Typowy Izraelczyk myśli na wspak. Dlatego tak dobrze radzą sobie w biznesie, a ich armia uchodzi za niepokonaną.
Facet w białym landrowerze miał być godzinę temu. Czekam uparcie, wpatrując się w życie ulicy. Supermarket. Przed wejściem dwóch ochroniarzy sprawdza wchodzących: jeden bada ich wykrywaczem metali, drugi przegląda torby. Idzie szybko, nikt nie protestuje. To samo obok, w Burger Kingu. Na przystanek podjeżdża kolejny autobus. Znowu wysiada żołnierz i lustruje wchodzących pasażerów. Sklepikarz na środku chodnika rozwija kolejny dywan.
Dwaj brodaci haredim z długimi pejsami, w czarnych kapeluszach, białych koszulach i czarnych chałatach omijają go łukiem. Kwiaciarka znowu wylewa kubeł wody wprost na ulicę. Większość mężczyzn w jarmułkach, ale każda inna. Jedne proste, czarne, inne wyszywane, kolorowe. Rozmaite fasony, kolory i materiały. Gwar, zgiełk, kanonada klaksonów. Tel Awiw żyje swoim życiem.
Wreszcie jest. Z landrowera wyskakuje starszy mężczyzna. Podaje dłoń.
— Szalom. Jestem Muti Kaufer, to pan chciał się zabrać do Jerozolimy?
Potem przez pół drogi tłumaczy się ze spóźnienia:
— Pod hotelem stał jakiś Polak. Czekał na kierowcę. Myślałem, że to pan, wiec go zabrałem, a on ledwo mówił po angielsku, więc się nie dogadaliśmy. Za miastem okazało się, że on wcale nie jedzie do Jerozolimy, lecz na lotnisko.
Muti ma niewielką firmę turystyczną. Nie narzeka na podatki, lecz jedynie na wojnę, która odstrasza turystów. Na szczęście nie wszystkich. Właśnie jedzie sprawdzić nowy hotel w Jerozolimie dla amerykańskiej grupy. Skorzystałem z okazji.
Grzejemy trzypasmową, szeroką jak lotnisko, „jedynką” na wschód.
— Ogólnie rzecz biorąc, straszny gorąc — zauważam.
— O tej porze roku na Hebronie ruszają wyciągi narciarskie — kwituje Muti.
A za oknem migają gaje drzew cytrynowych. Owoce wielkie jak jabłka. Dalej pomarańcze. Zielono jak pod Grójcem. Po chwili pejzaż się zmienia — po horyzont pola wykarczowanych drzew.
— Plantacje pomarańczy. Kiedyś cała okolica aż po Tel Awiw była zielona od drzewek. Dzisiaj uprawa przestaje się opłacać, lepiej drzewa wykarczować, a ziemię sprzedać. Potrzebują zbyt wiele wody, a ta jest na wagę złota. I nie ma kto zrywać owoców, bo za 5 dolarów dziennie tylko Filipińczycy pracują. Taniej jest w Jordanii czy nawet w Brazylii — tłumaczy Muti Kaufer.
Ale nawet Azjaci i rządowe dotacje na wodę nie pomagają. Plantacje bananowców, pomarańczy, cytryn czy palm daktylowych to w Izraelu coraz rzadszy widok.
Myślą na wspak Kilkanaście kilometrów przed Jerozolimą pierwszy posterunek. Śniade dziewczyny z włosami upiętymi w kok, z niedbale zarzuconymi karabinami na plecach lustrują przejeżdżające samochody. Po twarzach widać, że nie są zachwycone tą robotą. Niemal stajemy w miejscu. Kilka dni temu jedna z nich nagle wywaliła cały magazynek do samochodu, który nie zwolnił przed posterunkiem. Turyści z Europy przeżyli, jej się dostało. Że nie trafiła. Bo gdyby to nie byli turyści?
Każdy musi tu w armii odsłużyć dwa lata. I chłopaki, i dziewczyny. Muti chwali się, że izraelska armia jest najlepsza na świecie.
— To czemu latem przegrała w Libanie z Hezbollachem?
— Bo generałowie przestali myśleć jak typowi Izraelczycy — odpowiada Muti.
— A jak myśli typowy Izraelczyk?
— Na wspak. Niekonwencjonalnie, zawsze po swojemu. Jeśli można wejść do domu przez drzwi, to Izraelczyk kombinuje, żeby to zrobić inaczej i wchodzi przez komin, nawet gdy ma klucz. To dlatego armia była niepokonana, bo dowódcy myśleli i działali w sposób, którego przeciwnik nie był w stanie przewidzieć. Ale w Libanie przestali tak myśleć, ich taktyka stała się przewidywalna. Gdyby nadal myśleli po swojemu, to z Hezbollachem skończylibyśmy w kilka dni, jak kiedyś z Egiptem — tłumaczy Muti.
