Jedną nogą w Azji

Karolina Guzińska
06-08-2004, 00:00

Kiedy Zeus wdał się w romans z Io, w obawie przed małżonką, Herą, przemienił kochankę w krowę. Na próżno. Na rozkaz Hery jałówkę użądlił giez. I przepędził ją przez Bosfor.

Tyle mitologia, tłumacząca nazwę cieśniny — w starożytnej grece bous oznacza krowę, poros zaś przejście. Bosfor — łączący Morze Czarne z morzem Marmara — to „miejsce, gdzie przeszła krowa”... I linia podziału między europejską a azjatycką częścią Stambułu.

— Zwiedzając to miasto dwóch kontynentów, warto się wybrać na całodzienny rejs. Na brzegach Bosforu zobaczy się osmańskie pałace, zamki, Uskudar i inne azjatyckie przedmieścia oraz wiele fas-cynujących miejscowości. Statek zawija do małych przystani, gdzie na turystów czekają sprzedawcy rozmaitości. Widać też, jak żyją Turcy poza wielkimi miastami — radzi Bart Pogoda, fotograf.

Gdy zapada zmrok, Bosfor rozjarza się setkami świateł.

— Nocowałem w stuletniej kamienicy nad brzegiem cieśniny. Budynek miał ścianę frontową ze szkła. Nie położyłem się do łóżka — zapatrzony w ruch statków na wodzie, oświetlone łodzie i budynki, zasnąłem w fotelu... — wspomina Paweł Tysa z biura podróży MK Tramping.

Brama Orientu

Jedno z najstarszych i najciekawszych miast świata w ciągu wieków przechodziło z rąk do rąk. I zmieniało nazwę: od Bizancjum, przez Konstantynopol, po Stambuł. Magnesem dla turystów są zabytki z czasów cesarstwa rzymskiego, bizantyjskiego, imperium Turków osmańskich... Metropolia zyskała miano bramy do cudów Wschodu, także dzięki doskonale rozwiniętej komunikacji. Szczyci się największym dworcem autobusowym Europy. Stąd wyrusza się w głąb Turcji i dalej: do Damaszku, Teheranu...

— Rozkładane siedzenia, klimatyzacja, wideo... W cenie biletu, na trasach powyżej 10 godzin‚ obsługa roznosi ciasteczka, napoje, mokre chusteczki. I wciąż polewa ręce pasażerów wodą różaną dla odświeżenia — zapewnia Paweł Tysa.

Dla wielu ludzi Stambuł — nie rujnujący kieszeni — to pierwsze zetknięcie z kulturą islamu. Z meczetami i — nie dającym spać — nawoływaniem muezinów o 5 rano. Z kafejkami, gdzie siedzi się na dywanach i pali wodną fajkę...

— Miasto kontrastów: na zapleczu supernowoczesnych centrów biznesowych rozciągają się arabskie bazary. A tam mięso i warzywa leżą na ziemi, a wodę pitną sprzedaje nosiwoda z buk-łaka przytroczonego do pleców. Nie ma tylko żebraków. Nikt nie wyciąga ręki — każdy chce coś zrobić: wypastować buty, ponieść walizkę, sprzedać długopis... — podkreśla Mateusz Karasiński z MK Tramping.

W plątaninie wąskich uliczek kolorowego, krzykliwego Kapali Carsi — krytego bazaru — od dawna nie uświadczy się handlarzy z Polski. Nasi rodacy spędzają czas zgoła inaczej...

— Bazar kusi, by zanurzyć się weń jak we wschodnią baśń. Urządzamy tu zawody na wesoło. Turyści, podzieleni na grupy, muszą wykonać zadanie: wypalić fajkę wodną, potargować się, zrobić sobie zdjęcie na latającym dywanie... — opowiada Aleksander Protoklitow z TUI Centrum Podróży.

Nie wiesz, jaką przygodę przeżyjesz. Zainscenizowaną? Prawdziwą?

— W 2000 r. zaskoczyło nas w Stambule trzęsienie ziemi. Wyruszaliśmy na południe kraju — w autobusie trzęsło, myśleliśmy, że to dziury w asfalcie. Nawet oglądając telewizję sądziliśmy, że to zdjęcia archiwalne... Po paru dniach dowiedzieliśmy się, co się stało. Ludzie dzwonili do Polski, przekazać bliskim, że żyją... Gdy po miesiącu wróciliśmy do Stambułu, okazało się, że niemal nie nosi śladów tragedii. Ucierpiały głównie peryferia. Tam posypały się budynki, a pozbawieni dachu nad głową ludzie koczowali w namiotach wzdłuż autostrad... — opisuje Mateusz Karasiński.

Chwała imperium

Cztery minarety największego meczetu Stambułu — Suleymaniye Camii, Meczetu Sułtana Sulejmana Wspaniałego — dostrzega się niemal z każdego punktu w mieście. Świątynię zbudował najpotężniejszy z osmańskich władców — Sulejman I (1520-66). Jej wnętrze oszałamia wielkością. Zdobią je kafelki i witraże oraz cztery masywne kolumny — jedna pochodzi z Baalbek, druga z Aleksandrii, a pozostałe z bizantyjskich pałaców w Stambule. W ogromnym kompleksie meczetu — w cienistych ogrodach, gdzie można odetchnąć po trudach zwiedzania — spoczywają w mauzoleum Sulejman i jego żona, Roksolana. Sławą tej świątyni dorównuje tylko Sultan Ahmet Camii — Błękitny Meczet. Nazwę zawdzięcza niebieskim, ceramicznym płytkom z Izniku, którymi jest wyłożony. Zbudowany przez sułtana Ahmeda I (1603-17), miał przewyższyć świetnością dzieło Justyniana — nieodległą Świątynię Mądrości Bożej: Hagia Sofia. Harmonia i elegancja meczetu rzeczywiście robią wrażenie. Fontanna ablucyjna na dziedzińcu, arabeski pokrywające półkopuły i kopułę główną, mihrab — podwyższenie dla mue-zina, kaligrafowane strofy z Koranu, delikatne oświetlenie... Klasyczny przykład architektury osmańskiej.

— Wchodząc do meczetu ściągasz buty. Nosisz je ze sobą w specjalnym woreczku. Chodzi się — i siedzi — na puszystych dywanach, więc to nawet przyjemne... W islamskich świątyniach wierni rozkładają jedzenie, rozmawiają — czułem tam niesamowitą bliskość z ludźmi. W porównaniu z meczetami, Hagia Sofia wydaje się zimna i surowa. Ale zaliczyć ją trzeba koniecznie! Poraża ogromem i konstrukcją sprzed 1400 lat — twierdzi Bart Pogoda.

Spacerując śladami osmańskiego imperium, nie sposób pominąć pałaców. Topkapi, rezydencja sułtanatu przez ponad 300 lat, to olbrzymi, zamknięty murami kompleks. Komnaty władców, skarbiec, sale obrad Dywanu, kuchnie, zbrojownia, ogrody, dziedzińce, bramy... No i harem. Nie ma w nim już piękności z całego świata, rywalizujących o względy sułtana, ale jeśli ktoś ma bujną wyobraźnię, wczuje się w klimat tamtych czasów, zaklęty w murach pałacu...

— Nie lubię muzeów, a w Topkapi spędziłem cały dzień! Pamiętam gabloty z relikwiami proroka Mahometa: włosy, zęby, paznokcie, ubrania... Autentyczne? Wątpię. W kilku miejscach widziałem podobne — nawet odcisk stopy proroka! Większe wrażenie robi skarbiec — uważa Bart Pogoda.

— Przechowują w nim całe bogactwo sułtanatów: trony, biżuterię, prezenty, szaty... Sułtan był strojony jak lalka! — dodaje Aleksander Protoklitow.

Radzi zajrzeć i do ekstrawaganckiego, pełnego przepychu pałacu Dolmabachce z połowy XIX wieku. Zobaczy się m.in. salę audiencyjną, mogącą pomieścić 2,5 tys. petentów oraz żyrandol ważący — bagatela! — 4,5 tony.

— Panuje tu klimat nostalgii... Cóż, XIX wiek to schyłek tureckiego imperium — konstatuje Aleksander Protoklitow.

Hagia Sofia — jedno z największych osiągnięć architektonicznych ludzkości. Dziś muzeum. Kościół, wzniesiony w 537 r. z rozkazu cesarza Justyniana, słynął jako największa świątynia chrześcijańskiego świata — aż do osmańskiego podboju Konstantynopola w 1453 r. Przetrwał wiele trzęsień ziemi, jednak wierni bali się wchodzić do środka ze względu na rozmiar kopuły. Wewnątrz pozostały m.in. nie usunięte przez muzułmanów freski z Matką Boską i Chrystusem Pankratorem, a z czasów późniejszych — osmańskie żyrandole, zwisające nisko nad posadzką. Za jednym zamachem zobaczy się też pobliski Yerebatan Serayi (zatopiony pałac) — Cysternę Basilica. Bizantyjską cysternę głęboką na 140 m, a szeroką na 70 m. Zbudowana przez Justyniana w 532 r., gromadziła wodę na potrzeby pałacu. Odkryto ją przypadkiem w XVI wieku — choć na powierzchni nic się nie zachowało, okazało się, że mieszkańcy okolicznych domów czerpią wodę spod swych piwnic! Odrestaurowana cysterna mieści podziemne muzeum.

— Strop potężnego, wypełnionego wodą zbiornika podtrzymuje 336 kolumn. Korytarze rozświetlają nastrojowe lampki, a chodzi się po specjalnych kładkach. Odgłos kapiących miarowo kropel wody, połączony z sączącą się z ukrytych głośników muzyką klasyczną, tworzy niesamowity nastrój — przekonuje Aleksander Protoklitow.

I jeszcze jeden bizantyjski relikt — dawny hipodrom, dziś cienisty park z dwoma obeliskami. Jeden z nich, kolumna Konstantyna Porfirogenety, ucierpiał podczas czwartej wyprawy krzyżowej w 1204 r.

— Krzyżowcy, zamiast bronić grobu Chrystusa, popłynęli do Konstantynopola. Siedzieli trzy miesiące i łupili. Krążą legendy o tym, co wywieźli — m.in. zdarli brązowe płyty pokrywające obelisk Konstantyna — sądzili, że to złoto. Z hipodromu zrabowali także słynną kwadrygę — rumaki Lizypa. Wywiezione do Wenecji, zdobią wejście bazyliki św. Mar- ka — wyjaśnia Aleksander Protoklitow.

Drugą kolumnę, Obelisk Teodozjusza, wyrzeźbiono w Egipcie około 1500 r. p.n.e. Pomnik, przywieziony w 390 r. do Konstantynopola, ustawiono na marmurowym piedestale z wyrzeźbionymi scenami, przedstawiającymi cesarza Teodozjusza. W hipodromie da się też zobaczyć spiralną kolumnę z brązu, wychodzącą z zagłębienia w ziemi. Służyła janczarom — wspinając się na nią, sprawdzali odwagę (liczyła wówczas jakieś 20 m wysokości). Niegdyś wieńczyły ją trzy ozdobne wężowe głowy. Wedle niepochlebnej dla nas legendy, w XVII wieku pijany polski szlachcic wdrapał się na szczyt kolumny i je strącił...

Turystyczne rarytasy

Dociekliwi przybysze trafią do mniej obleganych przybytków. Magiczne miejsca kryje np. stylowy hotel Pera Palas.

— Wystarczy wjechać windą, by znaleźć się w pokoju, gdzie Agata Christie pisała „Morderstwo w Orient Expressie”. W surowym wnętrzu wciąż stoi łóżko, na którym pisarka spała! Da się również obejrzeć pokój Kemala Atatürka, pierwszego prezydenta Republiki Tureckiej. Trzeba tylko poprosić w recepcji... — przypomina Aleksander Protoklitow.

Powiew Wschodu — i ulgę w zmęczonym ciele — poczuje się w tureckiej łaźni, hammamie. Masaż połączony z parówką, polewanie na przemian ciepłą i zimną wodą — to wspaniale rozluźnia.

— Leży się na marmurowych, dobrze nagrzanych płytach, a masażyści pracują. Wygląda to jak łamanie i okładanie, ale delikwent nie czuje bólu. Prawdziwa sztuka! Do łaźni wchodzi się w tradycyjnym stroju, przypominającym spódnicę. Każdy ma własny boks. Są owoce i napoje... Za kilka dolarów można dodatkowo zamówić golenie — wspomina Aleksander Protoklitow.

Takie zabiegi wzmagają apetyt. Malownicze knajpki ciągną się wzdłuż Bosforu — piękna panorama gratis! Ale w Stambule na każdym rogu jest gdzie usiąść i wypić herbatę — albo ayran, słony napój z mleka koziego.

— Świetny na upały! Lodówki z ayranem stoją na ulicach — takie same jak te, z których u nas sprzedają colę. Do tego kebab — prawdziwy, z mięsa koziego lub baraniego, zawinięty w duży placek, polany sosami i zapakowany w papier. To najtańsze jedzenie, ale dobre. Choć zapach baraniny odstrasza niektórych Polaków... Ale wszędzie kręcą się dzieciaki dźwigające na głowach tace z piramidami precli. Nawołują kupujących — przekonuje Mateusz Karasiński.

Stambuł — niepowtarzalny klimat tego miasta tworzą wspaniała historia i egzotyka Wschodu. Nie dziw, że ludzie przepływający pod mostem nad cieśniną Bosfor rzucają monety do wody. Chcą tu kiedyś powrócić...

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karolina Guzińska

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Jedną nogą w Azji