Czatboty znad Wisły

Kamil Kosiński
opublikowano: 2009-12-02 00:00

Gadające internetowe ludziki mogą się stać podstawą dużego biznesu. A polscy producenci —światowymi potentatami.

Poważny kapitał interesuje się niszową dotąd produkcją

Gadające internetowe ludziki mogą się stać podstawą dużego biznesu. A polscy producenci —światowymi potentatami.

Według serwisu internetowego Chatbots. org Polska jest w czołówce krajów wykorzystujących czatboty, czyli interaktywne postacie internetowe, przy których pomocy można rozmawiać z użytkownikami. Ustępujemy tylko USA, Holandii, Wielkiej Brytanii i Niemcom. Nawet w Japonii jest trzydzieści razy mniej czatbotów niż u nas. Polska firma Stanusch Technologies to czwarty pod względem liczby wdrożeń producent na świecie.

Do tych sukcesów trzeba, oczywiście, podejść z należytym dystansem. Rynek jest na razie bardzo płytki. Na całym świecie są 503 czatboty, a nasza gigantyczna przewaga nad Japonią wynika z tego, że w Polsce działa ich już 31, a tam na razie zaledwie jeden.

— Kilka dużych polskich firm sprawiło sobie czatboty, więc i inni zaczynają się nimi interesować. Tym bardziej, że taki wirtualny doradca nie kosztuje gigantycznych pieniędzy — mówi Maciej Stanusch, prezes Stanusch Technologies.

Zamiast call center

Przeciętny wirtualny pracownik to wydatek rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych. Chociaż wyższa jakość wymaga już setek tysięcy i to niekoniecznie złotych. Cena zależy m.in. od liczby zdjęć wykonanych podczas sesji. Im bardziej napracuje się fotograf z modelką lub modelem, tym lepiej wygląda wirtualna postać.

Najważniejsze jest jednak dopracowanie sztucznej inteligencji czatbota, czyli maksymalnie wielu ścieżek rozmowy, które sprawią, że podczas konwersacji z internautą wirtualny doradca nie da się łatwo zapędzić w kozi róg. I to wcale nie przez podchwytliwe pytania, ale przez związane ze szczegółami działalności firmy, dla której "pracuje".

— Czatbot ma być ekspertem odpowiadającym na pytania z określonej dziedziny, a nie omnibusem z encyklopedyczną wiedzą, która nijak się ma do oferty firmy ani bronić się przed pułapkami językowymi — uważa Grzegorz Rutkiewicz, właściciel tworzącej czatboty firmy Fido Intelligence.

— Firmy umieszczają na stronach internetowych wiele informacji. Im ich więcej, tym trudniej je znaleźć. Ludzie dzwonią więc do call center. Algorytm czatbota pozwala łatwo odnaleźć właściwe informacje i tym samym odciążyć call center od najprostszych pytań — wyjaśnia Marek Trojanowicz, wiceprezes produkującej czatboty firmy Inteliwise.

— Wirtualni doradcy są w tej fazie rozwoju, w której internet był 15 lat temu. Za kilka, kilkanaście lat przejmą od call center znaczną część obsługi klientów — prognozuje Maciej Stanusch.

Giganci w tle

Zdaniem Marka Trojanowicza jeszcze przez około 20 lat czatboty nie dorównają elastycznością rozmowy ludziom. Boom na nie powinien zacząć się jednak wcześniej. I polskie firmy mogą się stać graczami na światową skalę.

— Wiele dużych polskich firm jest kontrolowanych przez zagraniczny kapitał i wszelkie innowacje wprowadzają na rozkaz z centrali. Dlatego na początku 2009 r. otworzyliśmy spółkę w Stanach Zjednoczonych i zaczęliśmy zabiegać o kontrakty od razu w centralach największych światowych koncernów. Na razie podpisaliśmy kontrakt z Kraft Global Foods. Finalizujemy rozmowy z Comcastem. Liczymy też na następnych klientów tego kalibru — informuje Marek Trojanowicz.

W świetlaną przyszłość polskich czatbotów wierzą nie tylko ich twórcy z niewielkich produkujących je firm. Zainteresował się nim także poważny kapitał. W Stanusch Technologies zainwestował Kulczyk Holding. Z kolei akcje Inteliwise w spadku po Prokomie odziedziczyło Asseco Poland. A opcje na ich zakup ma Intel Capital, fundusz venture należący do giganta rynku procesorów.

Kamil Kosiński

Możesz zainteresować się również: