Doktor Faustus? Obecny!

Michał Mizera
opublikowano: 2003-04-25 00:00

Taki plan: autobusy zawożą dwie setki gości z Chramcówek do Kuźnic. Potem piesza wyprawa na Kalatówki, gdzie dojdzie do górskiej premiery spektaklu „Na przełęczy”. To dzień szczególny: 18. urodziny Teatru Witkacego, zarazem 118. rocznica urodzin patrona.

Na piechurów leje się szampan, z głośników dobiega muzyka z „Doktora Faustusa”. Po drodze do schroniska mijamy transparent z napisem „myto”, anioła na nartach, cherubiny z monumentalnymi skrzydłami. Przy pustelni Brata Alberta zakopani w zaspie aktorzy — to koniec lutego — częstują herbatą i kanapkami. Widać, jak z Kasprowego ku pochodowi leci lotniarz.

— Anioł teatru! — wyjaśnia Krzysztof Najbor, aktor, przewodnik wyprawy. — Odpowiadam na pytanie: to nie jest Bogusław Linda!

W schronisku grzane wino i poczęstunek. Pół godziny trwa upychanie widzów w górskiej restauracji. Gaśnie światło. Max Klezmer Band intonuje przewodni motyw spektaklu.

Jak schronisko

Andrzej Dziuk, założyciel, dyrektor i główny reżyser teatru, 19 lat temu z przyjaciółmi z krakowskiej szkoły teatralnej pokazał w Zakopanem swoich dyplomowych „Pragmatystów” Witkacego. Młodzi nie mieli jeszcze rodzin, za to mieli upór i poczucie, że warto stworzyć teatralną wspólnotę. Pół roku później, 24 lutego 1985 roku, w budynku sanatorium założonym na początku XX wieku przez doktora Chramca, widzowie zobaczyli „Autoparodię” według Witkacego: „niesmaczny góralsko-ceperski skecz Zakopiańczykom (prawdziwym?) poświęcony” — głosił podtytuł. Ostrą polemikę z góralską mentalnością i eksportową cepelią miejscowi potraktowali chłodno, niektórzy — wrogo.

— Przeszkadzała nam żywa w Zakopanem legenda o Witkacym — opiumiście, jego niemoralnym prowadzeniu się, pijatykach i sztukach bez sensu. Długo zdobywaliśmy przychylność górali — opowiada Dziuk.

— Kiedy w końcu ci wrogo nastawieni ludzie przychodzili do nas, zaciekawieni atmosferą miejsca, mówiłem: „A teraz proszę poczekać, najpierw wchodzą nasi wierni przyjaciele” — uśmiecha się.

Zaufanie widzów i pierwszą, jeszcze nieartystyczną sławę zdobyli dzięki herbacie, którą częstowano widzów zaraz po wejściu do teatru.

— Taki pomysł na teatr-schronisko... Ludzie schodzili tu prosto z Tatr, w górskich strojach, z plecakami. Chcieliśmy, by poczuli się u nas jak w domu — wyjaśnia Krzysztof Łakomik, aktor pracujący w zespole od początku jego istnienia.

Inną tradycją stało się witanie publiczności przez aktorów, którzy akurat nie grają, a także nietypowa jak na teatr szatnia (widzowie sami wieszali ubranie na wieszaku). Albo rozpoczynanie spektaklu w foyer i ciągła zmiana układu scena-widownia. I to, że aktorzy na co dzień zajmują się montażem i demontażem scenografii (panowie), opieką nad strojami i rekwizytami (panie), praniem, sprzątaniem, przygotowaniem herbaty.

Patron, patron!

— Fenomen Teatru Witkacego? W nieuduchowionych, niemistycznych czasach wciąż ma odwagę rozprawiać o sprawach podstawowych, których podobno nikt nie potrzebuje — uważa prof. Ewa Łubieniewska, teatrolog z Krakowa.

Po „Autoparodii” nadeszła fala premier, znaczących dla historii polskiego teatru. „Doktor Faustus”. I „Wielki teatr świata”. I „Sic et non”. I „Sonata B”... Grali z pasją, sięgali do doświadczeń teatrów awangardowych. Przyszły nagrody. Wyrośli na specjalistów od metafizyki: śmierci, miłości i sztuki.

— Kiedy wystawiam Witkacego, to zawsze spotkanie szczególne. Często się z nim wadzę, a zawsze próbuję zmierzyć z wyzwaniem, jakie stawia jego twórczość — mówi Andrzej Dziuk.

