Gracze na foreksie

PAWEŁ ŁOPACIŃSKI
04-11-2011, 00:00

Tu każdy może obrócić milionem dolarów. Tu wszystko jest możliwe. Witajcie w magicznym świecie foreksu

Jest 23 września 2011 roku, godzina 14. K., młody pracownik warszawskiej korporacji, idzie korytarzem do windy, wystukując w telefonie hasło do konta na platformie foreks.

Założył je wczoraj i zarwał pół nocy, by zrozumieć, jak handlować walutą. Na koncie K. widnieje okrągła suma 10 tys. złotych. Ale będzie mógł przeznaczyć na zakup lub sprzedaż waluty 500 razy więcej, niż posiada. Tak właśnie działa mechanizm dźwigni finansowej, która u początkujących graczy budzi dreszcz emocji i łudzi ich mirażami gigantycznych zysków.

Dźwignia to rodzaj nieoprocentowanego kredytu udzielanego na czas trwania transakcji. K. nie musi wykorzystywać dźwigni w sposób maksymalny. Broker, czyli właściciel platformy, zostawia klientowi wolny wybór. Równie dobrze K. może kupić lub sprzedać walutę z dźwignią standardową, czyli stukrotną. Ale nad firmą K. zbierają się czarne chmury. Mówi się o oszczędnościach i redukcji etatów. Dlatego K. decyduje się zagrać z ułańską fantazją.

Podejmuje decyzję o postawieniu wszystkiego na jedną kartę. Prawie wszystkiego. Bo żeby obrócić milionem dolarów, potrzebuje jedynie 2 tys. (2000 x 500), co w przeliczeniu na złotówki (według obowiązującego kursu) wynosi około 6720 złotych. K. idzie na lunch do ulubionej knajpki. Zanim tam dotrze, powinien wybrać, jaką walutę chce kupić. Lub sprzedać.

Do wyboru ma ponad sto par walutowych. W świecie foreksu nie musi – jak w przypadku rynku akcji – kupić i czekać, aż wartość akcji wzrośnie. Może sprzedać coś, czego faktycznie nie ma.

– Nasi klienci nie handlują rzeczywistą walutą – wyjaśnia Sebastian Zadora z Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska, specjalista od foreksowego rynku.

– To rodzaj kontraktu, który zabezpieczają zgromadzone na koncie środki. Uczestnik rynku, który jest przekonany, że dolar będzie się umacniał w stosunku do złotówki, kupuje go. Jeśli sądzi, że będzie odwrotnie, sprzedaje.

Trafne przewidzenie tendencji jest premiowane zyskiem. Ten pierwszy krok nazywany jest otwarciem pozycji. To właśnie postanowił zrobić K. Sprzedał dolara, czyli mówiąc fachowo, otworzył pozycję na parze dolar–złoty. Decyzja wydawała się na pierwszy rzut oka nieracjonalna. Od początku maja tego roku złotówka systematycznie traciła do dolara.

Zawirowania rynkowe – w tym przypadku kłopoty hiszpańskiej gospodarki, widmo bankructwa Grecji – zawsze powodują ucieczkę dużych graczy od walorów postrzeganych jako niepewne. A za takie uważa się waluty krajów wschodzących, a więc i złotówkę.

Mapa bezpieczeństwa inwestorów nie zmienia się tak dynamicznie jak kursy indeksów giełdowych. Jen, frank szwajcarski czy dolar mają zapewnić inwestorowi spokojny sen.

Ale K. nie interesował się ekonomią. Jego największą pasją było pływanie. Darmowy karnet na basen od firmy uważał za najprzyjemniejszy aspekt swojej pracy. Podczas lunchu nie myślał już o foreksie.

A właśnie w tym momencie wydarzyła się rzecz, którą odnotowały później wszystkie biznesowe serwisy: Narodowy Bank Polski i Bank Gospodarstwa Krajowego rozpoczęły sprzedaż rezerw walutowych. Złotówka zaczęła gwałtownie się umacniać.

W lustrze

– Trzeba pamiętać, że kursy walut podlegają normalnym prawom podaży i popytu. Jeśli jest więcej sprzedających, kurs spada, jeśli jest więcej kupujących, rośnie – mówi Adam Korecki, dyrektor Departamentu Obsługi Klienta w TMS Brokers.

– Rzeczywisty obrót walutami odbywa się w wielu miejscach na świecie, nie mamy tu scentralizowanego rynku jak w przypadku giełdy. Suma transakcji zawieranych w różnych miejscach między bankami centralnymi, komercyjnymi i funduszami nazywana jest przez specjalistów rynkiem bazowym.

Drobny gracz nie ma zazwyczaj do niego bezpośredniego dostępu. Dlatego brokerzy utworzyli rodzaj zwierciadlanego odbicia głównego rynku, na którym kursy walut zachowują się identycznie jak na rynku bazowym. I w tym właśnie lustrze znajdował się teraz – nieświadomy tego faktu – K.

Po powrocie z obiadu trafił wprost na zebranie wydziału. Szef oznajmił, że w ramach oszczędności nie będzie już karnetów na basen. Dla K. to był cios w samo serce. Odechciało mu się wszystkiego, nawet foreksu, do którego tak się zapalił. Wystukał hasło do swojego konta na platformie i zamknął pozycję.

– Nawet jeśli gracz przewidział trafnie kierunek, w którym podąży kurs, póki nie zamknie pozycji, zysk na jego rachunku jest tylko wirtualny – tłumaczy Sebastian Zadora. K. zamienił po prostu z powrotem złotówki na dolary. Ponieważ dzięki interwencji polskich banków kurs dolara spadł w ciągu godziny o prawie 2 proc., miał teraz na koncie tych dolarów dużo więcej.

Nie był takim szczęściarzem, żeby sprzedać na samej górce i odkupić w dołku. Ale i tak – dzięki dźwigni – zarobił 40 tys. złotych. Karnet na basen kosztował rocznie 1200 złotych. Mógł go wykupić na 33 lata z góry.

Pokusa

– Nie wierzę w takie historie – uśmiecha się Tomasz, mieszając kawę łyżeczką. – Rzeczywistość zazwyczaj jest inna. Nie chce ujawniać swoich danych.

– Może gdyby to wszystko potoczyło się inaczej, a tak… – Tomasz znów się uśmiecha.

– To małe środowisko. Siedzimy w jednej z łódzkich kawiarni. Tomasz ma ponad 50 lat, ale wygląda młodziej. Mieszka pod Łodzią, utrzymuje się z renty. Jak większość graczy na foreksie zaczynał od giełdy.

– Sprzedałem mieszkanie po babce – opowiada. – Początkowo myślałem o bezpieczniejszym ulokowaniu pieniędzy. W banku usłyszałem rozmowę dwóch klientów. Jeden z nich polecał giełdę, skusiłem się. Był rok 2004. Giełdowe indeksy wspinały się na nowe szczyty. Jak podejmował decyzje?

– Zaprzyjaźniłem się z maklerem. Nie mówił: kup to czy to. Raczej że warto się jakąś spółką zainteresować. Decyzje podejmowałem samodzielnie. Przyznaje, że czasem, kupując akcje spółki, nawet nie znał jej profilu.

– Mówili, że będzie rosła, i zazwyczaj tak było. Jak na swoje możliwości inwestowałem spore sumy.

– Ile? – Mam tak skonstruowaną psychikę, że kiedy w coś wchodzę, to na poważnie. Milczy przez chwilę.

– Bywało, że miałem w papierach grubo ponad 100 tys. Kryzys 2008 roku zmiótł giełdowe zyski. Jedna z firm w portfelu Tomasza straciła w krótkim czasie na wartości 90 proc.

– Teraz wiem, że trzeba było uciekać. Ale to się tylko tak mówi. Rano chwytałem nerwowo pilota i patrzyłem w telegazetę, gdzie podawano notowania spółek. Człowiek widzi czerwień i myśli: przecież musi odbić. Zaprzyjaźnionego maklera przeniesiono do innego oddziału.

– Pewno mógłbym go odnaleźć, ale nie chciałem. Jakoś to źle się kojarzyło... Wtedy zdecydował się na foreks. Znajomy pomógł mu opanować komputer. Sprzedał część akcji. Tych, które przyniosły najmniejsze straty. I otworzył konto na foreksie.

– Kiedy przychodziłem do biura maklerskiego, słyszałem o kontraktach na WIG20. Krążyły o nich mity, opowieści, jak to Kopciuszek w ciągu dnia zostawał królewną – uśmiecha się.

