Drukarze pieniędzy

Jacek Konikowski
22-07-2005, 00:00

Dżentelmeni nie mówią o pieniądzach, oni je mają. Z Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych. Najczęściej.

— Wszystko z kieszeni proszę wyjąć i ręce do góry unieść — mówi funkcjonariusz.

Posłusznie robię „motyla”. Po chwili wartownik łaskocze mnie wykrywaczem do metalu. Nie wiem, czego może szukać, bo wielu korci żeby wynieść to i owo z miejsca, do którego wchodzę, ale wnieść?

— A gdyby pan pistolet wniósł? Tu się, panie, pieniądze robi — argumentuje wartownik.

Wąskimi jak lochy korytarzami dochodzimy do windy. Mniejszej chyba nikt nie wymyślił, bo z trudem mieszczą się w niej dwie osoby. Po chwili znowu korytarze. Cały labirynt: krótkie, długie, zwijane, proste. Mury grube na pół metra, nic dziwnego, że 60 lat temu powstańcy warszawscy bronili się tu najdłużej. Poszarpane pręty parkanu okalającego budynek pamiętają tamte czasy. Nazwa też z tradycjami: Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych. Komuniści tylko na krótko zamienili Polską na Państwową. Do uszu dobiega coraz większy szum. Jakby wodospadu. Po chwili wszystko jasne — tak szumi papiernia.

Królestwo wielkiego Johna

Mało jest takich miejsc, w których drukuje się pieniądze z papieru wyrabianego na miejscu. PWPW jako jedna z niewielu na świecie ma własną papiernię. Na oko nic szczególnego, ot, kilka huczących maszyn, przez które niczym sukno, przewija się papier. Jak w przędzalni, tym bardziej że i surowiec ten sam — bawełna. I ciekawa rzecz: papier, z którego powstają banknoty, wyrabiany jest z bawełnianych „bryczesów”, które są niczym innym jak odpadami z produkcji dżinsów i podkoszulek. Kłaki bawełny, najlepszej, brazylijskiej, są bielone, wzbogacane różnymi wypełniaczami, następnie mielone w gigantycznych młynkach, rozcieńczane i wlewane do maszyn papierniczych. Zaczyna się magia.

— Dzisiaj nie robimy papieru banknotowego, tylko akcyzowy, więc jest nieco ciszej — tłumaczy Andrzej Ambroziewicz, dyrektor papierni.

Właściwie nie tyle mówi, co krzyczy, bo choć stoję tuż obok niego, ledwo go słyszę. To jak tu jest, gdy idzie produkcja papieru na banknoty? Mijamy wózek z napisem „makulatura wartościowa”, obok którego stoi gigantyczna cylindryczna siatka z brązu z wytłoczonymi znakami.

— To jest sito formujące, które nakłada się na walec i wtedy następuje proces czerpania papieru. W miejsce wytłoczonych znaków powstaje znak wodny. Papier jest prasowany na dwóch prasach, następnie suszony parą. Można podczerwienią, ale para jest tańsza i lepsza — tłumaczy dyrektor wytwórni.

Potem papier jest impregnowany i poddawany szeregowi procesów, żeby nadać mu trwałość. Dzięki temu banknot jest wielokrotnie bardziej wytrzymały niż kartka papieru. Co to za procesy?

— To tajemnica firmy, nasz know-how — dyrektor robi tajemniczą minę i po chwili dodaje:

— Jest taki parametr jak „podwójne zgięcie”. Skrawek papieru o szerokości 15 mm i długości 10 mm pod obciążeniem 1 kg musi wytrzymać prawie 4 tysiące zgięć. Zwykła kartka papieru wytrzymuje raptem kilkanaście. Nie każdy potrafi zrobić papier na banknoty...

Każda wytwórnia ma swoje sposoby, których pilnie strzeże. Wchodzimy pod bębny, po których sunie uformowana już wstęga papieru. Ambroziewicz włącza lampę i po chwili cała powierzchnia białego dotąd papieru zamienia się w kolorową mozaikę barwnych pasków i krążków. To włókna zabezpieczające i tzw. broki, które po dodaniu do masy papierniczej świecą w promieniach UV.

— To nie jedyne zabezpieczenie w samym papierze. Jest jeszcze pasek — metalowa nitka z napisem, która może być umieszczona całkowicie wewnątrz papieru lub częściowo na jego powierzchni. Nitki mogą być nie tylko metalowe, ale i z tworzyw sztucznych — objaśnia Andrzej Ambroziewicz.

Upał jak na plaży. Mijamy skaner, sporych rozmiarów maszynę, który bada powierzchnię papieru w poszukiwaniu wszelkich zgrubień, niewidocznych dla ludzkiego oka. To dzięki niej papier jest gładki jak tafla lustra.

— Potem już papier jest cięty na arkusze i trafia do szafy pancernej — mówi dyrektor.

Wśród nowoczesnych maszyn w papierni nagłe zaskoczenie. W rogu stoi wysokie na kilkanaście metrów urządzenie z kilkoma wałkami. Na szczycie napis „John” i data: „1926”.

— To kalander. Dla papierników jest jak Bentley dla kierowców. Maszyna tak stara jak sama wytwórnia. Stoi tu od samego początku, mimo wojny, mimo powstania warszawskiego i wciąż na chodzie, czasem jeszcze gładzimy na niej papier na znaczki pocztowe — tłumaczy Andrzej Ambroziak.

To nie jedyny taki zabytek w papierni. Nieopodal stoi cały ciąg produkcyjny o nowocześnie brzmiącej nazwie MP1, na którym robi się urzędowe druki. Na leniwie obracających się walcach powstaje właśnie papier dla USC z wytłoczonym orłem. I choć wszystko odbywa się komputerowo, cała maszyna spoczywa wciąż na szkielecie pamiętającym czasy marszałka Piłsudskiego.

— Stopniowo ją modernizowaliśmy, ale to jej ostatnie zadanie, za dwa dni idzie na złom. Nikt jej nie chce do muzeum, za duża jest — tłumaczy dyrektor.

Irytuje go, że urzędnicy zaczynają korzystać z papierów z nadrukowanym godłem.

— To skandal, przecież taki urzędowy papier bardzo łatwo podrobić — denerwuje się.

Fakt, przestępca może sobie na nim wydrukować akt zgonu i każdy prokurator umorzy przeciw niemu śledztwo.

Ciąg banknotowy

Znowu wędrówka po krętych korytarzach. Gdyby nie dwóch milczących, uzbrojonych „przewodników”, długo kluczyłbym po tym labiryncie.

— Banknot to nie produkt, lecz dzieło sztuki. Tworzą go artyści, jedni go projektują, drudzy zabezpieczają, trzeci drukują — mówi Andrzej Ambroziewicz.

Najpierw graficy projektują wizualną stronę banknotu, tak, żeby był miły dla oka, miał w sobie to „coś”, nie był nudny. Powstaje model w skali 2:1. Autorem obecnych banknotów z wizerunkami polskich władców jest grafik Andrzej Heidrich. Z projektu graficznego robi się potem formy drukowe do typooffsetu i stalorytu. Małe dzieła sztuki, unikatowe i niepowtarzalne. Formy do maszyn typooffsetowych to prosta robota, powstają metodą fotograficzną. Płyta jest naświetlana na kliszę i trawiona wodą. Za to przygotowanie formy stalorytniczej wygląda tak samo jak przed 180 laty, gdy ją wymyślono. Na stalowej płycie powstaje tzw. kontrmatryca, czyli szablon zgodny z rysunkiem, choćby najbardziej finezyjnym. Następnie płytę zanurza się w chemicznej kąpieli i poddaje skomplikowanemu procesowi elektrochemicznemu. Z grubsza polega on na tym, że prąd powoduje reakcje chemiczne, które wytracają atomy metalu, tworząc formę stalorytniczą.

