.

— W biznesie przeszkadzają formułki i konwenanse. Ja ich unikam. Jeżeli kogoś przekonują moje projekty i pomysły, to możemy współpracować. Jeżeli jednak komuś nie w smak mój sposób bycia, koszulka ze smokiem czy papuga w biurze, to sam powiem takiemu klientowi: spadaj — podkreśla Zmyślony.

Luz szefa udziela się pracownikom agencji. W biurze na co dzień jest nieformalnie i wesoło, zwłaszcza gdy zacznie gadać firmowa papuga. W dziale kreacji wisi na ścianie największa na świecie kolekcja kilkuset najprawdziwszych… jaboli. Od samego czytania etykiet można paść ze śmiechu.

— Mamy tu prawdziwe hiciory, klasyki gatunku, jak Menello Bianco czy Rajskie Jabłuszko. W sumie z 700 eksponatów — mówi Zmyślony.

To jednak nic. Żywieckie Muzeum Humoru robione kiedyś dla Żywca (i nagrodzone jednym z The Globes Awards) to dopiero zaskoczenie: miało być zabawnym dziwactwem, a okazało się marketingowym sukcesem. Jest w nim tytułowy „Miś” z filmu Barei, słynne hibernatory z „Seksmisji” i mnóstwo różnych rekwizytów z „Rejsu” i innych filmów PRL-u.

— Luz i humor pomaga w interesach, przyciąga fajnych ludzi, bo jak ktoś jest burakiem czy bucem, to najczęściej ja nie mam ochoty na robienie z nim interesów, a on — ze mną. Luz jest naturalnym filtrem: albo ktoś akceptuje mnie takim, jakim jestem, ceniąc moją wiedzę i doświadczenie, albo nie. A skoro już akceptuje, to pewnie sam jest fajny. Najłatwiej jest być profesjonalistą wtedy, gdy ma się naturalną motywację. Na rynku pełno jest biznesmanów, którzy poza opakowaniem w postaci garniturku nie dysponują żadną prawdziwą bronią. My mamy jej mnóstwo, cały arsenał. Więc jeśli komuś odpowiada mój styl bycia i myślenia, to oznacza że możemy razem pracować. Burakom mówię stanowcze nie! — zapewnia Zmyślony.

Przegrany zakład

W Action, od niedawna spółce giełdowej, najluźniejszym miejscem pozostaje firmowy bufet: swoisty Hyde Park, w którym każdy może się wygadać do woli, bez obawy, że przyjdzie mu wertować ogłoszenia o pracę.

— Humor i luz w firmie musi być! W „dzisiejszych czasach” nie ma biznesu bez humoru. Luz i śmiech cementują kontakty, pomagają w negocjacjach, ułatwiają współpracę — mówi Piotr Bieliński, wiceprezes Action.

Często do firmy wjeżdża na kolarce, więc zdarza się, że ten czy inny strażnik pomyli go z kurierem. Z kim może, jest na ty.

— Przynajmniej z tymi, których imiona pamiętam. Znam 70, muszę jeszcze wkuć jakieś 430 — żartuje Bieliński.

Wśród pracowników i kooperantów znany jest z dystansu do własnej osoby. Pracownicy go za to uwielbiają, rzecznik prasowy — rwie włosy z łowy, zwłaszcza gdy po raz setny słyszy opowieść, jak to Bieliński po kilku piwach zamówił kontener myszek komputerowych.

— To nie było po piwach, lecz po przegranym zakładzie. Osiem lat temu założyłem się z naszym żółtym dostawcą, że skoczę na bungee z 300-metrowej tamy w Szwajcarii — tej samej, z której skoczył James Bond w „Golden Eye”. Stojąc już na barierce, spojrzałem w dół i ledwo dojrzałem dno, wtedy zmiękłem. Przez to musiałem kupić cały kontener myszek komputerowych — opowiada Bieliński.

— Już pan się nie zakłada o kontener myszek?

— O nie, dzisiaj jesteśmy już znacznie więksi niż wówczas, więc zakładam się o kilka — śmieje się Bieliński.

Kaskady humoru

„Rzecz dzieje się w koszarach. W kluczowym momencie sierżant wrzeszczy: — Żołnierze! Najważniejsza, k..., jest zaprawa!”. To cytat z największego polskiego dziennika, który opisywał jedną z reklam Atlasa. Tyle że dziennikarz się pomylił.

— Bo w reklamie żołnierz wrzeszczy: krowa! Kto umie czytać z warg, niechaj sprawdzi. A niby dlaczego zamiast krowa jest buczek piiip? Dla żartu — tłumaczy Aleksandra Paprocka, szef PR Grupy Atlas.

Słowo „żart” jest tu odmieniane przez wszystkie możliwe osoby i czasy. Począwszy od prezesów, którzy:

— Uwielbiają żartować także z siebie samych. Gdy są razem, salwy śmiechu słychać piętro niżej. Staram się nie kontaktować dziennikarzy z całą czwórką jednocześnie, bo wtedy to... materiał wybuchowy. Gdy zaczną sobie stroić żarty, ktoś postronny zwykle nie nadąża i — kiedy nie ma poczucia humory — po prostu wymięka — mówi Aleksandra Paprocka.

Ociekające dowcipem reklamy ludzie z Atlasa sami wymyślają; agencja zewnętrzna jedynie realizuje ich pomysły. Celuje w nich zwłaszcza prezes Rojek, który wymyślił spoty z Rosiewiczem, Krzyżakami czy ostatnio z Pazurą. Bo humor prezesów stał się narzędziem marketingu.

— Humor prezesów taki codzienny — to jedno, ale to się udziela, przenika do naszych reklam i marketingu. Zależy nam, by Atlas był postrzegany właśnie przez pryzmat wesołości i humoru, bo to owocuje pozytywnym nastawieniem ludzi do naszej firmy i marki — twierdzi Paprocka.

Bo jak mawia prezes Rojek: cierpiętniacy nie są zdobywcami świata.

Badania przeprowadzone w USA dowodzą, że pracownicy amerykańskich firm, które wprowadziły humor do pracy, rzadziej chorują, mają większą satysfakcję z pracy i lepiej pracują.

— Według najnowszych badań aż 97 procent amerykańskich menedżerów przyznaje, że humor jest cenny w biznesie. A 60 procent twierdzi, że luz i poczucie humoru ma przełożenie na osiągane w pracy sukcesy — twierdzi Aleksander Łamek.

Zdrowe poczucie humoru to atrybut intelektu. Dlaczego więc nie wprowadzić go do zarządzania we własnej firmie? Szczypta ekscentryzmu, odrobina luzu i humoru mogą mieć równie kojące właściwości jak płynność finansowa. Warto jednak pamiętać, że płynność szybko zamieni się w bankructwo, gdy w luz i humor przeinwestujemy. I będzie płacz.