– Foreks jest podobny. I tu, i tu gra się kwotą większą, niż się ma. Handel walutą wydawał mi się bliższy. Pamiętałem jeszcze z PRL-u cinkciarzy spacerujących pod Peweksem. Mówiło się o nich z zazdrością: stoi, nic nie robi i ma. Początkowo szło mu nieźle. W ciągu tygodnia był do przodu 20 proc.

– Chodziłem dumny jak paw – wspomina. – Myślałem nawet, żeby odnaleźć swojego maklera i pochwalić się wynikiem. Mówi pracownica jednego z banków, obecnie doradca finansowy, a wcześniej maklerka, która obserwuje środowisko graczy od połowy lat 90.:

– Bardzo często inwestorzy, którzy zaczynają swoją przygodę z ryzykownymi instrumentami finansowymi, odnotowują zysk. Trudno to racjonalnie wytłumaczyć. Bo przecież nie mają doświadczenia, często odpowiedniej wiedzy. Dramaty przychodzą później.

– Jako makler sporo przeżyłam. Nerwowe telefony, bo za moment mija okres uzupełnienia depozytu. Zastawianie mieszkań, komornicy… Szkoda gadać.

Powrót Raskolnikowa

Tomasz otworzył pozycję na parze dolar–jen. Zagrał na umocnienie jena. Czy zadecydował sentyment do Japonii?

– Nie, nie… Byłem już inwestorem w miarę świadomym. Czegoś tam się przez te lata nauczyłem – opowiada.

– Jen się umacniał. Ale wszedłem w nieodpowiednim momencie, kiedy zaczęła się korekta kursu. Dźwignia finansowa działa w obie strony. Jeśli jest się po właściwej stronie rynku, okazuje się dobrodziejstwem. – Niech pan nie wierzy maklerom – przestrzega Tomasz.

– To raczej bilet do piekła. Bo przy standardowej dźwigni faktyczne straty podobnie jak zyski trzeba mnożyć przez 100. Jeśli mamy na rachunku 10 tys. złotych, a nasza strata osiągnęła właśnie ten poziom, broker zamknie pozycję i 10 tys. przepadnie. Chyba że uzupełnimy depozyt.

– Powiedziałem sobie „nie”, chociaż wiedziałem, że jeśli tego nie zrobię, stracę cały kapitał – wspomina Tomasz. I stracił. Unika odpowiedzi na pytanie, ile. – Dla mnie to było sporo… Sięga po cukierniczkę. Drżą mu ręce.

– Przepraszam, czy ja słodziłem? – pyta. Wrócił do zarzuconego hobby – czytania książek.

– Zresztą na grę nie mam pieniędzy – dodaje. Z inwestowania do końca jednak nie zrezygnował. Kupił trochę akcji GPW w ofercie pierwotnej.

– Ale na notowania patrzę już bez emocji. To ma być inwestycja na lata. Niech leży, jeść nie woła. Jego ulubionym pisarzem jest Dostojewski. Czy zna „Gracza”? – Znam – uśmiecha się. – Wiem, do czego pan zmierza. Ale to nie jest jego najlepsza powieść. Najlepsza jest „Zbrodnia i kara”. Czyta ją po raz trzeci.

To nie koniec świata

– Foreks jest rynkiem dużo bardziej ryzykownym niż rynek akcji ze względu na wysoką dźwignię – mówi Adam Korecki z TMS Brokers.

– Akcje, nawet jeśli stracą 50 proc., to jeszcze nie koniec świata. Inwestor nie musi ich sprzedawać, może poczekać na ich wzrost w przyszłości. Na rynku foreks, korzystając z dźwigni, nie może pozwolić sobie na tak duże zmiany cen. Ktoś, kto decyduje się na otwarcie konta na foreksie, musi bardzo dobrze znać ten rynek i jego zasady. Mieć strategię i plan gry. Według Koreckiego ważne są konsekwencja, nieuleganie emocjom i cierpliwość. Unika jednak odpowiedzi na pytanie, czy wśród jego klientów są ludzie utrzymujący się wyłącznie z gry na foreksie.

– Jeśli nawet tak jest, nie zazdroszczę – mówi Korecki. – Bo to najtrudniejszy zawód świata. Klientów, którzy korzystają z platformy TMS, dzieli na trzy podstawowe grupy. Pierwsza to uczestnicy indywidualni dysponujący kwotą do około 40 tys. złotych.

Druga – właściciele firm operujący kwotami do kilkuset tysięcy. I wreszcie firmy, które z racji eksportu czy importu operacjami na walutach zabezpieczają się przed ryzykiem kursowym. Konta posiadają także właściciele kantorów.

– Na rynku foreks obsługujemy stosunkowo niewiele firm, bo oferta jest skierowana przede wszystkim do klienta indywidualnego – tłumaczy Zadora.

– Robiliśmy badania dotyczące wieku inwestorów. Wyniki wskazują, że foreksem interesują się inwestorzy z bardzo różnych grup wiekowych. Blisko jedna trzecia to osoby do 30 lat, porównywalna liczebnie jest grupa osób w wieku 30–40 lat i niemal identyczna 40–55 lat. Liczba osób po pięćdziesiątce inwestujących na rynku foreks gwałtownie spada.

– Być może wiąże się to ze wzrastającą wraz z wiekiem awersją do ryzyka – podejrzewa Zadora.

Angielska inspiracja

Rozpytując wśród znajomych, szukam kogoś, kto żyje wyłącznie z grania na foreksie. Odwiedzam biura maklerskie. Maklerzy są uprzejmi, ale rozmawiają niechętnie. – Jeśli ktoś gra na walutach, to jest to raczej dodatek do jakiegoś normalnego zajęcia – mówi jeden nieoficjalnie.

Zaczynam podejrzewać, że ludzie, którzy żyją z foreksu, to miejska legenda. Są jak yeti. Mówi się o nich, ale tak naprawdę nikt ich nie widział. I wtedy odzywa się telefon. Mateusz Wójcicki, młody człowiek, prowadzi mnie do niewielkiego pokoju na nowym wrocławskim osiedlu. Na blacie stylowego mahoniowego biurka stoją dwa duże monitory.

– Tu mam notowania walut i wykresy – pokazuje na lewy monitor. – A na drugim giełdy. Mateusz utrzymuje się z gry na giełdzie i operacji walutowych od ośmiu lat. Zaczynał jako student.

– Moja pierwsza duża inwestycja to zakup akcji TVN-u na rynku pierwotnym. Studiowałem ekonomię w Anglii i to kierunek studiów spowodował, że zainteresowałem się rynkiem kapitałowym. Na akcje przeznaczył kilkanaście tysięcy złotych.

– Powyciągałem zaskórniaki, zapożyczyłem się u rodziny i – co najważniejsze – zarobiłem. Szybko zainteresował się kontraktami na WIG20. Tu też – jak w przypadku foreksu – używa się dźwigni, tylko mniejszej. Zaczynał od trzech kontraktów. Później było ich więcej.

Pragmatyk śni o liczbach

– Inwestowałem rozsądnie, więc bank mi zaufał. Miałem otwartą linię kredytową – opowiada. Jakimi kwotami obracał?

– Niech pan napisze kilkanaście, kilkadziesiąt otwartych kontraktów… – milknie na chwilę.

– Właściwie dochodziło do stu. Liczę szybko w pamięci. Wychodzi prawie 3 mln złotych. Jak sobie radził z emocjami, kiedy w grę wchodziły tak duże pieniądze? – Jestem człowiekiem bardzo oszczędnym. Kiedy trzymam w ręku 10 złotych, to się zastanawiam, czy je wydać, czy nie – mówi.

– Ale pieniądze przeznaczone na inwestycje trzeba traktować inaczej. Stolarz, żeby zarabiać, potrzebuje drewna, a ja potrzebuję pieniędzy. Te pieniądze to właściwie nie pieniądze i tyle. Przyznaje jednak, że zdarzały się momenty trudne.

– Na foreksie jestem od około dwóch lat. A to jest rynek, który pracuje całą dobę. Dzwoni telefon. Mateusz mówi kilka zdań do słuchawki, potem wyciąga kabel telefonu z gniazdka.

– Widzi pan, to też jest problem – tłumaczy. – Rodzina, znajomi dzwonią. Każdy myśli: przecież siedzi w domu, nie w pracy, może odebrać. A to zupełnie nie tak. Jeśli się gra, trzeba być przy komputerze, w pełni skoncentrowanym. Cały czas obserwować sytuację i podejmować decyzje. Nie tak jak w biurze.

Jego ulubione pary walutowe to euro–dolar, dolar–jen, dolar australijski–dolar amerykański. Czasem otwierał duże pozycje po południu. Kiedy kładł się spać, miał przy sobie telefon.

– Budziłem się co pół godziny – opowiada. – I zerkałem na wyświetlacz, żeby sprawdzić kurs. A kiedy zasypiałem, śniły mi się liczby, wykresy. To nie było przyjemne… Dlatego postanowił grę usystematyzować. Wstaje o 7. Dzień zaczyna od przejrzenia wiadomości z rynku. To zajmuje około godziny. Potem śniadanie. Po śniadaniu zasiada przed komputerem. Stara się, by zakończyć grę około 18. – Czasem się przeciągnie i wtedy żona trochę się denerwuje, bo na przykład jesteśmy umówieni na imprezę z przyjaciółmi – tłumaczy.

– Ale jest bardzo wyrozumiała, a ja staram się trzymać zasad. Zdarzają się jednak, jak mówi, sytuacje bardzo trudne, nieprzewidziane i niekoniecznie związane z PKB amerykańskiej gospodarki.

– Nie bardzo chciałbym o tym mówić – urywa, wypija łyk wody. Wreszcie kontynuuje: – Na przykład pogrzeb w rodzinie. No przecież trzeba być… A z drugiej strony pootwierane pozycje. No i jakiś scenariusz w głowie, że mniej więcej o tej i o tej powinno się je zamykać. No, ale nie można… Stres? – Tak, bardzo duży stres – kończy. Upija kolejny łyk, odstawia szklankę.

Oddech procentuje

Na osiem PIT-ów, które dotąd oddał, tylko na jednym widniała cyfra ujemna. – Zarobić w jeden dzień 5 tys. złotych na foreksie to nie jest rzecz niezwykła. Nawet przy niewielkim kapitale. Stracić też nie. O tym trzeba zawsze pamiętać – mówi. Nie używa żadnego magicznego systemu.

– Wyznaczam punkty oporu i wsparcia, czyli miejsca, gdzie waluta dochodzi do jakiegoś poziomu i ma kłopoty z jego przebiciem. To są rzeczywiście ważne miejsca. Ale tak zwana analiza techniczna, różnego rodzaju wskaźniki nie są dla mnie religią. Zastanawia się przez chwilę, jak scharakteryzować swój styl gry.

– Może jest to coś, co bym określił jako reakcja reakcji. Jeśli na rynku pojawi się jakaś istotna wiadomość, nie reaguję natychmiast, tylko czekam. Kiedy opowiadam mu historię Tomasza, inwestora spod Łodzi, kiwa głową ze zrozumieniem. – W mojej rodzinie też kilka osób próbowało sił na foreksie i wyzerowało konta – mówi. Dlatego grę należy zaczynać z niewielkim kapitałem.

– Trzeba mieć zawsze finansowy bufor, żeby w miarę komfortowo przeżyć, kiedy przyjdą niepowodzenia. Bo straty są nieuniknione. Zalicza je nawet najlepszy inwestor. Mateusz także, ale nie narzeka.

– Ważne są też przerwy w grze. Trzeba je robić. Choćby po to, żeby pozałatwiać osobiste sprawy. Bo kiedy się gra, nie ma na to czasu. Dobry moment to udana spekulacja z dużym zyskiem. Albo porażka. Można wtedy pewne rzeczy przemyśleć. Mateusz ma właśnie taką przerwę.

Jak założył – dwa tygodnie. Ale dzień zaczyna jak zwykle od przejrzenia wiadomości z rynków finansowych. – Tu nie można zrobić sobie przerwy. Trzeba być wciąż obecnym. Zamyśla się.

– Jak się człowiek wciąż wpatruje w te notowania, w te wykresy, to jakby żył z tym rynkiem, jakby z nim oddychał. Ja od początku czułem, że te rynki nie mają siły, żeby iść w górę. I do tego nie były mi potrzebne żadne eksperckie komentarze. Ale szły. Wtedy człowiek się zastanawia: a może będzie jednak inaczej? Niby ryzyko pomyłki jest wkalkulowane, ale kiedy jest się w grze, to marne pocieszenie. Latem indeksy runęły w dół. Zarobił.

– Jeden z banków oferował mi atrakcyjną pracę, zachęcał do zdania egzaminów uprawniających do wykonywania zawodu doradcy inwestycyjnego. Ale nie zdecydowałem się – mówi. – Mieć kogoś nad sobą, to chyba nie dla mnie…

Piżama z klasą

World Top Investor to jedne z najbardziej prestiżowych zawodów dla inwestorów walutowych. Organizuje je grupa renomowanych firm brokerskich. Trwają rok, a wygrywa ten, kto osiągnie najwyższy zysk. Uczestnicy grają na rzeczywistych kontach i inwestują własne pieniądze. Na szczycie listy dwa konta. Na obu zysk wynosi ponad 400 proc., oba należą do tego samego inwestora – Polaka.

Trzeci w rankingu Hiszpan może pochwalić się ponad 200-procentowym zyskiem. Paweł Olchawa – bo do niego należą oba rachunki z największym zyskiem – to jeden z twórców portalu społecznościowego Nasza Klasa.

– Naszej Klasy nie robiliśmy dla pieniędzy – opowiada. – Myśleliśmy: niedługo skończą się studia, zróbmy coś fajnego razem… W domu, na stancji, każdy przy swoim komputerze pisaliśmy aplikację. A potem spotykaliśmy się i dyskutowaliśmy.

Było ich czterech. Trzech informatyków i grafik. Portal pojawił się w sieci w listopadzie 2006 roku. Pierwszego dnia miał 300 użytkowników, po kilku miesiącach liczbę odsłon liczono w miliardach. – Ten sukces był dla mnie kompletnym zaskoczeniem – wspomina Paweł. – To tak, jakby wybrał się pan dla przyjemności na ryby i wyszedł z tego biznes.

– Złota rybka? – Tak to właśnie można określić. Naprawdę duże pieniądze pojawiły się w 2008 roku, kiedy większościowe udziały w portalu nabył Forticom, firma informatyczna działająca głównie w krajach nadbałtyckich. Wartość serwisu szacowano wówczas na blisko 200 mln złotych. Od kilku miesięcy Paweł nie pracuje już w Naszej Klasie, ale ma w niej nadal 8,25 proc. udziałów.

– Pracowałem non stop, z przerwami na jedzenie i sen. Momentami padałem. Wynajmowaliśmy piętrowe mieszkanie, ja zajmowałem pokój na poddaszu, na dole było biuro.

Ktoś mówił, że coś nie działa, wstawałem rano i jeszcze w piżamie siadałem przed komputerem… Wszyscy tak harowaliśmy. Pamiętam, jak poprosiłem Karola, jednego z administratorów, żeby skonfigurował 40 serwerów pod zdjęcia. To trzeba było zrobić w ciągu jednej nocy, a nie mieliśmy jeszcze wtedy mechanizmu automatycznej konfiguracji…

Pracował jak robot na 40 różnych komputerach równocześnie. Rano wszystko działało. W portalu pracuje obecnie około 200 osób, 60 to informatycy. – To dobrzy ludzie – mówi Paweł. – Przyglądałem się jednemu z nich. Pomyślałem: przecież może robić to co ja. Bo ja muszę odpocząć. Ma 27 lat. W wolnych chwilach siada za kierownicą. Lubi prowadzić. Zjechał już całą Europę. Ostatniego lata wybrał się ze swoją dziewczyną samochodem do Barcelony.

Czysty umysł

Z góry zaznacza, że nie jest specjalistą od inwestowania. – Jestem informatykiem – wyjaśnia. Jednak kiedy pojawiły się duże pieniądze zarobione na serwisie Nasza Klasa, postanowił bliżej przyjrzeć się rynkom finansowym, w tym także foreksowi. – Jest takie powiedzenie, że nie powinno się trzymać oszczędności w jednej walucie. Od tego więc zacząłem. Zasada dywersyfikacji portfela. Kiedy poznałem mechanizmy funkcjonowania rynku walutowego, chciałem zobaczyć, jak moje przemyślenia sprawdzają się w praktyce. Konkurs wydawał mu się idealnym miejscem do testów. – Mam jasno określony cel – tłumaczy.

– Chcę wygrać główną nagrodę, 250 tys. dolarów. To jeszcze długa droga. Paweł jest skupiony, kiedy słucha i kiedy mówi. Stara się, by jego przekaz był czysty i klarowny. Gra na więcej niż jednym koncie. Jego strategia opiera się na otwieraniu przeciwstawnych pozycji. To automatycznie oznacza, że jeśli jedno konto zarabia, to drugie traci.

