Szkoła językowa, która powstała niemal bez kosztów własnych, dziś ma ponad 150 klientów korporacyjnych
Wszystko brzmi prosto, gdy szkoła dorobiła się takiej renomy, że największe korporacje polecają sobie jej usł ugi. Ale kiedy pięć lat temu Robert przyjechał do Warszawy z Wadowic miał w kieszeni tylko 20 tysięcy złotych. Poza oszczędnościami całego swojego 22-letniego życia miał też wspólnika — doświadczonego lektora angielskiego i jeszcze determinację i marzenia o własnym biznesie. Oraz to, co najważniejsze: pomysł. Od początku stawiał na specjalizację — kursy językowe dla firm. To pozwoliło zminimalizować koszty: nie trzeba było wynajmować sal, bo lekcje miały odbywać się u klienta. A pozyskanie choćby jednego zlecenia gwarantowało całkiem sensowne zyski.
— Wcześniej pracowałem w firmie ojca, ale chciałem sam zarabiać na siebie — wspomina dyrektor zarządzający Future Centre.
Robert Krawczyk żartuje, że dziś byłby bardziej rozsądny, bo pierwsze lata dały mu prawdziwą szkołę życia.
— Początkowo biuro mieściło się w małej kawalerce wspólnika — Jarosława Lipczyńskiego. Był lektorem i handlowcem naszej firmy. Klienci wyrzucali go drzwiami, a on wracał oknem. Ja odpowiadałem za sprawy finansowe, opracowywałem strategię rozwoju firmy oraz identyfikację wizualną Future Centre. Logo firmy powstało na domowym pececie. Pracowaliśmy do 3-4 rano — opowiada.
Bez efektu. Przez pierwsze trzy miesiące na kursy w szkole bez żadnej renomy nie zdecydował się nikt. Na rynku szalała recesja, firmy cięły koszty. Wspólnik Roberta sprzedał swoją kawalerkę i za część gotówki wynajęli dla Future Centre biuro w centrum miasta.
Produkt szyty na miarę
— Nie wiem, w jaki sposób Jarek przekonał firmę Spedpol, żeby wybrała właśnie nas — wspomina Robert.
Fakt faktem, że od tej właśnie chwili firma zaczęła się rozwijać. W obecnej, 300 metrowej siedzibie na Mariensztacie, na ścianach korytarza i w salach wykładowych wiszą listy referencyjne od klientów. Na honorowym miejscu Spedpol, potem Dr Irena Eris, Agora, Volkswagen Bank, Whirlpool, Johnson&Johnson Poland i 150 innych. Dla 80 proc. z nich są stałymi partnerami szkoleniowymi. — Niedługo trzeba będzie zmienić lokal na większy — śmieje się Robert Krawczyk.
Czym pokonali konkurencję? Chyba można nazwać to młodzieńczą brawurą i kreatywnością. Założyli, że to klient powie im, jak ma wyglądać produkt, który chciałby kupić. A oni po prostu go dostarczą. Po podpisaniu umowy następuje analiza potrzeb klienta i określa się priorytety i założenia procesu szkoleniowego. Kolejny etap to przydział odpowiedniego lektora.
— Kiedyś dostaliśmy zamówienie na intensywny kurs słoweńskiego. Oczywiście zgodziliśmy się, a potem zaczęliśmy przeczesywać wydziały lingwistyczne w poszukiwaniu kogoś, kto by je dobrze poprowadził — opowiada Krawczyk.
Taki wyścig z czasem i pełna elastyczność się opłaciły. Pięć lat temu firma zatrudniała 6 lektorów, dziś — ponad 120. Zawiaduje nimi prężny dział HR, który ściśle współpracuje z działem szkoleń i metodyki. A siła napędowa Future Centre to dział sprzedaży. Ów zespół, to najcenniejsze, co jest w posiadaniu Future Centre, tłumaczy Robert Krawczyk.
Rozważny i romantyczny
Wyobraźnia nie przestała pracować.
— Wciąż wymyślamy i doskonalimy nowe produkty. Angielski wchodzi do głowy lepiej, gdy mózg jest odprężony. Dlaczego więc nie połączyć nauki z masażem? W ciągu weekendu w hotelu Mrongovia kursant ma 16 godzin nauki i niemal drugie tyle zabiegów w hotelowym spa — opowiada szef.
Cena nie jest niska — weekend od 3,5 tysiąca zł, ale klientów to nie odstrasza. A wartością dodaną jest fakt, że Orbis reklamuje ich produkt!
Jest też coś dla domatorów. Zaledwie kilka tygodni temu wprowadzili e–learning, nowatorski system nauki języka angielskiego przez internet. Traktują to jako uzupełnienie tradycyjnego kursu. Koszt jest niski – zaledwie 600 – 700 zł rocznie. Obok zaawansowanego technologicznie systemu, mają w ofercie bezpłatne lekcje języka angielskiego i niemieckiego online, na które można się zapisać na stronie internetowej.
Język i wiedza
Kiedy okazało się, że w nauczaniu języków niewiele może ich zaskoczyć, znaleźli nową drogę rozwoju. Pomysł nasunął się sam. Mieli doświadczenie w szkoleniu ludzi i dobre kontakty z firmami.
— Zaczęliśmy współpracować z trenerami prowadzącymi szkolenia biznesowe – mówi Krawczyk.
Interes kręci się sam. I to na tyle dobrze, że wkrótce muszą przekształcić status firmy osobowej w spółkę prawa handlowego. Nie muszą już spędzać w firmie każdego dnia, pojawiają się wtedy, kiedy trzeba czegoś dopilnować.
– Zaufani pracownicy sami rozkręcają teraz nasz nowy oddział w Kielcach. Kolejne są w planach – opowiada Robert Krawczyk.
Dyrektor planuje już następne interesy, tym razem w całkiem innej branży.
