Import z Chin utrudnia sprzedaż polskim firmom

Agnieszka Zielińska
27-06-2005, 00:00

Włókiennictwo powoli wychodzi z dołka. Ekonomiczne wskaźniki pną się w górę. Jednak przedstawiciele branży narzekają. Powód? Rosnący import z Chin.

Publikowane ostatnio wskaźniki GUS napawają optymizmem. Przybywa przedsiębiorstw, polepsza się ich rentowność i rosną zyski.

— To daje powody do umiarkowanego optymizmu. Sytuacja branży stopniowo poprawia się — uważa Jerzy Garczyński, dyrektor Polskiej Izby Odzieżowo-Tekstylnej.

Jednak kondycja naszego włókiennictwa z pewnością byłaby dużo lepsza, gdyby nie gwałtowny wzrost udziału w rynku tekstyliów sprowadzanych z Chin. Od początku tego roku import do Polski niektórych towarów wzrósł o 300-400 proc.! Na porządku dziennym jest również drastyczne zaniżanie cen przez produ- centów z Dalekiego Wschodu, kopiowanie wzorów i podrabianie marek.

— Chińscy producenci mogą sobie pozwolić na niższe ceny, bo oszczędzają na wszystkim. Nie przestrzegają zasad bezpieczeństwa i higieny pracy ani przepisów dotyczących ochrony środowiska. Nie ma również mowy o ochronie intelektualnej własności. W walce z taką konkurencją większość firm włókienniczych jest praktycznie bezradna — podkreśla Tomasz Borsiak, dyrektor handlowy Froter.

Jednak nie tylko polskie firmy tracą z powodu importu z Chin.

Wymęczony kompromis

Kłopoty mają też inne kraje Unii Europejskiej. W styczniu tego roku wartość tkanin i odzieży sprowadzanych z tego kraju do Unii zwiększyła się o 46,5 proc. w skali roku, a w niektórych kategoriach nawet o 625 proc.!

Nic więc dziwnego, że UE zażądała od Komisji Europejskiej podjęcia zdecydowanych kroków. Komisja ma do tego prawo dzięki zasadom przyjętym po przystąpieniu Chin do Światowej Organizacji Handlu w 2001 r. Pozwalają one na ograniczenie rocznego wzrostu importu z Chin do 7,5 proc. KE może to zrobić w sytuacji, gdyby okazało się, że europejskie firmy ponoszą z tego tytułu dotkliwe straty.

Rezultatem mediacji Komisji Europejskiej jest porozumienie podpisane 10 czerwca między Unią i Chinami, ograniczające chiński eksport do krajów UE. Roczny wzrost eksportu nie może przekroczyć określonych limitów dla poszczególnych kategorii. Np. dla tkanin bawełnianych nie może być wyższy niż 12,5 proc.

— Ten problem udało się rozwiązać wspólnie z władzami chińskimi, które pokazały, że są gotowe do podejmowania odważnych decyzji. Zgodnie z porozumieniem ustanowiona została procedura podwójnej kontroli importu chińskich tekstyliów. Chińscy eksporterzy muszą mieć licencję eksportową, podobnie jak unijni importerzy. Dostaną ją tylko ci, którzy zmieszczą się w określonym kontyngencie — mówi Mieczysław Nogaj, dyrektor Departamentu Polityki Handlowej w Ministerstwie Gospodarki i Pracy.

Co to oznacza dla branży?

— Na pewno daje jej oddech. Sy- tuacja powinna teraz znacznie się polepszyć. Należy jak najlepiej wykorzystać czas, w którym będą obowiązywały te rozwiązania, czyli do 2008 r. — uważa Mieczysław Nogaj.

Jakościowy kontratak

Polskie firmy, broniąc się przed zalewem tanich chińskich tekstyliów, stawiają dziś na jakość i innowacyjność. Coraz częściej decydują się na unowocześnienie produkcji, dzięki czemu mogą zwiększyć wydajność i obniżyć koszty. Niestety, bolączką branży jest jednocześnie brak środków na inwestycje. Szacuje się, że aby skutecznie konkurować z firmami Unii Europejskiej, krajowy przemysł włókienniczy musiałby zainwestować 2 mld dolarów.

Środków brakuje. A bez specjalistycznych maszyn niewielkie zakłady nie są w stanie zapewnić odpowiedniej jakości wyrobów, mają też problemy z negocjowaniem cen materiałów. I koło się zamyka.

Słabe firmy powoli wykruszają się z rynku, ustępując pola silniejszym. Ich wyniki dźwigają zaś branżę w górę.

Zaletą polskich firm jest jednak duża elastyczność.

— Jesteśmy w stanie produkować krótkie serie na zamówienie. Naszym atutem jest także szybkość działania. Tymczasem chińscy producenci stawiają głównie na wielkość produkcji. Nie są również w stanie odpowiedzieć szybko na zamówienie — podkreśla Tomasz Borsiak.

Niestety, polscy producenci muszą borykać się też z nielegalnym importem. Towary te często produkowane są w szarej strefie i sprzedawane po zaniżonych cenach.

— Nikt tak naprawdę nie wie, jak duża jest skala zjawiska — podkreśla Tomasz Borsiak.

Jego zdaniem kondycja polskiego włókiennictwa zależy więc w dużej mierze od ograniczenia szarej strefy i przemytu. Toteż ochrona rynku bez dokładnych kontroli celnych nie przyniesie oczekiwanych zmian. Producenci tekstyliów mają jednak nadzieję, że już wkrótce sytuacja się poprawi, bo Unia — w trosce o własny przemysł — wymusi na Polsce uszczelnienie granic.

I co jeszcze? Eksperci są zgodni, szansą dla branży jest dziś przede wszystkim specjalizacja. Warto nastawić się na produkcję o wysokiej jakości i skomplikowanym wzornictwie, dla ludzi średnio i dobrze zarabiających. Tylko maksymalnie nowoczesna produkcja ma szansę na wygranie konkurencji z masowym importem z Azji.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Zielińska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Świat / Import z Chin utrudnia sprzedaż polskim firmom