– Pytałem organizatorów, czy tak można. Nie mieli nic przeciwko temu. Podobno wiele osób próbowało tak grać, ale bez sukcesów. Szczegółów, w jaki sposób otwieram i zamykam pozycje, zdradzić nie mogę. Konkurs wciąż trwa i nie wiadomo, jak się zakończy. Ale już sam fakt, że strategia się sprawdza… Tak, to daje dużą satysfakcję. Do inwestowania na giełdach i spekulowania walutą odnosi się sceptycznie.

– To niekoniecznie musi być dobry sposób zarabiania na życie – twierdzi. Nie ufa też różnym giełdowym guru. – Jeśli moja dziewczyna powie, że jutro indeksy wzrosną, a pan, że spadną, ktoś z was będzie miał rację. Ale czy to oznacza, że jesteście nieomylnymi ekspertami? Dlatego mówiąc o foreksie, często odwołuje się do pojęć stosowanych w rachunku prawdopodobieństwa.

– To raczej rzut kostką. Albo jeszcze bardziej – czerwone i czarne. Jak w kasynie. Pieniądze zarobione na Naszej Klasie stara się lokować w bezpieczne aktywa.

– To są różnego rodzaju fundusze i inne instrumenty finansowe – mówi enigmatycznie. – Nieakcyjne – zaznacza. Ale przygląda się też akcjom. W niedalekiej przyszłości zamierza zainwestować na giełdzie około 10 proc. kapitału.

– Nie chcę grać na kontraktach czy spekulować walutą. W tym przypadku, żeby ktoś wygrał, inny musi stracić – dodaje. – Chodzę po ulicach, rozglądam się… Cokolwiek by mówić, wszystko się zmienia, rośnie. Inwestowanie w firmę to inwestycja w wartość. Niekoniecznie tak musi być, ale na akcjach mogą zarobić wszyscy.

Pacjent, magister, hazardzista

Przerwa w inwestowaniu pozwoliła Mateuszowi Wójcickiemu wybrać się wreszcie do lekarza. Wizytę odkładał od kilku miesięcy. Paweł Olchawa zerka co wieczór na wyniki rankingu i przygotowuje się do obrony pracy magisterskiej. Zajęty Naszą Klasą nie miał czasu na jej napisanie.

Tomasz, inwestor spod Łodzi, nie dokończył lektury powieści Fiodora Dostojewskiego. Mimo że kiedyś porównywał dźwignię finansową do narzędzia szatana, ponownie otworzył pozycje na walutach. Kiedy dzwonię do niego i pytam, czy to prawda, milczy przez dłuższą chwilę. Wreszcie odpowiada: – Jeśli istnieje piekło, istnieje również niebo, nie sądzi pan?

Foreks to największy rynek wymiany walut na świecie. Jego dzienne obroty szacuje się na około 4 bln dolarów na dobę. Największy obrót notowany jest na czterech parach walutowych: euro–dolar, funt brytyjski–dolar, dolar–frank szwajcarski i dolar–jen. Uczestnikiem rynku może zostać praktycznie każdy – wystarczy dostęp do Internetu i kilkaset złotych gotówki. Handel odbywa się za pośrednictwem brokera, który dostarcza klientowi odpowiednie oprogramowanie do zawierania transakcji.

Broker czerpie zysk z prowizji, a także tzw. spreadu, czyli różnicy między kursem kupna a sprzedaży waluty. Powszechnie stosowany w foreksie mechanizm dźwigni finansowej umożliwia graczowi zawieranie transakcji o wartości dużo wyższej niż ilość gotówki, którą ma na koncie. Standardowa dźwignia to 1:100, co oznacza, że jeśli gracz ma 1000 zł, będzie mógł obrócić kapitałem o wartości 100 tys. złotych. Może wybrać dźwignię mniejszą, np. 1:50, i znacznie większą, np. 1:500. Istnieje też możliwość osiągania zysków przy spadkach, co jest uważane za największą zaletę foreksu. Na tym rynku działa kilka wyspecjalizowanych w handlu walutami firm polskich i międzynarodowych.

Platformy umożliwiające zawieranie transakcji walutowych otwiera też coraz więcej biur maklerskich działających przy polskich bankach. Najpopularniejsi polscy brokerzy: TMS Brokers, XTB, IDM. Polscy brokerzy działający przy biurach maklerskich banków: BOSSA FX, Alior Trader, Noble Markets.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: PAWEŁ ŁOPACIŃSKI

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Gracze na foreksie