Tyle teorii. Czas na praktykę. Po kwadransie docieramy wreszcie do dużego, podłużnego pomieszczenia. To miejsce jest jednym z najpilniej strzeżonych w kraju. Mało kto ma szansę tu zajrzeć, nawet spośród pracowników PWPW. Od świata zewnętrznego oddzielają je pancerne drzwi. By tu wejść, trzeba mieć osobistą zgodę samego prezesa NBP. Leszek Balcerowicz taką zgodę nam wydał. To ciąg banknotowy. Serce PWPW. Tu się robi naprawdę grube pieniądze...

Mijamy zwyczajną, drewnianą paletę. Na niej, niczym gazety, leżą arkusze z już wydrukowanymi, ale jeszcze nie pociętymi banknotami. Każdy arkusz to 40 niebieskich „Władków”. Tak na oko, widzę jakieś… 5 mln zł. Za nieduży rulonik miałbym podróż dookoła świata, za nieco większy byłbym ustawiony na kilka lat. Takich palet stoi jeszcze kilka, na jednej same setki, na drugiej Kazimierz Wielki. Dla bezpieczeństwa obciągnięte siatką.

— To prefabrykaty, które trafią piętro wyżej do cięcia na pojedyncze „użytki”, a potem do sejfu — tłumaczy Wacław Ciesielski, kierownik działu banknotowego.

W wytwórni pracował, gdy drukowano jeszcze „górale” — czyli od zarania dziejów. Brak mu romantyzmu, bo jak można na stówę mówić prefabrykat czy na pięć dych użytek. Zresztą romantyzm został za pancernymi drzwiami, zza których nie słychać upiornego hałasu, jaki towarzyszy drukowaniu pieniędzy.

Ciąg banknotowy to drukarnia, ale niezwykła. Jej sercem są jamnikowate, supernowoczesne automaty, w których odbywa się cały skomplikowany proces drukowania banknotów. Każdy automat wart tyle, co kilka biurowców w centrum Warszawy. Właśnie drukują dwudziestki.

— Te maszyny to wyjątkowe cudeńka, robione na zamówienie. Koszt jednej to kilkadziesiąt milionów euro. Nie wolno ich odsprzedawać ani nawet złomować. Gdy się zużyją — wracają do producenta — mówi Bogusław Niewiadomski, kierownik działu maszyn banknotowych.

W „drukarni” pachnie farbą, panuje nieopisany hałas i… jest jak w szklarni. Drukowanie pieniędzy odbywa się obowiązkowo w temperaturze 20 stopni C i wilgodności powietrza 50 procent. Ani mniej, ani więcej. Takie przepisy. Druk banknotu to czynność prosta jedynie dla cwaniaków z Wołomina. Jest równie trudna i skomplikowana jak budowa rakiety kosmicznej. Wszystkie nominały drukowane są na tych samych dwóch maszynach. Żeby wydrukować banknot, potrzeba 4-5 operacji, które w sumie zajmują około miesiąca. Długo, bo między każdą z nich potrzeba czasu na utrwalenie się farby.

— Najpierw arkusz papieru ze znakiem wodnym i paskiem trafia do tzw. symultanu. Koledzy papiernicy ułatwili nam zadanie, bo te dwa elementy ułatwiają lokalizację rysunku na banknocie. Symultan zadrukowuje obydwie strony arkusza rysunkiem wstępnym — tłumaczy Bogusław Niewiadomski.

Rzeczywiście, papier przeciska się przez wielkie cylindry, które zadrukowują jednocześnie obie strony banknotu rysunkiem tła. Przy okazji nanoszą jedno z najtrudniejszych do sfałszowania zabezpieczeń, jakim jest recto-verso.

— Najtrudniejsze do podrobienia są rzeczy proste. Recto-verso to inaczej uzupełnianie się rysunku częściowo wydrukowanego na obu stronach banknotu. Jedynie pod światło widać go w całości — tłumaczy Wacław Ciesielski.

Faktycznie: pod światło widać litery RP. W euro są to cyfry nominału. Cwaniaczek z Wołomina nie skopiuje tego na kserokopiarce, zresztą nie tylko tego. Dotychczas wszystkie nominały miały ten sam znak wodny. Obecne każdy ma inny, odpowiadający portretowi po stronie prawej. Taki niuans. Jest jeszcze pasek w papierze — każdy nominał ma inny pasek z cyfrą nominału. Praktycznie na każdym etapie produkcji do banknotu wprowadzane są jakieś kolejne zabezpieczenia.

— Jest ich bardzo wiele, sam o niektórych nie wiem — dodaje Bogusław Niewiadomski.

Kilkanaście lat temu, w Łodzi, złapano fałszerza, który na kolorowej kserokopiarce drukował banknoty z Kopernikiem, a kilka lat później innego speca — tyle że ze skanerem. Wtedy banknoty nie miały jeszcze tła antykserycznego, czyli pola zawierającego bardzo cienkie linie, które po skopiowaniu łączą się ze sobą, dając rysunek wyraźniejszy niż na oryginale. Dzisiejsze banknoty kryją w sobie jeszcze mikrodruk, tekst tak mały, że niemożliwy do skopiowania kopiarką czy skanerem lub też zakodowane napisy i obrazy, niemożliwe do obejrzenia gołym okiem, a jedynie specjalnym dekoderem.

Przechodzimy do kolejnego działu. I choć granica jest umowna, każdy pracownik musi się wpisać do książki, choćby szedł po ołówek. Tu arkusze papieru z banknotami z nadrukowanym tłem znowu trafiają pod walce, które drukują rewers w technice stalorytniczej. Pojawia się reszta rysunku, w tym elementy wypukłe, również te, które pozwalają osobom niewidomym na rozpoznanie nominału. To zarazem kolejne zabezpieczenie, bo druk wypukły to sztuka sama w sobie. Nie da się jej podrobić żadną inną techniką.

Osobna sprawa to kolory na banknotach. Stuzłotówka mieni się siedmioma: trzema po stronie lewej i czterema po prawej, ale do jej druku wykorzystuje się aż 15 różnych farb. Ich zmieszanie daje jeszcze więcej niepowtarzalnych i niepodrabialnych kolorów, których nie widać gołym okiem. To jedno z zabezpieczeń, bo właściwości farb można określić jedynie za pomocą kamer na podczerwieni lamp UV. Pod ich wpływem farby świecą innym kolorem niż w świetle dziennym. Właśnie to sprawdzają kasjerzy w sklepach za pomocą testerów. No i rozetki z metalizowanej folii. Albo koniczynki. Maszyna, jakby przy okazji, wkleja je w papier pod wysokim ciśnieniem.

Władcy zabezpieczeni

Mijamy stertę arkuszy. Dwudziestki na nich są jakieś koślawe, niedodrukowane. Odpady, „makulatura wartościowa”. Też trafia do sejfu, potem na przemiał lub… na gadżety w postaci sprasowanych konfetti z setek czy dwudziestek.

— Kolejny etap to druk stalorytniczy awersu. Banknot otrzymuje swoją tożsamość: serię i numer — tłumaczy Bogusław Niewiadomski.

I jeszcze tzw. blink, czyli kolejne zabezpieczenie w postaci kwadratu widocznego w promieniach UV. Wszystko razem przypomina przystawianie pieczątki. Maszyna stalorytnicza jest wyjątkowym urządzeniem. Jedyna w Polsce. Gdy się zestarzeje, też musi wrócić do producenta.

— Na obu stronach banknotów jest jeszcze mikrotekst. Żeby go przeczytać, trzeba mieć lupę. O tu, widzi pan — Wacław Ciesielski wskazuje górną partię dwudziestki.

Na oko nic tam nie ma, ale pod lupą widać wyraźnie: NBP.

— Jeden z moich kierowników ma tak dobry wzrok, że czyta ten napis jak gazetę. Jak on to robi, nie wiem, pewnie zna na pamięć — żartuje kierownik działu maszyn.

— Sporo tych zabezpieczeń...

— Sporo? Od groma! Nasze banknoty z serii „Władcy polscy” należą do najlepiej zabezpieczonych na świecie. Nawet euro nie mają tylu sekretnych zabezpieczeń przed fałszerzami, co nasza setka czy pięćdziesiątka. W sumie jest ich kilkanaście, ale niewtajemniczeni wiedza jedynie o kilku. Pozostałe haczyki to tajemnica — mówi Wacław Ciesielski.

Podczas druku stalorytniczego powstają jeszcze, oprócz mikrotekstu: rozety drukowane farbą optycznie zmienną (zmienia kolor w zależności od kąta patrzenia), efekt kątowy (w zależności od kata patrzenia widać albo wartość nominału albo koronę). Podczas drukowania „Jagiełły” nanoszona jest jeszcze złota koniczynka. Arkusze z wydrukowanymi banknotami lądują... No właśnie, wcale nie w kasetkach czy pancernych skrzyniach, lecz na zwykłych paletach. Wózek widłowy zawozi je do skarbca operacyjnego. W ciągu banknotowym takich skarbców jest 10, każdy za pancernymi drzwiami.

Ostatni etap to gilotyna, która potnie arkusze na pojedyncze „użytki”. Potem są banderolowane i pakowane po sto banknotów w wiązce. Wszystko w zamkniętym urządzeniu, tzw. kompakcie, do którego człowiek ma dostęp jedynie przez przyciski. Potem na pakę i do sejfu NBP.

Wyprany Kopernik

— Banknoty różnią się między sobą nie tylko zabezpieczeniami, ale również wymiarami. Najmniejszy to 10 zł, potem każdy kolejny nominał jest o 6 mm szerszy i 3 mm wyższy — mówi Wacław Ciesielski.

— Żeby nie pomylić?

— Nie, żeby z mniejszego nominału nie zrobić większego. Byli już tacy specunie, co próbowali prać stare banknoty z Kopernikiem (1000 zł) i zamieniali je na Reymonta (1 mln zł). Nitka była, znak wodny był. Niektórzy się dali nabrać — wspomina Wacław Ciesielski.

Biorę do ręki brykiet ze zmielonych dwudziestek. Jest w nim jakieś 30 tys. złotych. Ciężki. Z kilogram waży jak nic. Gdyby zmielić milion z dwudziestek, powstałby brykiet ważący jakieś 30-35 kilogramów.

— Sporo tu kasy, może się w głowie zakręcić. Byli tacy, co nie wytrzymali? — pytam, zerkając na stos arkuszy. Na każdym 40 banknotów po sto złotych.

— Raz czy dwa po wojnie. Przed wojną nie było żadnego takiego przypadku. Zresztą, wie pan, można się przyzwyczaić i po jakimś czasie taka potęga pieniądza już nikogo nie wzrusza. Jak w fabryce czekolady, po jakimś czasie nie można już na nią patrzeć — mówi dyrektor PWPW Andrzej Ambroziewicz.

Na ciągu banknotowym nie wytrwa nikt, kto ma pociąg do banknotów. Niektórzy po kilku miesiącach sami się zwalniają. Nie wytrzymują, zwłaszcza młodzi. Zbyt korci. Ale to wyjątki. W papierni i ciągu banknotowym ludzie pracują niekiedy po kilkadziesiąt lat. Czy popracują drugie tyle? Swojego czasu Milton Friedman, laureat Nagrody Nobla wyrokował, że przyszłością pieniądza, jego kolejnym etapem rozwoju, będzie pieniadz elektroniczny. Kto wie, może już niedługo nasze dzieci lub wnuki na widok banknotu będą się skręcać ze śmiechu?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Drukarze pieniędzy