Dla fundacji WEF zakończona w piątek 56. edycja oznaczała początek nowej ery, ponieważ w ubiegłym roku w atmosferze wewnętrznego skandalu został odsunięty blisko 88-letni profesor Klaus Schwab, założyciel i szef Davos od 1971 r. Kierownictwo płynnie przejął Børge Brende, były norweski minister spraw zagranicznych, który wykonawczym prezesem zarządu WEF przy boku Klausa Schwaba był już od lat.
Przez ponad pół wieku nie było szczytu WEF tak zdominowanego przez jednego uczestnika – Donalda Trumpa. Prezydenci USA przyjeżdżają do Davos rzadko, występują głównie ekranowo. Różnica logistyczna jest oczywiście kosmiczna, sprawny desant amerykańskiej wyprawy na alpejską dolinę to dla armii szwajcarskiej wielkie ćwiczenia. Donald Trump podczas pierwszej kadencji był dwa razy, w latach 2018 i 2020. Noc w Davos zawsze spędza w luksusowym Alpengold Hotel, zwanym od kształtu Złotym Jajem. Różnica między występami na obu poprzednich oraz obecnym WEF była taka, jak między jego rządami jako 45. i 47. prezydenta USA.
Postanowił właśnie w Davos uczynić świat własnym podnóżkiem decyzyjnym w formule tzw. Karty Rady Pokoju. To krótka, wyjątkowo marna podróbka Karty Narodów Zjednoczonych, skonstruowanej w 1945 r. przez fachowców głównie amerykańskich, inspirowanych Konstytucją USA. W tekście podpisanym publicznie w Davos tylko jeden, jedyny podmiot wymieniony jest z nazwy/nazwiska – niejaki Donald J. Trump jako dożywotni władca i zbawca ludzkości. Kuriozalny tekst już stał się przedmiotem analiz w katedrach prawa międzynarodowego, na pewno powstaną doktoraty o podjętej w XXI wieku próbie podporządkowania sobie ludzkiej cywilizacji przez współczesnego, zostawiam do wyboru – Aleksandra Wielkiego, Dżyngis-chana, Cezara, Attylę, Napoleona etc. etc. Na razie udało się Donaldowi Trumpowi przeforsować podpisy władców 19 państw wasalnych. Poza jego zasięgiem znajduje się cała czołówka UE/NATO, Australia czy Japonia, a więc wysoko rozwinięte państwa cywilizacji zachodniej. Z innych powodów nie włączy się konkurencyjna piątka BRICS współtworząca G20 – Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i RPA. Notabene to ostatnie państwo gospodarz grudniowego szczytu G20 na Florydzie wykluczył z udziału, to pierwsza taka zagrywka w dziejach grupy.
Paradoks 56. WEF polegał na tym, że niespodziewanie dla Donalda Trumpa ktoś mu ukradł show. Konkretnie Mark Carney, premier Kanady, który przemawiał 20 stycznia, czyli przed wystąpieniem prezydenta USA 21 stycznia. Premier nagłośnił w Davos gorzką prawdę, że porządek światowy oparty na regułach już w XXI wieku nie obowiązuje. Nie chodzi tylko o powrót agresywnej Rosji na globalną arenę polityką siły i pełnoskalowej wojny. Mark Carney powiedział głośno to, co wielu politykom kunktatorsko nie przechodzi przez usta – że podobną politykę prowadzą USA pod rządami Donalda Trumpa, co oznacza, że świat radykalnie zmienia się na gorsze także po stronie szeroko rozumianego Zachodu. Pozycja Kanady jest specyficzna, 250 lat temu nie weszła do niepodległych Stanów Zjednoczonych i pozostała kolonią brytyjską. Przy okazji tej okrągłej rocznicy Donald Trump nagłaśnia miraże wchłonięcia doskonale rozwijającego się północnego sąsiada. W Davos nie ukrywał, jak wyprowadziła go z równowagi teza Carneya, że państwa średniej wielkości i siły nie są skazane na lizanie butów samozwańczemu imperatorowi. Za karę wyrzucił Kanadę z listy zaproszonych do Rady Pokoju, co zostało przyjęte w Ottawie z wielką ulgą.
Na drugim biegunie Donald Trump potwierdził, że umacniających jego niebotyczne ego hojnie nagradza. Prezydenci Kazachstanu i Uzbekistanu za wasalne podpisanie Karty Rady Pokoju zaproszeni zostali na grudniowy szczyt G20 do Miami. W zwyczaju grupy jest zapraszanie przez państwo corocznie sprawujące prezydencję do pięciu uczestników spoza jej składu. Właśnie taki status jednorazowego gościa – w żadnym wypadku nie członka G20! – otrzymała Polska w osobie Karola Nawrockiego. Po Davos wiadomo, kto również znalazł się na liście obdarzonych łaską Donalda Trumpa. Pozostałe jeszcze miejsca wkrótce uzupełni.

