Tyle dróg zbudowano, a nie ma dokąd pójść... Ktoś tak kiedyś gorzko powiedział, nie pamiętam już kto. Może to Jan Himilsbach? Może ktoś zupełnie inny, ale, jak Himilsbach, wyzuty z nazbyt pochopnych nadziei? W sumie — obojętne. Tyle dróg zbudowano... Rzeczywiście, aż serce rośnie. W Krakowie nieoficjalnie ogłoszono, że ilość knajp na Starym Mieście, czyli w granicach Plant i przy odchodzących od nich uliczkach, osiągnęła pułap niebotyczny — 530 sztuk! Pytanie tylko, dokąd pójść. Dokąd i po co. Na przykład — do którego kabaretu Krakowa.
Gdybym ten tekst klecił w końcówce Młodej Polski, sprawę miałbym prostą. Idź pan do Jamy Michalika! Idź pan na kabaret Zielony Balonik, bo znajdziesz pan tam to, czego szukasz: rzeczywistość trochę lżejszą, o całe niebo poezji mniej kanciastą niż ta, co puchnie tu, na ulicy! Tak bym dawno temu radził. A dziś? Czas się przewalił, zmienił wszystko. W sumie nie ma sensu mieć do czasu pretensji. Od tego jest, by się wciąż przewalać.
Dziś w Jamie Michalika zielony plusz sof i foteli śpi jak zabity. Mało kto na nim siada. Jakieś dwie paniusie z kółka różańcowego dziobią kremóweczki, piją kawusię ze śmietanką i szczebiocą o nowym, młodziutkim proboszczu w ich parafii. I jedno, co się nie zmieniło, to ten, jeszcze za czasów Tadeusza Boya-Żeleńskiego namalowany, portret w pestkę pijanej Bramy Floriańskiej. Dziś w Jamie Michalika kurz osiada na pustce. Dziś, po wyjściu z Jamy, wyraźnie widać, że Brama Floriańska jest nieludzko trzeźwa.
Gdybym miał coś doradzać parę lat po wojnie, tobym ludzi wysyłał do Siedmiu Kotów Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i Mariana Eile. Powód ten sam: szarość dookolnego świata okutana, oswojona, choć na chwilę zneutralizowana nienachalnym kawałkiem liryczności. No tak, tylko że tam, gdzie ongiś Gałczyński zaczarowywał uszy magicznymi zbitkami słów, dziś można niedrogo przekąsić. Dziś, tam właśnie, mielony na zimno z kiszonym ogórkiem, to ponoć najtańszy zestaw w mieście.
Niechybnie wszystkich bym, za starych dobrych lat pisząc, do Piwnicy Pod Baranami zaganiał! Żeby poczuli, jak Piotr Skrzynecki, ten podziemny skrzat w nieusuwalnym słomkowym kapeluszu z piórkiem, używając samego tylko dzwoneczka i swych niepowtarzalnych artystów, nocami zdejmuje z codzienności ten miażdżący ołów w kolorze popiołu.
Cóż jednak począć... Byłem wczoraj w Piwnicy. Znów nie było nikogo, kabaret znów był gdzie indziej — i trudno się dziwić. W końcu nie można mieć do tych, co zostali, pretensji, że pielęgnują swą przeszłość, że na wielkich, ogólnopolskich trasach koncertowych, próbują reanimować niegdysiejszą wyjątkowość. Dziś tylko czasem ktoś tam prywatny koncert skleci. Dziś tylko Konrad Mastyło sam sobie coś na pianinie wystuka.
Tak ma być. Przed mityczną knajpą Vis-a-Vis tkwi pomnik Skrzyneckiego. Kamienny pan Piotr siedzi na kamiennym krześle, przy kamiennym stoliku i z kamiennej filiżanki popija kamienną kawę. Ma kamienny kapelusz. I piórko też jest kamienne. Gorzki obrazek. Gorzki, ale przecież do przełknięcia.
Tak, czas się przewalił potwornie, dawne kabaretowe smaki wolno kamienieją, ale nie ma co wydziwiać, szat rozdzierać, płakać i protestować. Precz z tanią nostalgią i jeszcze tańszym defetyzmem! Mamy dzisiaj już chyba 600, a może nawet 700 knajp. Kraków zmienia się w jedną wielką knajpę — i dobrze. Jest dokąd pójść, jest po co iść, trzeba się tylko pospieszyć, bo czas się przewala coraz szybciej. Choćby kabaret Zielone Szkiełko. Przecież jeszcze parę dni temu można było pobyć z jego delikatnością. W Klubie Plastyka na ul. Łobzowskiej można było posłuchać śpiewających, młodych poetów: Barbary Stępniak, Szymona Zychowicza, nade wszystko Roberta Kasprzyckiego. Tak było jeszcze parę dni temu, a wczoraj, tam właśnie, w mordowni Miasto Krakoff, co na amen wyparła Plastyków, można było pobyć z ponurym łomotem undergrundowych gitar — i tyle. Albo kabaret Pod Wyrwigroszem, przy ul. Jana, brama obok Hotelu Francuskiego. Ta sama efemeryczność trwania. Dopiero co grupka młodych aktorów bawiła publikę dowcipem może trochę nadto sitcomowym, ale za to regularnie — a już ich nie ma. To znaczy są, ale od wielkiego dzwonu, nie wiadomo kiedy, jak się pieniądze znajdą... Znamy te historie i trudności.
A Jan Pietrzak, który w herbaciarni Feniks ironizował na początku lat 90? Już raczej odpuścił. Teraz w Feniksie Marcin Daniec dłubie paluchem w oku pluszowego misia, i to też tylko od czasu do czasu. Słowem, trzeba się dziś spieszyć, trzeba się szybko orientować. Kabarety powstają jak grzyby po deszczu i jak grzyby — znikają. Ale można też inaczej.
Można czekać. Na przykład można czekać, aż świetny pomysł Teatru Groteska — scena Off — znów zaprosi artystów, co nie mają własnej sceny w Krakowie. Choćby kosmicznie absurdalny kabaret Chatelet, albo lepiej jeszcze — pantomimiczny kabaret Ireneusza Krosnego, mima, którego Bóg wyraźnie maznął palcem.
Myślę, że najlepiej czekać w kabarecie Loch Camelot, w bodaj jedynym tak stałym krakowskim ansamblu dowcipu, co go założył i prowadzi Kazimierz Madej, tzw. syn pułku, czyli dobrze już wyrośnięte dziecko Piwnicy Pod Baranami. Madej zszedł do piwnicy pod knajpą Camelot w tzw. Zaułku Niewiernego Tomasza, przeniósł tam smaki, rytmy i nastroje Piwnicy macierzystej, i co tu kryć — sprytnie je u siebie raz jeszcze powołał do życia. Można więc czekać.
A gdy się trochę rozluźni pojęcie kabaretu, to na lepsze, to znaczy — na trochę inne, nie tak zadyszane czasy, w Krakowie można czekać bardzo przyjemnie. Choćby w którymś z niezliczonych klubów jazzowych, dajmy na to w jazzowym „kabarecie” Harris, albo kawałek dalej, w Taco Mexicano Casa Susana, czyli w „kabarecie” z muzyką kubańską na żywo. Sama Susana Mrożek, żona wielkiego dramaturga, dogląda tam receptur jej rodzimych potraw, a jeśli chodzi o Kubańczyków, to cóż mam rzec... Jest wśród nich pewna artystka, na którą jak człek patrzy, to ma pewność, że czekanie jest istotą jego życia.