Lubi trąbić na wszystko, co się rusza w promieniu stu metrów.
— Armię zaczęto traktować jak kulę u nogi, zmniejszono budżet. Politycy myśleli, że skoro i tak jest niezwyciężona, to po co jej tyle pieniędzy? Wielu wojskowych odeszło do biznesu. Dzisiaj większość menedżerów to byli dowódcy, którzy swój sposób myślenia i działania przenieśli do firm, gdzie przekłada się on na pieniądze. Zwłaszcza w branży IT, bo izraelscy informatycy wymyślają programy i systemy zaskakujące konkurencję nietypowością i pragmatyzmem. Choćby pierwszy na świecie komunikator internetowy — dodaje.
Mija kwadrans. Widok na piaskowe wzgórza gdzieniegdzie podrośnięte karłowatymi drzewami zasłania wysoki 8-10 metrowy mur z betonowych płyt. Co 300 metrów wieża strażnicza najeżona antenami.
— Anti terror fence — tłumaczy Muti.
Znaczy, parkan antyterrorystyczny. Dojeżdżamy do kolejnego posterunku. Nad głębokim wąwozem. Obok groźnie wyglądający czołg. Ale nie słynna merkawa. Do tego miejsca doszła armia jordańska podczas wojny sześciodniowej w 1967 roku. Dzisiaj jest to granica między palestyńską wschodnią Jerozolimą, a zachodnim brzegiem Jordanu. Granica dla Palestyńczyków, ale nie dla Izraelczyków. My przejedziemy swobodnie, ale Palestyńczyk już nie. Na zjeździe z autostrady kolejka palestyńskich samochodów. Izraelskie karabiny wycelowane w ich stronę. Otwarte bagażniki, drobiazgowa kontrola, nerwowe gesty.
— To droga na tamtą stronę. Palestyńczycy muszą mieć zezwolenie, żeby wydostać się poza mur. Kiedyś pracowało u nas 5 mln Palestyńczyków. Dzisiaj niecałe 5 tysięcy — tłumaczy Muti.
Jedziemy wzdłuż muru i zasieków.
— Ten mur, bez sensu. Tyle niepotrzebnie zmarnowanej energii i pieniędzy. Jego budowa pochłonęła prawie 3 miliardy dolarów, które w większości trafiły do rąk polityków i właścicieli firm budowlanych. Jeden wielki przekręt. Do tego mur nic nie daje, bo Palestyńczycy robią podkopy i wydostają się na drugą stronę — mówi Muti.
Im bliżej Jerozolimy, tym więcej zielonooliwkowych jeepów i posterunków kontrolnych. W końcu są już niemalże na każdym kroku.
Biedna stolicaZjeżdżamy ze wzgórza. Pod nami Jerozolima. Mijamy płaski budynek. Kneset, izraelski parlament. Jerozolima jest stolicą dwóch państw: Izraela (wiele państw nie uznaje roszczeń Izraela do całej Jerozolimy, dlatego swoje ambasady mają w Tel Awiwie) i Autonomii Palestyńskiej. Palestyńczycy płacą podatki jak obywatele Izraela, ale głosują już jako obywatele Palestyny. To tak jakby mieszkańcy Wrocławia głosowali na prezydenta Polski za pośrednictwem Niemiec.
Stolica kraju jest zarazem najbiedniejszym miastem Izraela. Prawie połowa mieszkańców pracuje w administracji państwowej lub w usługach turystycznych. Według danych Izraelskiego Centralnego Biura Statystycznego, średni dochód na pracującego w Jerozolimie wyniósł raptem 5 tys. szekli.
— To beczka prochu. Ludzie się boją. Uciekają. Jaki biznesmen, inżynier czy naukowiec zamieszka tu z rodziną? — pyta Muti, walcząc klaksonem z ulicznym korkiem.
Żeby przyciągnąć biznes, władze stworzyły specjalną strefę ekonomiczną. Zachęty podatkowe to nie wszystko. Państwo płaci firmom za przeniesienie się do Jerozolimy. Ich pracownikom również. Każdy wraz z rodziną przez rok dostaje pieniądze na urządzenie się w mieście. Zdarza się, że państwo funduje im mieszkania. Strefa ekonomiczna nie świeci pustkami.
Znowu pod górę i znowu w dół. Zza wysokich palm błyska złota Kopuła Skały. Muti podrzuca mnie na Górę Oliwną, a sam jedzie oglądać pokoje hotelowe.
