Koszyk narodowy

Karol Jedliński
17-06-2008, 00:00

Dwóch Polaków odpowiada na żywotne marzenie narodu o pięknym stadionie. Oni się wywiążą. Lepiej niż nasi piłkarze.

Spotkali się w Amsterdamie kilka godzin przed meczem. Był głód, nie tylko emocji.

— Zjemy na stadionie, z widokiem na murawę — zawyrokował towarzysz.

Zbigniew Pszczulny, architekt i partner w JSK, zaoponował:

— Jeśli obiad, to wolałbym na mieście. Stadion jest od meczów.

Koniec końców dał się przekonać. Zasiedli w restauracji na nowiutkiej Amsterdam Arena, gdzie rozgrywano finał Ligi Mistrzów i toczyły się najważniejsze mecze mistrzostw Europy 2000.

— Nie żałowałem. Zrozumiałem, że nie ma powrotu do stadionów á la rozległa miska. Czas na strzeliste areny — przyznaje Zbigniew Pszczulny.

Zarabiające na siebie centra sportowo-handlowe, gdzie nie tylko meczem się żyje. Koncerty, wystawy czy zawody jeździeckie, knajpy, muzea i parki. Miejsca, gdzie kilkadziesiąt tysięcy ludzi przez 20 minut emocjonuje się choćby rozsuwaniem dachu.

— Marzy nam się w 2012 r. taka scena: morze kibiców idzie promenadą. Wchodzą do środka, unoszą brwi, milkną i wreszcie jest to „wow!” — zdradza architekt.

Zaczęła się chłosta

Zerka na kolegę siedzącego po drugiej stronie stołu. Mariusz Rutz, także architekt z JSK, odrywa wzrok od arkuszy papieru pokreślonego owalnymi kształtami. Przytakuje. Oto projektanci marzeń i aspiracji Polaków. Generałowie konsorcjum, na którego czele stoi JSK, zaprojektują i dopilnują, by w terminie powstał stadion narodowy na EURO 2012. Do tego dorzucają nowe stadiony Legii i we Wrocławiu — oraz terminale lotnicze w stolicy Dolnego Śląska i w Gdańsku. Na początek przeszli chrzest bojowy, czyli reakcje na pierwsze rysunki i koncepcje najważniejszego obiektu.

Przecież to kopia obiektu w Kapsztadzie! — krzyczała „Wyborcza”. Zbigniew Pszczulny, od 27 lat mieszkający w Düsseldorfie, autor tamtejszej LTU Arena na ostatnie mistrzostwa świata, nie dał się długo chłostać. W JSK pojawił się Leszek Chorzewski, do niedawna dyrektor wykonawczy w Iberia Motor, wcześniej wieloletni szef PR w Locie. Stadion w RPA zaprojektowała berlińska GMP będąca w konsorcjum z JSK.

— Jakby spojrzeć na mercedesa i BMW z dużej odległości, to wyglądają niemal tak samo. W końcu w Warszawie i w Kapsztadzie powstaną obiekty tej samej kategorii — argumentuje Zbigniew Pszczulny.

Podobieństwo wymuszają setki norm, zasady konstrukcji dachu, budżety, trendy stylistyczne.

Internauci biało-czerwoną elewację ochrzcili „koszykiem”. „Dobrze, że nie wóz drabiniasty” — pisali. Albo: „architektura narzucona przez Niemiaszków odnosi się do Polski wiejskiej”.

— Nie oburzam się. Jest rozpoznawalna forma, a nie bezpłciowy „jakiś tam stadion”. Możemy się sprzeczać, czy wiklina to dobrze, czy źle, ale na pewno nie przejdziemy obok niego obojętnie — uważa Zbigniew Pszczulny.

Zdejm kierpce

Jeśli naród ma brać coś na języki, to musi to być narodowe.

— Przez ostatnie kilkadziesiąt lat Polska była stadionowym skansenem. Koszyk będzie naszą Maracaną, Wembley, tu się zacznie tworzyć historia, więc rozumiem emocje. To ma być przedmiot dumy młodego społeczeństwa, które robi cywilizacyjny skok — Zbigniew Pszczulny nie boi się używać słów większego kalibru.

JSK to firma do dziś o silnych niemieckich korzeniach, czołowe biuro architektoniczne, jeśli chodzi o terminale lotnicze i stadiony. Rocznie zajmuje się projektami o wartości około 2 mld euro. Zbigniew Pszczulny i Mariusz Rutz nie są tam byle architektami. Jako partnerzy firmy otwierali jej biura w Warszawie, Wrocławiu i w Sopocie. Podkreślają polski charakter ich warszawskiej spółki.

— Niemcy? A w jakim języku pan z nami rozmawia — rzuca Mariusz Rutz.

Na tym nie koniec:

— Polska to ważna część Europy, nasze kierpce i kurne chaty to już nie te czasy. Duże projekty robią duże firmy, z doświadczeniem.

Koń patrzy

Obaj pochodzą z Torunia, spotkali się dopiero w Niemczech. Tam też pierwszy raz zetknęli się z wielką piłką. Trudno projektować stadiony, nie będąc zapalonym kibicem. W czasach ich młodości futbol w mieście to był Pomorzanin, obijający się w niższych ligach. Mariusz Rutz wolał hokej i narty. Jeszcze w latach 80. wyjechał do Niemiec. Puścili go, więc nawet nie wziął nart, tylko indeks, aby dokończyć studia architektoniczne w Monachium. Z dzisiejszym wspólnikiem poznał go ojciec. Zakładając filię JSK w Polsce, byli już dobrze sytuowanymi architektami. Pojawili się, bo skusił ich jeden z inwestorów, chciał budować biurowiec w miejscu dzisiejszej Galerii Mokotów. Projekt spełzł na niczym, ale zaraz pojawili się kolejni klienci.

— I tak od lat razem. Jesteśmy dla siebie więcej niż rodziną — śmieje się Zbigniew Pszczulny.

W Warszawie bywa kilka, kilkanaście dni w miesiącu. Dojeżdża z Düsseldorfu, częściej w Warszawie rezyduje Mariusz Rutz. Szczególnie lubi sopockie biuro, także ze względu na bliskość Zatoki Gdańskiej. Katamaran sportowy to jego żywioł. Wspólnik woli jeździectwo, skoki przez przeszkody. Ma dwa wałachy.

— Nieraz przeleciałem przez głowę. Wraz z wiekiem przestaje być to zabawne — przyznaje Zbigniew Pszczulny.

— Z perspektywy konia wygląda to lepiej — docina Mariusz Rutz.

Na chwilę przestają być poważnymi szefami pracowni architektonicznej zatrudniającej grubo ponad setkę osób. Elegancki, nowy biurowiec na Mokotowie, hol pełen dobrego malarstwa. A pod wieszakiem, w rogu ich przestronnego boksu, przycupnęła nienowa futbolówka. Na wielkim stole piętrzą się papiery. Pośród nich wysłużona książka z polskim prawem budowlanym i rozkład lotów Lufthansy.

— Jak wyglądało kilka ostatnich dni? Düsseldorf, potem testy dachu wrocławskiego stadionu w tunelu aerodynamicznym w Stuttgarcie. Następnego dnia Zagrzeb i oto jestem w Warszawie — wylicza Zbigniew Pszczulny i sięga po notatnik.

W Zagrzebiu punkt obowiązkowy to zakłady na mecz z Chorwacją. Wszystko zapisane, z kim i na ile. Oby w nawale pracy starczyło czasu na oglądanie spotkania. Stadion narodowy oznacza kilka lat wyjętych z życia. Niecka po Stadionie Dziesięciolecia to nie wszystko, co zostanie. Ocaleje spadek z lat 50.: balustrady, lampy, poręcze — tyle że odnowione. Wyżej, na fasadzie, zaczną się lata 80. W środku — XXI wiek. Pompka Królaka czy boje ze Związkiem Radzieckim nie będą jednak lejtmotywem projektu.

— Luksusowe loże VIP, restauracje, wygodne fotele czy sprawa prozaiczna: tam będzie się można kulturalnie wysiusiać — zaznaczają architekci.

Macaj do woli

Standardy obecne na Zachodzie od jakichś 10-15 lat.

