Chcę wyroku, nie przedawnienia

Grzegorz Nawacki
12-04-2010, 00:00

O kulisach sprzedaży i negocjacji z Eureko oraz fortelu w umowie opowiada autor prywatyzacji PZU.

To publicystyka, na dodatek z błędami — tak o akcie oskarżenia mówi Emil Wąsacz, były minister skarbu

O kulisach sprzedaży i negocjacji z Eureko oraz fortelu w umowie opowiada autor prywatyzacji PZU.

Trzy i pół roku temu do drzwi Emila Wąsacza zapukali funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego. Zbigniew Ziobro, ówczesny minister sprawiedliwości, na konferencji prasowej z dumą ogłosił aresztowanie w sprawie prywatyzacji PZU jako sukces śledczych. Skończyło się odszkodowaniem przyznanym przez sąd za bezprawne zatrzymanie.

Ale problemy Emila Wąsacza nie skończyły się wraz z odejściem PiS. Na początku lutego do sądu trafił akt oskarżenia. Spory: 130 tomów akt i 400 tomów załączników.

— Złożyliśmy wniosek o umorzenie bez postępowania. Wniosek prokuratury nie ma szczegółowych odniesień do przepisów prawa, zawiera jedynie publicystyczne argumenty. Przeprowadzenie procesu będzie trwało latami. To nie ma sensu. Prokuratura, zdając sobie sprawę, że nie ma szans na wygranie sprawy, postanowiła tak zadziałać, aby sprawa nie została rozstrzygnięta prawomocnym wyrokiem przed upływem przedawnienia, czyli dniem 6 listopada 2014 r. W tym celu rozbudowała do gigantycznych rozmiarów (141 stron) akt oskarżenia, z czego 67 stron obejmuje wykaz świadków do przesłuchania oraz wykaz dokumentów do rozpoznania — mówi Emil Wąsacz.

Polityczny wniosek

Akt oskarżenia trafił do sądu, ale były minister nie może się doczekać procesu.

— Sąd rejonowy, który otrzymał akt oskarżenia, stwierdził, że sprawa sparaliżowałaby jego funkcjonowanie na kilka lat i zwrócił się z prośbą o przekazanie sprawy do okręgowego. Nie wiemy, który sąd będzie to rozpatrywał, a co dopiero mówić o terminie rozprawy czy rozpatrzeniu wniosku o umorzenie. Bronię swojego prawa do sprawiedliwego wyroku w mojej sprawie, a nie do doprowadzenia do przedawnienia — mówi Emil Wąsacz.

O wyrok jest spokojny. Zapewnia, że przy sprzedaży PZU nie było uchybień.

— Transakcja została przeprowadzona wzorowo. W trybie przetargu wybrano renomowanego doradcę: ABN/Amro. Żadna moja decyzja nie była podjęta wbrew opinii doradcy czy departamentów ministerstwa. Sprzedaż PZU nie odbiegła proceduralnie od innych prywatyzacji, za moich czasów podobnych transakcji było co najmniej kilkanaście i do żadnej poza tą prokuratura nie ma uwag. Poza tym transakcja była badana przez NIK, która nie wykryła nieprawidłowości. Mało tego, w 2001 r. postępowanie umorzyła prokuratura. Bez żadnych nowych faktów je wznowiono. Na wniosek polityczny — mówi Emil Wąsacz.

Ostre targowanie

Prokuratura ma inne zdanie. Jeden z głównych zarzutów to uzyskanie zbyt niskiej ceny za PZU przez błędy w procedurze sprzedaży. Jak przebiegał proces wyboru kupca?

— Po rozesłaniu memorandum wpłynęły wstępne oferty. W pierwszej turze wyeliminowano niespełniające kryteriów formalnych i najtańszą ofertę Allianza. Do drugiej weszły: AXA, konsorcjum z udziałem Eureko i konsorcjum z udziałem Swiss Re. Ten ostatni gracz się wycofał. Przyjęliśmy, że jedyne porównywalne kryterium to cena. Nie poezja: prezentacje globalnej potęgi, obietnice, plany, ale proza, czyli oferowana cena. Po badaniu firmy złożono dwie wiążące oferty. Obie były widełkowe: minimalna oferowana cena i maksymalna, po spełnieniu określonych warunków przez skarb. AXA zaoferowała 926-1158 zł, a Eureko 1043-1300 zł za akcję. Wiążąca była minimalna, bo była bezwarunkowa — mówi Emil Wąsacz.

I zaczęły się negocjacje.

— Rekomendacja doradców i departamentów ministerstwa była dla wyboru Eureko. Alicja Kornasiewicz zasugerowała, żeby przyznać Eureko wyłączność, jeśli ich cena będzie powyżej górnej ceny AXA. Jeśli nie, to prowadzić równoległe negocjacje. Daliśmy Eureko sygnał — podniesiecie ofertę do 1200 zł i macie wyłączność. Eureko zaoferowało 1165 zł i 35 zł po weryfikacji bilansu — mówi Emil Wąsacz.

AXA powiedziała: pas.

— AXA nie chciała zapłacić więcej niż 1158 zł, co zresztą zeznał jej prezes w prokuraturze. Mimo to prokuratura stosuje zasadę "nikt nam nie będzie wmawiał, że 1158 zł jest mniejsze od 1200 zł". Co gorsza, taką argumentację poparła kancelaria audytorska BDO, która jako biegły przygotowała opinię, na którą powoływali się panowie Ziobro i Kaczmarek — mówi Emil Wąsacz.

Eureko otrzymało wyłączność na negocjacje. BDO przekonuje, że to był błąd i korzystniejsza była ścieżka prywatyzacyjna zastosowana przy prywatyzacji Banku BPH, w której zamiast wyłączności prowadzono negocjacje równoległe.

— W przypadku BPH dwie oferty były identyczne, dlatego prowadzone były negocjacje równoległe. W przypadku PZU negocjacje równolegle trwały do ostatniej fazy. Zawsze jest tak, że w pewnym momencie trzeba przyznać wyłączność — różnica w ofertach sięgała kilkunastu procent. W Banku BPH ostatecznie wynegocjowana cena jest o 6,67 proc. wyższa od pierwotnej. W przypadku PZU Eureko podniosło cenę o 15,1 proc. Czy znów 6,7 proc, jest większe od 15,1 proc., jak sugeruje BDO i panowie Kaczmarek i Ziobro? Która metoda okazała się skuteczniejsza? — pyta Emil Wąsacz.

Były minister przekonuje, że oceniając prywatyzację trzeba się cofnąć do 1999 r., a nie patrzeć na to, jak wygląda rynek dziś.

— Prywatyzacja PZU była wielkim sukcesem. Teraz może to wyglądać inaczej, bo dzisiejsze PZU to prężnie działająca firma, ale trzeba pamiętać, że wtedy PZU było praktycznie bankrutem. Groził mu zarząd komisaryczny. Rząd Millera chciał prywatyzować PZU za cenę odpowiadającą 3 mld zł za 100 proc. akcji, bo taka była wycena, i nie znalazł chętnego. Myśmy dokapitalizowali spółkę, dzięki OFE zaczął się rozwijać rynek kapitałowy. Tuż przed prywatyzacją 100 proc. PZU wyceniono na 3-4,7 mld zł. Myśmy uzyskali 3 mld zł za 30 proc., czyli wycenę spółki na ponad 10,3 mld zł — mówi Emil Wąsacz.

Skarb przestępcą

Drugi główny zarzut to przyznanie Eureko jednego miejsca więcej w radzie nadzorczej, niż wynikało z udziału w akcjonariacie.

— Prokuratura wykazuje nieznajomość Kodeksu spółek handlowych. Każdy członek rady nadzorczej działa w imieniu spółki, a nie właściciela, który go delegował. Poza tym jest wiele spółek, gdzie skarb państwa nie ma 100 proc. akcji, a obsadza 100 proc. miejsc w radzie. W takim razie skarb też jest przestępcą — komentuje Emil Wąsacz.

Prokuratura dowodzi, że dzięki temu Eureko zyskało uprawnienia inwestora strategicznego.

— Eureko otrzymało pasywną współkontrolę, a nie uprawnienia inwestora strategicznego. Strategiczny to ten, który dominuje, kontroluje spółkę. Tymczasem umowa mówiła, że w zarządzie będzie czterech przedstawicieli skarbu państwa i dwóch Eureko. A rada nadzorcza miała uprawnienia jedynie kontrolne. Aby się zabezpieczyć przed odwołaniem członków zarządu, wprowadziliśmy konieczność uzyskania większości 2/3. To zamrażało proporcje w zarządzie 4:2 na korzyść skarbu. Nie ma więc mowy o dominacji Eureko — zarzuty odpiera Emil Wąsacz.

Fortel w umowie

Z czego wynikał ukłon w stronę Eureko przy proporcjach rady nadzorczej?

— Eureko zostało zobowiązane do realizacji pakietu inwestycyjnego i socjalnego. Miało wyprowadzić spółkę z kryzysu. Na dodatek miało ograniczenie wyjścia z inwestycji przez pięć lat. Musiało dostać inne prawa niż inwestor finansowy. Stąd pasywna kontrola. W pierwotnej ofercie Eureko proponowało, by w radzie było czterech ich członków i czterech skarbu państwa, chciało też obsadzić cały zarząd. To nie wchodziło w grę. To były negocjacje i zrobiliśmy drobny ruch w ich kierunku, ale był to bardziej gest niż rzeczywiste ustępstwo — mówi Emil Wąsacz.

Minister twierdzi ponadto, że w umowie zaszyto zapis umożliwiający zmarginalizowanie Eureko.

— Moja umowa dawała nawet możliwość sprowadzenia Eureko do roli akcjonariusza, który nie ma nic do powiedzenia, gdyby taka była wola skarbu państwa. Po ofercie publicznej w radzie nadzorczej miało być czterech przedstawicieli Eureko, dwóch skarbu państwa i trzech powoływanych przez walne. Mój następca, który uznałby, że układ jest zły, mógł przeprowadzić symboliczną emisję, choćby 1 proc. akcji. Wtedy wchodziłyby w życie zapisy umowy dające skarbowi kontrolę nad radą nadzorczą, znikał zapis o wymagalności 2/3 i skarb mógł odwołać cały zarząd, a następnie obsadzić go swoimi przedstawicielami. Oczywiście nie takie było zamierzenie tej prywatyzacji, ale furtka dla następców była — mówi Emil Wąsacz.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Grzegorz Nawacki

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Chcę wyroku, nie przedawnienia