Paradoks SkałyJerozolima to jedno z najświętszych miejsc trzech religii: judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. Dla żydów, bo tu stała Świątynia Jerozolimska z Arką Przymierza, w której przechowywano między innymi tablicę z dziesięciorgiem przykazań. Pozostał po niej jeden mur — Ściana Płaczu. Dla chrześcijan, bo tu żył, nauczał, zmarł i zmartwychwstał Jezus Chrystus. Dla muzułmanów to trzecie po Mekce i Medynie miejsce, do którego Mahomet dotarł w trakcie tzw. nocnej podróży — tutaj wstąpił do siedmiu niebios; miejsce to upamiętnia oktagonalny meczet ze wspaniałą Kubbat as-Sachra (Kopułą Skały) i meczet Al-Aksa.
Meczet jest kością niezgody między żydami i muzułmanami. Dlatego przed wejściem na świątynne wzgórze przechodzi się drobiazgowe kontrole, a na miejscu stoją uzbrojone patrole. Wejście kontroluje Izrael, ale wzgórzem administruje muzułmański Awquat.
Według legendy meczet stoi na sławnej górze Moria, na której Salomon wybudował pierwszą świątynię. Tu także miało nastąpić oczyszczenie Marii. Ale tu również Mahomet wstąpił do raju. Żydzi mają tu wstęp od niedzieli do czwartku w ściśle określonych godzinach. Potem tylko muzułmanie.
Przeciskam się wąskimi uliczkami starego miasta. Na via Dolorosa (Drodze Cierpienia Chrystusa) mijam grupy modlących się przy kolejnych stacjach drogi krzyżowej. Wokół feria kolorów, zapachów i smaków. Ale także sporo chińszczyzny, tandetnych pamiątek i bezwartościowych „zabytków”. Na kilku straganach pluszowe Santa Claus. Obok sterty zielonych limonek, pomarańczowych pomelo, daktyli i kasztanów. Wreszcie jest, Bazylika Grobu Świętego. Tutaj Chrystus skonał na krzyżu, został złożony do grobu i zmartwychwstał. Bazyliką opiekuje się sześć kościołów chrześcijańskich. Ale klucze do kościoła od czasów sułtana Saladyna ma ta sama muzułmańska rodzina, która codziennie punkt 18.00 zamyka kościół.
— Nie mogli się dogadać, więc sułtan wymyślił kompromis — tłumaczy przewodnik rosyjskim turystom, z których większość robi sobie fotki na tle stalowego bębna do detonowania podkładanych bomb. Taka proza życia.
Syndrom MasadyMuti wraca w dobrym humorze. Hotel pierwsza klasa. Postanawia wracać okrężną drogą, przez Negew. Jutro szabas, więc ma czas. Na skrzyżowaniu podchodzi do nas stary chasyd i wręcza czerwoną wstążkę. Muti przegania go gestem ręki. Wstążka sporo kosztuje.
— Jesteś żydem? — pytam zaskoczony
— Tak, ale nie do przesady. W szabas jeżdżę windą.
Ortodoksyjni żydzi przestrzegają 39 rodzajów czynności zabronionych w szabas, nazywanych melachot i drugie tyle, tzw. toladot, które rabini wywnioskowali z melachot. W szabat nie wolno pracować, nic tworzyć, nawet włączać światła czy odkręcać wody. Ale w takim razie, jak na przykład wezwać windę? Bo to już praca.
Rabini wymyślili, że w szabas windy jeżdżą non stop. Aby ją zatrzymać, wystarczy wcisnąć specjalny szabasowy przycisk. Jest przed każdą windą. A światło? Włączają przed szabasem, a wyłączają po.
Upał. Jedziemy przez pustkowie. Dookoła żółto, kamienie, piasek i gdzieniegdzie karłowate drzewa.
— Ziemia obiecana — myślę na głos
— Może dla kogoś, kto kilka miesięcy spędził na pustyni. Spójrz, tu się nie da żyć. Nędzna trawa wystarczy dla bydła, a jak mają przeżyć ludzie? Na pewno nie tak wyobrażałbym sobie ziemię obiecaną — mówi Muti.
Po godzinie jesteśmy nad Morzem Martwym. Stajemy pod wysokim klifem. Nad nami Masada. Dwie godziny wdrapujemy się po kamiennych schodkach na szczyt. Muti mówi o syndromie Masady.
— Po nieudanym powstaniu żydowskim w Judei przeciwko Rzymianom, zeloci schronili się w Masadzie. Długo się bronili. Nie mieli gdzie uciec, bo wokół byli Rzymianie. Mając do wyboru niewolę albo śmierć, wybrali to drugie. Wpierw zabili swoje rodziny, potem siebie. To był koniec Żydów w Judei. Od tej pory mamy syndrom Masady. Musimy walczyć o przetrwanie, inaczej nie będzie narodu żydowskiego — mówi Muti.