W ostatniej witkacowskiej premierze („Kurce wodnej”) reżyser pozbawia dramat metafizyki, zwłaszcza teatralnej, każe bohaterowi — wbrew tekstowi — popełnić samobójstwo. Bohaterowi, który u Witkacego przyłącza się do rewolucji (wychowany przez stary świat — ma stworzyć nowy).

— Jak mówić o metafizyce w teatrze, kiedy na zewnątrz przestaliśmy ją zauważać? Dlatego Tadzio pierwszy mówi „pas” i strzela sobie w łeb. Teraz pracuję nad „Dżumą” Camusa — i znów widzę, jak aktualny to problem — komentuje Andrzej Dziuk.

Teatr Witkacego sięgał także po farsy i lekkie sztuki, choć wystawiano także specyficzny humor — purnonsensowne utwory Oberiutów czy czarny humor Henri Pierre’a Cami. Coraz częściej reżyserowali aktorzy — głównie Piotr Dąbrowski i Krzysztof Najbor. „Kto się boi Wirginii Woolf” to efekt zbiorowej reżyserii zespołu. Z teatrem współpracowali Tomasz Stańko, Michał Lorenc, Tadeusz Brzozowski, Andrzej Majewski, Jerzy Duda-Gracz, Jerzy Skarżyński...

W latach 90. doszło do kryzysu: odeszli aktorzy — Andrzej Jesionek, Renata Stachowicz, Karina Krzywicka, Piotr Sambor. Andrzej Dziuk zatrudnił nowych aktorów.

— Nie pamiętam konfliktów, ale przez kilka premier nie grałam. Andrzej oswajał młodych — wspomina Dorota Ficoń.

Parę sezonów zespół pozostawał podzielony na dwie części, dawał osobne premiery. Przełomem stały się „Czarownice z Salem”: zagrał jeden zespół Witkacego. Porażający spektakl: wielkie emocje, wspaniałe role, muzyka Jerzego Chruścińskiego. Widzowie znowu mieli swój ukochany teatr! W maju 1999 roku wznowiono „Faustusa”. Nadkomplety. Nikt jednak nie zostawał pod drzwiami. Jak schronisko, to schronisko.

Złotówki i zmiany

Do najwytrwalszych przyjaciół teatru należy Henryka Bochniarz. Zainicjowała powstanie Tatrzańskiej Fundacji Sztuki, to jej pomoc doprowadziła do sfilmowania „Sonaty B” dla Teatru TV.

— W 1989 roku przyjechałam do Zakopanego i trafiłam do Teatru Witkacego. Urzekło mnie zupełnie inne niż w pozostałych polskich teatrach podejście do widza — traktowanie go po partnersku i włączanie do spektaklu — wspomina.

Dziś jest Dobroczyńcą Teatru. Co roku bywa na urodzinach.

Od lat teatrowi dopomagają też PZU, PZU Życie i — ostatnio — Pekao SA.

— Gdyby nie Pekao SA, po prostu nie byłoby premiery „Na przełęczy” — sumuje Andrzej Dziuk.

Wiele się zmieniło. Odszedł filar zespołu — Piotr Dąbrowski. Został dyrektorem białostockiego Teatru Dramatycznego im. A. Węgierki.

— Zakładałem teatr, byłem z nim przez 17 lat, zżyłem się z Zakopanem. Zwyciężyła chęć poszukiwania czegoś nowego — wyjaśnia.

— Jeśli ktoś jest aktorem, reżyserem, to zostaje tylko fotel dyrektora. Kibicujemy Piotrowi! — mówi Agata Balcerowska, szefowa działu promocji.

Zmieniła się szatnia: wieszaki zagrodzono i wprowadzono dyżury.

— Część widzów obawia się o cenne okrycia — wyjaśnia Marta Szmiegielska, aktorka.

No właśnie — publiczność się zmieniła. Ze zdjęć czy filmów patrzą z widowni głównie zapaleńcy, teatromani i przyjaciele teatru. Dziś teatr stał się tym, czym Gubałówka: “trzeba zobaczyć”. Coraz to więcej mieszczuchów.Taki to los klasyka...

Na Kalatówkach

Kończy się spektakl na Kalatówkach. „Na przełęczy” Witkiewicza to relacja z pierwszych wypraw do Zakopanego. Proza z młodopolską manierą ma urok. Aktorzy śpiewają, rapują, wspinają się na krzesła i szafy, imitując górską wędrówkę.

Tylko Andrzej Dziuk melancholijnie patrzy na swoją publiczność.

Możesz zainteresować się również: