Inkubator uśmiechu

aktualizacja: 24-05-2018, 23:09

Trudno znaleźć argument, by ją kupić. Jeszcze trudniej z niej zrezygnować. Ma tyle pozytywnej energii, że kierowca nie wytrzymuje i zaczyna się tą energią dzielić. Tak. To zabawka.

Jest poniedziałek rano. Korek. Co prawda świeci słońce, bo maj. Ale poniedziałek! Korek! Jeszcze chwilę temu weekend, a teraz do pracy i do tego ten korek! Nawet wspomnienie „piąteczka, piątunia” czy sobotniego lenistwa nie poprawia nastroju. Bo jak? W poniedziałek? W korku? Do kolejnej euforii jeszcze pięć dni. A tu nawet ten pierwszy się nie zaczął. Bo korek. Posępne, poniedziałkowe postacie straszą chmurnymi spojrzeniami zza szyb opli, volkswagenów i seatów. Oj! Patrzą na mnie.

Wyświetl galerię [1/6]

Frajda. Mazda MX-5 to jeden z nielicznych dzis samochodów, które daja mnóstwo przyjemnosci z wyciskania ostatnich potów i szukania rezerw w technice jazdy. Kaze myslec i planowac, uczy swiadomego panowania nad pojazdem. Jednoczesnie, przy spokojnej jezdzie, nie prowokuje. FOT. MATERIAŁY PRASOWE

Chwała Mazdzie

A ja mam banana na twarzy. Dobrze mi i wesoło. Zapewniam w tym miejscu, że to nie dlatego, że weekend jeszcze… nie wyparował z moich żył. Nawet nie dlatego, że na pasie obok uśmiechnięta dziewczyna w geście powitania podnosi dłoń. Nawet nie dlatego, że słyszę komentarz dwóch jegomości, stojących na przystanku, na temat owego pozdrowienia: „Pa! Na furę wyrywa!”. Jestem radosny, bo mam MX-5 RF. Zostałem pozdrowiony, bo mam MX-5. I również dlatego tylko nasza dwójka była tamtego zakorkowanego poniedziałku uśmiechnięta. Oboje prowadziliśmy najwdzięczniejszy samochód na rynku. Mazdę MX-5. Choć każde z nas w swoją stronę.

Pomyśl, o co chodzi w samochodzie? Poza rzeczami oczywistymi (cena, osiągi, miejsce, marka). Jeśli nie jesteś tylko biernym użytkownikiem, jeśli auto nie służy ci wyłącznie do stania w korku… znaczy do przemieszczania się, i jeśli w twoich żyłach krąży choć promil etyliny — chodzi o frajdę. Czasem o tym zapominamy. W poniedziałek — stojąc w korku. Ale tak jest. Wiem i rozumiem. Dzieci, praca, obowiązki. Nie ma czasu na zabawki. Albo nie ma na nie pieniędzy, a zabawki kosztują. Szczególnie te dużych chłopców. Świat samochodów jest prosty — im drożej, tym zabawniej. Ale Mazda postanowiła to zmienić, oddając prawdziwego roadstera w ręce zmęczonych poniedziałkowymi korkami Polaków. Jak nie brać?

Zacznijmy od tego, co to jest współczesny roadster. Dziś to kategoria raczej premium. Można w niej upchnąć BMW Z4 i Alfę Romeo 4C, znajdzie się miejsce dla modeli ze stajni Lamborghini czy Ferrari lub Porsche. Toż to od 200 tys. zł wzwyż. Jak na banany — drogo. Nawet jeśli chodzi o banany na twarzy. Niewielu na to stać. To już lepiej w oplu czy volkswagenie przeczekać ten poniedziałkowy korek, rzucając gromowe spojrzenia. No i pewnie też bym takie słał, gdyby nie Mazda, która kiedyś poszła pod prąd tak ochoczo, że prąd zmienił kierunek.

Historia w archiwum

Nie będę się rozpisywał o historii powstania modelu MX-5. Bo już to robiłem. Zainteresowanych odsyłam do archiwum na pb.pl (tekst „Ambasadorka dziennikarzy” z 27 czerwca 2014 r.). Wspomnę tylko, że gdy w 1989 r. Mazda MX-5 powstała, rynek roadsterów umierał. Kojarzone z Wielką Brytanią nadwozie tego typu znajdowało coraz mniej chętnych. Być może ludzie końcówki minionego wieku nie chcieli się już bawić. Być może nie było ich na to stać. Tak czy inaczej, prawdopodobnie gdyby nie Mazda roadstery zarezerwowane byłyby wyłącznie dla nielicznych posiadaczy obfitych kont. Roadster jest zabawką. Małym, dwuosobowym nadwoziem. Ciasnym i z otwieranym dachem przykrywanym, na wypadek deszczu, miękkim brezentem. Z założenia nie nadaje się do niczego poza jazdą. I to taką, w której nie cel, lecz droga do niego jest celem. Ma dawać maksymalnie dużo frajdy z prowadzenia i pokonywania kolejnych kilometrów i to bez znaczenia, jaką mocą dysponuje. Jest w świecie motoryzacji tym, czym menu degustacyjne w restauracji. Nie najeść się jest celem. Celem jest samo smakowanie. Wyjdziesz zachwycony, chociaż głodny i niekoniecznie tam, gdzie zmierzałeś. Do rzeczy.

Najnowsza (czwarta) generacja MX-5 zadebiutowała w 2014 r. Była (jest!) klasycznym roadsterem. Małym, ciasnym z tylnym napędem i miękkim ręcznie składanym dachem. Teraz dołączyła do niej „odmiana” RF. Czyli to samo, ale z twardym elektrycznie składanym dachem. W odróżnieniu od „nie RF”, nie chowa się tu cały dach, lecz jedynie jego środkowa część — czyli to nadwozie typu targa. Ale jak wiecie, niewiele mnie interesują szczegóły techniczne, typy nadwozia czy (tym razem) moc silnika. Idzie o charakter. Jest? 200 miejskich i około 500 pozamiejskich kilometrów później jestem gotowy do odpowiedzi. To najbardziej charakterne auto w swojej kategorii cenowej. Kompletnie niepraktyczne, diabelnie ciasne. Choć mój czterdziestoletni kręgosłup protestował, a nogi drętwiały, nie chciałem z niego wysiadać. Ciągle i ciągle szukając powodów, by jeszcze gdzieś pojechać.

Dyskutowałem z kolegą na temat tego samochodu. Bo — zupełnie na poważnie — rozważałem kupno Mazdy MX-5. Każdy mój argument zbijał innym, z którym trudno się było nie zgodzić. Że za stary jestem, że się nie nadaje na jedyne auto, że za słabe, że nie na autostradę, że to i tamto i wreszcie: „Ma miękki dach! Zaraz sparcieje! Aha!”.

— RF ma twardy, to może kupię MX-5 RF — zapytałem pełen nadziei na aprobatę.

— Chciałem cię wyzwać na pojedynek na odpowiedzialność. Ale ty cały czas nie masz broni — odparł, wychodząc.

Teraz poważnie. Mazda MX-5 (bez znaczenia — RF czy nie) to auto z charakterem i jako takie nie jest dla każdego. Musi mieć kierowcę z charakterem. Najlepiej zgodnym. Raczej nie sprawdzi się jako jedyne auto w rodzinie. To zabawka, a nawet faceci powinni się bawić tylko czasem. Nie non stop. Nie nadaje się do kilkugodzinnych podróży autostradą (kręgosłup). Nie nadaje na zakupy (bagażnik). Jest doskonałym kompanem do wypraw krętymi drogami czy przełęczami. Na włóczenie się bez celu. No ale… mam 40 lat z okładem. Czasem muszę do celu, choć bardzo tego nie chcę. Powoli dochodzę do wniosku, że nawet wyposażenie MX-5 w twardy dach (czego kilka wersów wyżej próbowałem użyć jako argumentu „za”) nie spowoduje, że ją wybiorę, dopóki nie będzie mnie stać na dwa samochody. Owo poniedziałkowo-korkowe doświadczenie opisane na początku uświadomiło mi jeszcze jedno. Wstyd się przyznać — banan na mojej twarzy wywołało doskonałe prowadzenie, poczucie jedności z samochodem i panowania nad nim.

Wywołała jego aparycja. Precyzyjna skrzynia. Również to, że MX-5 jest kolejnym przykładem, że nie setki koni mechanicznych czynią sportowy samochód. Że nie musisz przyspieszać do setki poniżej 5 s, by mieć frajdę z dynamicznej jazdy. Wywołało ją też to, że oto ja w Mazdzie MX-5 przynależę — choć przez chwilę — do bardzo sympatycznej grupy. Wiecie, że kierowcy tych aut pozdrawiają się jak motocykliści? Bez względu na to, którą generację prowadzą, jakiego koloru i z jakim silnikiem. Machają sobie. Nawet w najpaskudniejszy z najpaskudniejszych dni. W poniedziałek. To czyni z Mazdy MX-5 pojazd wyjątkowy. Czy to może być argument „za”?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Bołtryk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Inkubator uśmiechu