Walory Piotra Adamczyka: serce do gry, aparycja papieża, dusza hazardzisty i… Echo?
„Puls Biznesu”: Nie będę pytał, o której pan chodzi spać i z kim…
Piotr Adamczyk: Bardzo się cieszę.
Bo jestem z dziennika…
Znam i czytuję „Puls Biznesu”!
Naprawdę?
Najchętniej strony giełdowe. Interesuję się…
Szok!
No widzi pan? Czasami zaskakujemy się nawzajem.
Gra pan na giełdzie???
Powiem szczerze... (lekko zmieszany)
Właśnie. Nie wiem, czy powinienem?
Nie widzę przeciwwskazań…
No dobrze: gram. Ale staram się nie inwestować pokaźnych sum. Tak naprawdę dopiero się uczę… Nie chcę na razie zbyt dużo ryzykować, żeby nauki nie okupić poważnymi stratami. (śmiech)
Sprawia mi to niezwykłą przyjemność, bo mam w sobie taką duszę hazardzisty. A „hazard” na giełdzie jest legalny i jednak „ubezpieczony” — w sensie formalnym, kontrolowany.
Długo?
Od roku. I jak każdy gracz, miałem już sukcesy i porażki. Ale… wychodzę na zero.
Ktoś pana namówił?
Trafiłem na książkę. Krótką. O inwestowaniu. Początkowo zainteresowały mnie fundusze. Potem zrozumiałem, że skoro można samemu decydować, w co się inwestuje, to warto spróbować. Ale te moje „operacje giełdowe” trudno nazwać inwestowaniem… Zresztą nie mam takich środków. Mimo że pewnie wielu ludziom się wydaje, że jestem gwiazdą i powinienem mieć. Jednak te nasze polskie zarobki są skromne…
A europejskie?
Nawet europejskie. Nie chciałbym tu jakiegoś fałszywego wrażenia zrobić, że niezwykle bogaty jestem. Trudno jest mówić o pieniądzach.
W co pan ostatnio zainwestował?
Można?
Pewnie.
Nie, no, nie powiem.... To znaczy, znowu nie wiem, czy powinienem… Bo ostatnio popełniłem błąd — kupiłem Rolimpex i przegrałem… Nie, nie mogę tak mówić!
Ależ może pan! Śmiało!
To pochwalę.
Bardzo proszę.
Zainwestowałem w spółkę Echo. O! Bardzo korzystna transakcja…
No widzi pan?
W dołku kupiłem, na górce sprzedałem. Ale jeśli już tak rozmawiamy o biznesie, to ten kontakt z kulturą…
Nie jest najlepszy?
To wynika z wciąż nieunormowanej sytuacji prawnej na rynku. Dopóki priorytetem nie będzie autentyczna, uczciwa idea kinematografii, tylko „coś innego”, dopóty nie ma na co liczyć.
Chciałby się pan uniezależnić od tych układów? Gdyby na przykład po sequelu filmu o papieżu nadarzyła się okazja wyjazdu na stałe za granicę? Uciekłby pan?
Trudno powiedzieć. Gdybym otrzymał konkretną ofertę i byłaby ciekawa, to pewnie bym skorzystał. Ale nigdy w życiu nie myślałem o emigracji. Zresztą uważam, że do sedna aktorskiego zawodu można dojść wyłącznie w ojczyźnie. Wszelkie subtelności związane ze słowem można wydobyć tylko wtedy, kiedy się posługuje językiem znanym od urodzenia.
Jakiś lukratywny kontrakcik z Hollywood…
Proszę mi pokazać konkret. To nie tak, że nie i koniec — tylko w polskich filmach! Jestem otwarty na wszystko, co przyniesie los. Marzeniem każdego aktora jest zagrać w dużej produkcji. Mnie się ono spełniło — zagrałem w dużej, europejskiej. Spełniło mi się podwójnie, bo wkrótce rozpoczynam zdjęcia do kolejnej części. To będzie dla mnie wielkie wyzwanie, ale liczę, że będzie dobrze. Po prostu wierzę w to.
Ale myśli pan, że na dobre przekroczył granicę polskiego rynku filmowego?
Film powstał w języku angielskim. Odniósł sukces za granicą. Wciąż jest sprzedawany do wielu, czasami nawet bardzo egzotycznych, telewizji. Taka świadomość, że nagle jest się popularnym gdzieś w Wenezueli na przykład, jest na pewno dla aktora wyjątkowa. To spełnienie marzeń. Dla mnie to spełnienie bardzo zaskakujące, bo nawet nie śmiałem marzyć o takich sytuacjach na swojej drodze zawodowej.
Co się zmienia po takim skoku — w sensie zawodowym? Mam pan nowego agenta?
No tak, wywiad dla „Pulsu Biznesu”… Należy wrócić na ziemię, biznesowo do sprawy podejść… (śmiech)
Niewątpliwie się zmienia — tak! Odezwało się wielu agentów zagranicznych. Już wcześniej byłem w agencji w Londynie. Teraz mam agentów we Włoszech, Niemczech… Rozmawiam też z agentami z innych państw — powiedzmy, „w tajemnicy”. Mam świadomość otwartej szansy. Ale zbyt wcześnie, by zdradzać szczegóły. A jeśli chodzi o biznes filmowy? Ha! Miałem okazję zobaczyć, jak pracują ekipy zagraniczne. Jak tam się traktuje aktorów na planie… Warunki są niewątpliwie dużo bardziej luksusowe...
To znaczy?
Brałem udział w tzw. koprodukcjach. Na przykład: dawno temu grałem w serialu australijskim. Ekipa była polsko-australijska. Australijczycy mieszkali w luksusowym hotelu, wszyscy Polacy — w motelu pod miastem.
Bo Polacy wszystko zniosą?
Tak jest. Poza tym nie mają silnych związków zawodowych i regulacji prawnych przypisanych konkretnym grupom zawodowym. Przecież wtedy australijscy oświetleniowcy mieli lepsze zakwaterowanie od polskich aktorów! Mam nadzieję, że teraz, po wejściu do Unii Europejskiej, u nas też to się zacznie zmieniać. Na razie jest inaczej…
Ale zagra pan jeszcze nieraz w polskiej produkcji?
Oczywiście. W sierpniu wezmę udział w zdjęciach…
No i wróci pan rozpieszczony, a koledzy powiedzą: „no to mu sodówa do głowy uderzyła”… Zresztą już ponoć mówią.
Wie pan co? Dla mnie standardem są surowe warunki polskie. A tak naprawdę najwięcej zależy od ludzi, z którymi się pracuje. Dla aktora mniej ważna jest luksusowa przyczepa, w której można odpocząć, czy nocleg w pięciogwiazdkowym hotelu. O wiele bardziej istotny jest moment skupienia ekipy przed hasłem „akcja!” — kiedy pada klaps. Moment zrozumienia, że emocja aktorska to coś bardzo ulotnego, delikatnego. Zrozumienia, że wtedy nie można krzyczeć, zaczepiać, rozpraszać… Zagraniczne ekipy jakoś to mają. W Polsce to rzadkie, ale się zdarza. Pamiętam kiedyś taką produkcję dla BBC w Polsce. Polska ekipa, ale reżyser i aktorzy angielscy. No i w epizodach Polacy. Ja miałem okazję zagrać epizod jakiegoś rosyjskiego więźnia. Grałem w towarzystwie Anglika — dużo rozmawialiśmy. Wtedy po raz pierwszy dowiedziałem się, jak wygląda życie aktora za granicą… Ale też byłem pod wrażeniem ogromnego zaskoczenia reżysera angielskiego. Mówił, że w Anglii praca na planie jest bardzo sformalizowana. Jeśli mają ustaloną przerwę na lunch, to żeby nie wiem jak ważne ujęcie kręcili, wszyscy schodzą z planu. A Polacy? Mamy w sobie coś takiego… Takie zaangażowanie w temat. Każdy chce dać coś od siebie — taka nasza polska chęć. Ten Anglik był zaskoczony, że nam się tak strasznie chce…
Może pan sobie — już teraz — powiedzieć: „opłacało się”?
Mówimy o zyskach duchowych?
O wszystkich.
Gdybym mógł cofnąć czas… To nie zmieniłbym żadnej z życiowych decyzji. Poznałem tak niezwykłych ludzi… Ale co ja tu o ludziach? Przecież waszych czytelników interesują tylko pieniądze…
Bez przesady.
A wie pan co? W tym sensie też się opłacało. Tak.
To prawda, że po premierze filmu „Karol — człowiek, który został papieżem” w Mediolanie udzielał pan wywiadów non stop przez kilkanaście godzin?
Fakt. Do tego rodzaju maratonów zdążyłem się przyzwyczaić.
Myśli pan, że to dopiero początek?
Ktoś mnie niedawno zapytał, jak teraz chodzę po ulicach? Odpowiedziałem: normalnie — noga za nogą. Oczywiście wiele się zmieniło — stałem się bardziej popularnym aktorem. Ale nie odczuwam w związku z tym jakiejś niezwykłej zmiany w życiu.
Czyli normalnie, profesjonalnie, nie unika pan mediów i pokornie znosi efekty swojej pracy?
Jednocześnie bardzo się staram, żeby nie „wyskakiwać z lodówki”. Niewątpliwie mam te swoje 5 minut w związku z promocją filmu. Moje nazwisko wszędzie się pojawia… Nie da się przejechać ulicą, żeby nie znaleźć plakatu, do tego jeszcze te wywiady. Pozostaje mi mieć nadzieję, że widzom to nie przeszkadza i nie narzekają: „wszędzie ten Adamczyk, powtarza w kółko to samo”. Ale tak naprawdę dzięki temu docieram z informacją o filmie do różnych grup odbiorców. Oczywiście należy uważać, żeby nie przesadzić. Mam nadzieję, że tego nie robię. Ale żeby było wszystko jasne: moja cierpliwość i otwarcie nie wynika z przemyślanej strategii, tylko ze zwykłej, ludzkiej życzliwości. Przecież ja sobie zdaję sprawę, że pan jest w pracy tak samo jak ja. Odwracanie się tyłem, ignorowanie czy niepozwalanie na zdjęcia jest brakiem szacunku dla ludzi, którzy stoją po drugiej stronie. Przecież jesteśmy zależni od siebie.
To może umówmy się, że jak będziemy robić w „Pulsie” analizy giełdowe, to zadzwonię i pańskie typy będziemy publikować?
Ale tak nie można! Amatora?
Jasne!
(śmiech) To mogłoby zachwiać rynkiem giełdowym… Nie wolno!
Żartowałem.
Ale jeżeli pan by mi doradził od czasu do czasu? Chętnie skorzystam. Tak krótko. SMS-em. Po prostu: kupuj! Albo: trzymaj! A może: sprzedaj?