Każdy nowy izraelski żołnierz, gdy otrzymuje broń, wymawia formułkę: „Metzada lo tipoli shenit” — Masada nigdy się nie powtórzy.
Wracamy przez Negew i Gazę. Mijamy sztucznie zasadzone lasy. Drzewa pod linijkę. I wioski Beduinów na pustyni. Slumsy, czasem tworzą spore miasteczka, samowole budowlane, bez prądu. Rząd przymyka na to oko, bo wielu Beduinów służy w armii izraelskiej.
— Rząd zbudował im miasta, z prądem, wodą, szkołami, ale oni nie chcą się przenieść. Wolą mieszkać na pustyni — mówi Muti.
Tacy już są Beduini, że mieszkają tam, gdzie chcą. Natury się nie zmieni. Za Tel Arad wpadamy w pustynną burzę. Trwa raptem kilka minut. Ciemno jak w nocy, nic nie widać. Musimy przystanąć. Muti każe zamknąć oczy i wtula głowę między nogi. Mimo zamkniętych okien piasek jest wszędzie. Dosłownie. Po godzinie trzepania i wymiatania ruszamy dalej. Do Gazy.
Byliby bogaciPrzejeżdżamy przez Yakhini, niewielkie osiedle tuż przy granicy z Gazą.
Nie ma dnia, żeby nie spadła tu rakieta wystrzelona z tamtej strony. Mieszkańcy mają specjalny system ostrzegający przed zbliżającą się rakietą na 20 sekund przed wybuchem. Tyle mają czasu, żeby chwycić dzieci i zbiec do schronu. Muti mimowolnie dodaje gazu.
— Dziwisz się, dlaczego też do nich strzelamy? Jak ktoś bombarduje twój dom, to odpowiadasz tym samym, tyle że my strzelamy do ich żołnierzy i przywódców — mówi Muti.
— Ale czasem trafiacie w przedszkole.
— A oni celują w nasze. Kiedy my przypadkiem zabijemy cywilów, świat lamentuje, ale gdy oni codziennie bombardują nasze osiedla, nikt tego nie dostrzega. Świat ocenia wszystko swoimi kategoriami i chce stosować wobec nas swoje zasady. To tak jakby grać w futbol według zasad soccera. Nie widzi, że ta wojna jest inna niż wasze w Europie. Tu nie ma traktatów pokojowych, po których Niemcy są kumplami Polaków. Tu jest pokój, ale trwa wojna i będzie trwała, dopóki jesteśmy my i Arabowie — tłumaczy Muti.
Po kwadransie jesteśmy przy granicy z Gazą. Dalej ze mną nie pojedzie. Boi się.
— Po stu metrach byłbym trupem. Ale ciebie może wpuszczą, choć odradzam. Na Araba nie wyglądasz — mówi Muti.
Zaryzykować? Podjeżdżamy na posterunek graniczny. Betonowy bunkier jest pusty. Nikogo w pobliżu. Wysiadam. Rozglądam się nieco zaskoczony tą pustką. Po chwili dostrzegam dwóch żołnierzy izraelskich, którzy schowani zza wydmą coś do mnie krzyczą. Nie rozumiem. Dwie minuty później dwa jeepy zajeżdżają z piskiem opon, z jednego wyskakuje młody żołnierz i bez ceregieli wpycha mnie za włosy do środka. Muti rusza za nami. Posterunek. Pytania. Muti tłumaczy. Jest zdenerwowany. Żołnierze też. Mnie po chwili ręce się trzęsą. Okazuje się, że godzinę temu posterunek ostrzelał arabski snajper. Nie trafił, ale mógł.
Wracamy. Muti wkurzony na mnie milczy. Nagle skręca z drogi i jedzie na przełaj po wertepach. Po chwili jesteśmy na wielkiej piaszczystej plaży. Zapalamy papierosy. W oddali widać Gazę.
— Spójrz, co za plaża. Wymarzone miejsce na hotel. A przecież Gaza leży nad tym samym morzem, ma takie same wspaniałe plaże, przy których aż się prosi budować hotele. Za kilka lat żyliby lepiej niż my. Ale żyją w biedzie, bo wolą myśleć sercem, a nie głową. Ważniejsza jest religia niż biznes — twierdzi Muti.
Wracamy do Tel Awiwu. Po drodze pyta o Leppera i seksaferę. Czytał o niej w gazecie. Śmieje się i puka w czoło. Zazdrości nam problemów.
Jacek Konikowski