Polscy eksporterzy energii na razie nie mają co liczyć na rozbudowę linii przesyłowych do Niemiec. Dlaczego? Chodzi o wiatraki i... pieniądze.
Wygląda na to, że z zapowiadanej przez Polskie Sieci Elektroenergetyczne rozbudowy transgranicznych linii do przesyłu energii elektrycznej będą nici. Mniej więcej przed rokiem Stanisław Dobrzański, prezes PSE, deklarował, że w planach spółki znajdzie się oczekiwana przez polskich eksporterów energii budowa nowych linii przesyłowych w kierunku Berlina. Zaznaczał, że realizacja tych zamierzeń wymaga porozumienia z Vattenfall Europe Transmission (VET), spółką szwedzkiego Vattenfalla, która kontroluje sieci przesyłowe po niemieckiej stronie naszej zachodniej granicy. Wszystko wskazuje na to, że przynajmniej na razie na wspólne inwestycje z VET nie mamy co liczyć.
Lista przeszkód...
— Oczywiście chcemy stworzenia jednego europejskiego systemu energetycznego, od Rosji poprzez Polskę, aż po zachodnią Europę. Wymaga to budowy nowych połączeń transgranicznych, ale potrzebne jest bardzo przemyślane planowanie — twierdzi Klaus Rauscher, prezes Vattenfall Europe.
Jego zdaniem, z budową wiąże się wiele problemów technicznych i ekonomicznych. Barierą techniczną jest, według Klausa Rauschera, koncentracja elektrowni wiatrowych w sąsiadującym z Polską rejonie Niemiec. Znaczące moce, których funkcjonowanie jest trudno przewidywalne, bo uzależnione od pogody, destabilizują system. Przed kilku laty brak wiatru zdestabilizował na pewien czas niemiecką energetykę.
PSE podzielają obawy Vattenfalla, że ściślejsze powiązanie naszego systemu energetycznego z niemieckim może spowodować zagrożenie dla Polski. Dlatego przestało im się spieszyć z rozbudową linii.
— Nie zapadła jeszcze ostateczna decyzja, że nie będziemy budować tych połączeń. Wciąż analizujemy problem — zastrzega Stanisław Dobrzański.
Jest jeszcze druga strona medalu. Klaus Rauscher nie kryje, że Vattenfallowi rozbudowa sieci dziś po prostu się nie opłaca.
— W grę wchodzą potężne pieniądze. Budujemy właśnie linię z północy na południe Niemiec. Każdy kilometr kosztuje nas 700 tys. EUR (prawie 3 mln zł) — mówi prezes Vattenfall Europe.
Jego zdaniem, dziś inwestycje w dodatkowe połączenia z Polską nie zarobią na siebie. Być może sytuacja się zmieni, jeśli szwedzki koncern zrealizuje swoje plany i zwiększy zaangażowanie kapitałowe w polskim sektorze wytwarzania (dziś ma tylko Elektrociepłownie Warszawskie — przyp. red.). Wówczas będzie mógł zarabiać nie tylko na przesyle, ale też na eksporcie energii.
Brak szans na rychłe zwiększenie możliwości eksportowych to zła wiadomość dla krajowych producentów prądu. Wprawdzie, jak podkreśla Grzegorz Górski, szef polskiej spółki belgijskiego Electrabela, właściciela Elektrowni Połaniec, na eksporcie najwięcej zarabiają firmy przesyłowe, ale dla wytwórców to szansa na sprzedanie dodatkowej porcji energii. Naszym elektrowniom sprzyjają aktualne relacje cen na rynkach hurtowych.
...a miało być tak pięknie
— Różnicę w cenach energii na rynku niemieckim i polskim najlepiej odzwierciedlają wyniki aukcji mocy przesyłowych na 2005 r., przeprowadzonej jesienią wspólnie przez PSE, CEPS (operatora czeskiego — przyp. red.) i VET. Cena przesłania 1 MW w ciągu godziny w paśmie osiągnęła poziom 11,5 EUR — mówi Grzegorz Górski.
Z 800 MW wystawionych na sprzedaż polscy eksporterzy zdołali kupić 480. Gdyby linii było więcej, spadłyby ceny przesyłu i krajowe elektrownie wyeksportowałyby więcej prądu.