Opolgraf trzy lata temu stał na krawędzi bankructwa.
Firma podwoiła obroty, a co drugi egzemplarz bestselleru „Kod Leonarda da Vinci”, jest drukowany właśnie tu.
Jeszcze trzy i pół roku temu sytuacja opolskich zakładów graficznych była tak zła, że groziło im zakończenie działalności.
— Milionowe długi, produkcja na pół gwizdka, zakupy materiałów drukarskich tylko za gotówkę. Już miało się zacząć postępowanie układowe, groziło postępowanie upadłościowe — wspomina Jerzy Nagórski, który we wrześniu 2002 roku został prezesem drukarni.
Potrzebna była gwałtowna reanimacja firmy. Przydały się kontakty prezesa, który wcześniej zasiadał w zarządzie Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych.
— Postawiłem na odbudowę kontaktów z dostawcami papieru. W tej branży to materiał strategiczny. Stanowi 50-60 procent kosztów. Znajomości z czasów WSiP i zdobyte tam doświadczenie okazały się handicapem — opowiada Nagórski.
Przed kolejnym skokiem
Najpierw jedna duża, później kolejne mniejsze hurtownie papieru zaczęły odraczać terminy płatności. Drukarnia zaczęła spłacać wierzytelności, a z czasem także inwestować. Najpierw w nowoczesny cyfrowy system naświetlania płyt offsetowych CtP. Potem w maszyny. Od niedawna pracują dwa ostatnie nabytki: bardzo wydajna maszyna offsetowa marki Mitsubishi, druga — także japońskiej produkcji — zaginająca papier. Produkcja w ciągu trzech lat wzrosła dwukrotnie.
— Zaczynamy też drukować książki w twardych okładkach — mówi prezes Nagórski. Według niego, to próba przed kolejnym skokiem technologicznym w zakładzie. Na razie prezes wdrożył system zarządzania jakością ISO 9000.
Ale przeszłość daje się drukarni we znaki także w inny sposób. Budynki Opolgrafu powstały za komuny i są usytuowane w spokojnej dzielnicy Opola. Przeciwko tej lokalizacji protestują od kilku lat okoliczni mieszkańcy. Skarżą się głównie na hałas (druk odbywa się na trzy zmiany — także nocą) i ciężarowe samochody z zaopatrzeniem dla drukarni, które niejednokrotnie korkują ruch.
— To dla nas spory problem. Rozumiemy mieszkańców, ale w obecnych warunkach finansowych niewiele możemy zrobić — rozkłada ręce Nagórski.
Prezes Opolgrafu dodaje jednak, że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z oczekiwaniami, drukarnia jeszcze w tym roku przeniesie się do nowej siedziby poza miastem.
Inaczej mierzą czas
Książki to 90 procent produkcji Opolgrafu. Drukarnia współpracuje z blisko 50 wydawnictwami w kraju. Są wśród nich między innymi: Albatros, Prószyński i S-ka, Rebis i Znak. Z Opola na półki księgarskie w całym kraju trafiają czytelnicze przeboje takich autorów, jak Dan Brown, Andrzej Sapkowski czy Rafał Ziemkiewicz.
Czemu książki, a nie tak zwane wydawnictwa ulotne?
— Tam wszystko jest „na wczoraj”, a jeden dzień opóźnienia to dla wydawcy katastrofa. Tymczasem wydawcy książek inaczej mierzą czas. Wyjątkiem są sytuacje, gdy z ukazaniem się książki na rynku jest powiązana szczególna akcja promocyjna, na przykład zaproszenie autora. Zresztą unikamy opóźnień jak ognia — dodaje Nagórski.
Bez kompleksów
Opolgraf próbuje też wchodzić na rynki zachodnie. Eksport to około 10 procent całej produkcji.
— Wielcy wydawcy, na przykład z Niemiec, nie mają do nas zaufania. To nie jest oparte na doświadczeniu, ale przełamywanie stereotypów w tej branży jest nadzwyczaj powolne — mówi Nagórski.
Z uprzedzeń rezygnują łatwiej mniejsi — szczególnie gdy już przekonają się o solidności opolskiej firmy.
— Ostatnio uratowaliśmy przed blamażem niemieckiego wydawcę, który już na okładce umieścił błąd ortograficzny. Był on mniej więcej tej wagi co zasuwka pisana przez „ó” — opowiada Nagórski.
Opolska drukarnia współpracuje także z dwoma wydawcami ze Szwajcarii. Drukuje również (przez pośrednika) dla Anglików.
Według prezesa Opolgrafu, polscy poligrafowie nie powinni mieć kompleksów. Ich umiejętności i zrozumienie rynku nie ustępują tym, które obserwował w Danii, Niemczech czy Stanach Zjednoczonych.
Bezbłędnie
Dbałość o słowo i szczegół w zawodzie drukarza wydają się naturalne. Jednak w Opolgrafie mają dodatkowy wymiar. Wiedzą o tym najbliżsi współpracownicy prezesa Nagórskiego. Jeśli w dokumencie przedłożonym do podpisu znajdzie się błąd interpunkcyjny lub — co gorsza — ortograficzny — muszą zasilić zakładową skarbonkę. Stawki są różne — od 20 groszy do złotówki.
— Przez osiem lat w łódzkim podziemiu byłem wydawcą i redaktorem „Prześwitu”. Stamtąd wyniosłem szczególne zamiłowanie do staranności. Jej brak przy błahych sprawach może się przenieść także na poważniejsze, to tłumaczę naszym pracownikom — mówi ze śmiechem Nagórski.
