Ciężka praca i miłość do kawy

opublikowano: 04-05-2022, 20:00
Play icon
Posłuchaj
Speaker icon
Close icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl

O współpracy ze sponsorami i drodze po trzy olimpijskie złota opowiada Anita Włodarczyk, lekkoatletka.

Legenda:
Legenda:
Anita Włodarczyk to trzykrotna mistrzyni olimpijska, czterokrotna mistrzyni świata oraz wielokrotna rekordzistka świata, Europy i kraju w rzucie młotem. Mimo wygrania wszystkiego co możliwe, wciąż jest głodna zwycięstw.

„PB”: Trudno jest być w Polsce zawodowym sportowcem, żyć z tego?

Anita Włodarczyk: Łatwo, lecz by osiągnąć sukces, trzeba włożyć bardzo wiele pracy i poświęcenia. Z perspektywy czasu widzę, że decyzja z czasów liceum o postawieniu na sport była słuszna.

Jakiś czas temu rozgorzała dyskusja, że to niesprawiedliwe, że lekkoatleci zarabiają znacząco mniej od piłkarzy, mając takie sukcesy. Wiem, że pani do tego grona nie dołączyła...

Nie, przecież każdy ma takie same możliwości — niech idzie grać w piłkę, jeśli uważa, że to takie łatwe. Teraz słyszę jakieś głosy oburzenia w związku z zarobkami Igi Świątek. Przecież nikt jej tego nie dał. Zawdzięcza to sobie i ciężkiej pracy. Nie rozumiem takich dyskusji.

Tylko że mówi to trzykrotna mistrzyni olimpijska. Nie każdy odnosi aż takie sukcesy...

Do sukcesu dochodzi się tylko i wyłącznie ciężką pracą. Jestem tego najlepszym dowodem, bo dużo talentu to nie miałam. Sport przychodził mi co prawda łatwo, ale nikt nigdy nie widział we mnie supertalentu, dlatego najważniejsze były mocne treningi. Dziś jestem po dwóch.

Dlaczego rzuca pani młotem?

Przez przypadek. Mój pierwszy kontakt to oglądanie igrzysk w Sydney w 2000 r., gdy Szymon Ziółkowski i Kamila Skolimowska zdobywali medale. Wówczas jednak nie myślałam, że będę rzucać młotem. Osiem miesięcy później poszłam na trening. Mam to szczęście, że w Rawiczu, z którego pochodzę, są kluby lekkoatletyczny i pływacki. Wybrałam pierwszy, bo wiedziałam, że ze względu na warunki fizyczne — byłam wysoka i z dużą masą mięśniową — będę czymś rzucała, ale jeszcze nie wiedziałam czym. Zaczęłam od kuli, potem był dysk, ale ostatecznie okazało się, że najlepiej radzę sobie w młocie, bardzo technicznej konkurencji.

Będąc mistrzynią, nie narzeka pani na brak propozycji od sponsorów, ale na początku zapewne nie było tak łatwo...

Byłam rzucona na głęboką wodę, bo do startu na pierwszych igrzyskach w Pekinie wspierała mnie tylko rodzina. Po czwartym miejscu wiedziałam już jednak, że mogę osiągnąć wiele. Gdy w 2009 r. jechałam na mistrzostwa świata, to już dwa miesiące wcześniej dostałam od pierwszego sponsora — firmy Nike — dwie walizki z ubraniami. Była to ogromna dodatkowa motywacja — poczułam, że ktoś we mnie wierzy. Wówczas wydawało mi się, że to duże wsparcie, co z perspektywy czasu brzmi może zabawnie. Rekord i medal na mistrzostwach sprawiły, że dostałam propozycję dołączenia do drużyny Orlenu — jako trzeci sportowiec i pierwsza kobieta. Od tego czasu wszystko się zmieniło, bo dzięki temu mogłam skupić się na treningach w bardzo dobrych warunkach. Współpracuję z Orlenem od 2009 r. Jest to naprawdę doskonała relacja — czuję, że partner od ponad 12 lat we mnie inwestuje, a ja odwdzięczam się najlepiej jak potrafię — wynikami. Ogromnie ważne jest też zrozumienie cyklu sportowego — firma szanuje okres bezpośredniego przygotowania startowego i nie wymaga wówczas aktywności, pozwalając skupić się na treningu. Nie bez znaczenia jest też rodzinny klimat naszego zespołu po tym, jak dołączyło do niego wielu świetnych sportowców. Polski sport naprawdę dużo zawdzięcza Orlenowi.

Obowiązki względem sponsorów są dla sportowca uciążliwe?

Traktuję to jak element pracy. Codziennie mam trening, czasem dodatkowe rzeczy: sesje czy eventy. To także bardzo przyjemny element dnia, bo dzięki eventom poznałam wielu wspaniałych ludzi, a sesje zdjęciowe są miłą odskocznią od treningów. Zawsze jest wesoło i z dobrą energią. Muszę przyznać, że to lubię. Pandemia niestety nas od tego odcięła — bardzo brakowało mi spotkań z młodzieżą czy z pracownikami partnerów. Zdobyłam jednak nowe doświadczenie — ścigałam się w wirtualnym wyścigu kolarskim, bo taki projekt zorganizowano w tym trudnym czasie.

Sporo aktywności sportowców przeniosło się do online’u, pandemia dodatkowo napędziła ten trend.

To prawda, 10 lat temu konta w mediach społecznościowych to był tylko dodatek, dziś ogrywają ogromną rolę w kształtowaniu wizerunku sportowca i kontakcie z fanami, szczególnie młodymi. Choć muszę przyznać, że nawet dziś czytałam tradycyjne listy od fanów i cieszę się, że wciąż je dostaję od dzieciaków.

Dobierając partnerów, zwraca pani uwagę na produkt, wizerunek marki czy nie ma to znaczenia?

Nigdy nie reklamuję czegoś, czego sama nie stosuję. Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, że mogłabym promować produkt, do którego sama nie jestem przekonana. Byłoby to po prostu nieautentyczne i sprzeczne z moimi zasadami.

Wystąpi pani na kongresie Impact’22. W biogramie napisała pani: „miłośniczka kawy i obuwia”. To zapowiedź własnej marki butów?

Po prostu od dziecka kocham obuwie. Zaraziła mnie tym mama. Od zawsze bardziej cieszyłam się z nowych butów niż ubrań. Teraz je kolekcjonuję, ale czy to się w coś przerodzi, jeszcze nie wiem… natomiast z kawą na pewno będę chciała działać w przyszłości.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane