Góra Krzyży

Agata Hernik, Jan Kaliński
opublikowano: 2007-05-18 00:00

Są wszędzie. Porastają pagórek niczym las. Okoliczni mieszkańcy i pielgrzymi zatykają tu krzyże od prawie dwóch stuleci.

Każdy, kto odwiedzi sanktuarium, zostawia swój ślad — stawia nowy krzyż. Choćby dwie zapałki zlepione gumą do żucia.

Są wszędzie. Porastają pagórek niczym las. Okoliczni mieszkańcy i pielgrzymi zatykają tu krzyże od prawie dwóch stuleci.

O Litwie Polacy uczą się na geografii. O Żmudzi wie każdy, kto czytał „Potop” Sienkiewicza. O Szawlach (z litewska Siauliai) już mało kto słyszał. A szkoda. Dwanaście kilometrów na północ od tej miejscowości znajduje się największe na Litwie — i w tej części Europy — sanktuarium pod gołym niebem. Góra Krzyży (Kryziu kalnas) — taką nazwą zwykło się określać to miejsce — jest celem pielgrzymów i atrakcją turystyczną dla niewierzących.

Sacrum i profanum

Wyjeżdżając z Szawli, kierujemy się w stronę granicy z Łotwą. Miasto, które za sobą zostawiamy, jest tak senne i spokojne, że trudno uwierzyć, iż to czwarta pod względem liczby mieszkańców metropolia Litwy. Do granicy z Łotwą niecałe 50 kilometrów. Wokół nie ma nic prócz pól. Teren równinny, płaski jak stół. Jednak blisko 10 kilometrów za Szawlami widać w oddali, po prawej stronie, niewielki pagórek. Żeby do niego dojechać, trzeba skręcić w małą asfaltową dróżkę. Przy szosie przekrzywiona tabliczka „Kryziu kalnas”. Stąd tylko 1,5 kilometra do celu podróży.

Góra Krzyży ma 10 metrów wysokości, jej podstawa tworzy prostokąt 50 na 60 metrów. Przecina ją kilka wyznaczonych chodników. Mają poręcze i schodki, by można wygodnie się poruszać. Wejścia na nie strzeże wielka figura Jezusa, u stóp którego leżą w stosie setki małych krzyży. Bo krzyże są tu wszędzie —większe powbijane w ziemię, mniejsze poukładane w stosy lub powieszone na innych. Dziesiątki tysięcy krzyży.

Oprócz nich nie ma tu prawie nic. Tylko bazarek, który rozrósł się na parkingu, gdzie zatrzymują się dowożące turystów i pielgrzymów samochody i autokary. Na straganach oferta odpustowa. Plastikowe krzyżyki, wizerunki świętych, różańce we wszystkich kolorach tęczy. A poza tym — wata cukrowa, wiatraczki, samochodziki na baterie, podróbki lalek Barbie o słowiańskiej urodzie.

Jakieś 200 metrów dalej widać nowo wybudowany kościół, który upodobały sobie młode pary, by w nim wziąć ślub, a później udać się na sesję w niecodziennym plenerze.

Pogańskie korzenie

Początki sanktuarium skrywają mroki dziejów. Jego korzenie są pogańskie. Wzniesienie zostało usypane kilka stuleci wcześniej. Historycy twierdzą, że to jeden z ponad pół tysiąca litewskich kurhanów — kamiennych lub drewnianych zbiorowych grobowców stawianych od epoki kamienia do wczesnego średniowiecza.

Kroniki wspominają, że w średniowieczu stała w tym miejscu drewniana warownia. Kawalerowie mieczowi nazywali ją Kulen lub Kula. Nowsze wzmianki pochodzą z 1850 r., kiedy sporządzono pierwszą pisemną notkę o stawianiu krzyży na wzgórzu. Wtedy była to już powszechna praktyka. Tradycja mówi, że po powstaniu listopadowym władze rosyjskie zabroniły stawiania krzyży na grobach poległych i straconych powstańców, więc ich bliscy zaczęli wznosić symboliczne krzyże ku ich czci właśnie tam.

Na starych kamiennych krzyżach wyryto intencje. Na nowych — wypisano flamastrem albo ołówkiem. Polskie napisy rzucają się w oczy. „Pielgrzymka 1997”, „za zdanie matury”, „za zdrowie cioci”.

Życzenia i prośby od wieków są te same — o zdrowie, szczęście, powodzenie. Dowódcy prosili o pomoc na polu walki.

I tu może się kryć powód, dla którego mieszkańcy Żmudzi zaczęli wystawiać wotywne krzyże — XIX wiek był przecież okresem walk narodowowyzwoleńczych, a krzyży zaczęło przybywać w czasie powstania listopadowego. 30 lat później, podczas powstania styczniowego, wystawianie ich na wzgórzu było powszechne.

Ciężkie czasy

Trudne chwile dla Góry Krzyży nadeszły w XIX wieku. Okupujący te ziemie Rosjanie dość szybko zorientowali się, że góra zaczyna urastać do rangi niebezpiecznego dla nich symbolu. Zabronili więc wystawiać nowe krzyże. Był to jeden z elementów rusyfikacji Litwy. Ale Litwini stawiali krzyże dalej — by z tą rusyfikacją walczyć.

Prawdziwa tragedia zaczęła się po drugiej wojnie światowej. Podobnie jak wileński cmentarz na Rossie, Góra Krzyży stała się nie do zniesienia dla władz radzieckich. O cmentarz na Rossie przestano dbać, a potem wyznaczono przez niego drogę. Na Górze Krzyży kategorycznie zabroniono wystawiać nowe krzyże. Komuniści wypowiedzieli Kościołowi wojnę. Teraz krzyże nabrały nowego wyrazu — symbolizowały niepodległościowe pragnienia Litwinów. Nagle, chyłkiem, w nocy, ktoś zaczął je kraść. Ale rano, w miejsce zabranych nocą, pojawiało się kilka nowych. Władze sięgnęły po bardziej radykalne środki. Wiosną 1961 r. na wzgórze wjechały buldożery, spychacze i koparki. Krzyże zrobione z drewna poszły na opał, żelazne na złom. Akcję ubezpieczało wojsko. Władze tłumaczyły, że wzgórzu trzeba przywrócić historyczny charakter — czyli ma się na powrót stać kurhanem. Ponownie „oczyszczanie” terenu przeprowadzono w 1973 r.

Atrakcja dla turystów

Władze dały spokój górze dopiero w 1980 r., po międzynarodowej konferencji poświęconej prawom człowieka w Meksyku. Przedstawiono wtedy dokumenty o prześladowaniu wolności wyznania na Litwie, co było sprzeczne z międzynarodowymi konwencjami podpisanymi przez ZSRR. A zwyczaj nie umarł. Krzyże pojawiły się znów. U progu niepodległości Litwy stało ich kilkanaście tysięcy. W czerwcu 1990 r., by upamiętnić ofiary terroru komunistycznego, Litwini zorganizowali Marsz Niepodległości i Nadziei. Kilkadziesiąt tysięcy pielgrzymów z całego kraju przyszło pod górę z krzyżami na ramionach. Ustawiono tu wówczas i poświęcono wotum dziękczynne za uzyskanie niepodległości — dużą, drewnianą rzeźbę Matki Bolejącej niesionej przez pielgrzymów przez całą Litwę. Górę odwiedził też papież Jan Paweł II podczas pielgrzymki do krajów nadbałtyckich w 1993 r.

Dziś stoi tu kilka milionów krzyży. Każdemu przybyszowi wolno zatknąć swój — i ludzie to robią, choćby mieli do dyspozycji tylko dwie zapałki i gumę do żucia.