— Brygada amatorów kanapek z krewetkami — w ten sposób Roy Keane, legenda Manchesteru United, żalił się na tych przychodzących na stadion, dla których mecz jest tylko „przy okazji”.

Spokojnie, kocioł czarownic da się zrobić także w nowoczesnej architekturze.

— Jak chodzimy na mecz na Zachodzie, to — owszem — do strefy VIP, ale do czasu. Jak robi się gorąco, jesteśmy z szalikami i gardłami wśród kibiców, a nie białych kołnierzyków — mówi Zbigniew Pszczulny i zastrzega, że nie chce stadionu dla 55 tys. Romanów Abramowiczów.

JSK ma za zadanie wpleść obiekt w całą koncepcję biznesową. W końcu wydają górę publicznych pieniędzy, stadion po mistrzostwach musi na siebie zarabiać. Mariusz Rutz wierzy, że jeśli uda się zabudowa Portu Praskiego, to powstanie tu ładny kawałek miasta, pierwszy z otwartym dostępem do Wisły. Na razie, jak mają czas, śpią spokojnie.

— Kibice, więcej optymizmu, harmonogram jest od tego, żeby go dotrzymać — apeluje Zbigniew Pszczulny.

Naród wie swoje. Internauta frontkampfer pisze: „jak nie dotknę, to nie uwierzę”. Da radę. Architekci chcą, żeby bramy od ogrodzenia okalającego stadion zamykane były jedynie na noc. Za dnia macać, głaskać i psioczyć na koszyk będzie można do woli. n

Z pompką na jarmarku

Stadion Dziesięciolecia Manifestu Lipcowego — taka nazwa nie miała szans na wejście do powszechnego języka. Był więc Stadion, dla kapitalistów szczękowych — Jarmark Europa. Paradoksalnie oficjalnie otwarto go w 11. rocznicę manifestu, w 1955 r. Rozegrano od razu mecz reprezentacji Warszawy z reprezentacją Stalingradu. Docelowo miał być obiektem olimpijskim. Bieżnia, trybuny na ponad 70 tys. widzów i ambicje PZPR miały w tym dopomóc. Skończył jako niecka dla nowego stadionu narodowego. Zasłynął, czasem złowieszczo, z dożynek, samospalenia Ryszarda Siwca, meczów Polska — ZSSR. Do tego legendarna pompka Królaka, którą podczas finiszu Wyścigu Pokoju nasz kolarz jakoby potraktował radzieckich rywali.

Loże za miliony

Cały naród na narodowy za jednym razem nie wejdzie. Miejsc będzie 55 tys., czyli o 4 tys. więcej niż w Wiedniu, gdzie odbędzie się mecz finałowy tegorocznych mistrzostw. Koszty? Mówi się o setkach milionów, jak nie o miliardzie złotych. VIP-owskich lóż ma być 900, a do tego dwa tysiące tzw. miejsc premium, dla gości z zasobniejszymi portfelami.

Policz i usiądź

1,2 mld zł Tyle ma kosztować budowa stadionu narodowego.

55 tys. widzów Tyle osób pomieści.

18 tys. zł Tyle będzie kosztować budowa w przeliczeniu na jedno miejsce, o ile zostaną spełnione powyższe warunki.

O, holender, ale arena

Amsterdam Arena — wzór nowoczesnego stadionu, jeden z kilkunastu pięciogwiazdkowych obiektów wg UEFA. Liczy 12 lat i mieści ponad 50 tys. widzów. Uważana jest za jedną z najlepszych sal koncertowych w Europie. Fani muzyki techno z całego świata zjeżdżają się tu na coroczne Sensation, czyli imprezę w rytmie techno. Najbliższa 5 lipca, w wersji white, z uczestnikami obowiązkowo ubranymi na biało. Tina Turner czy Rolling Stonesi nie są tu sensacją, podobnie jak w Chorzowie. Z różnicą, że na Stadionie Śląskim z najdalszych trybun trudno spostrzec Keitha Richardsa łamiącego gitarę. W Amsterdamie i owszem, i nawet w deszczu wszystko uchodzi muzykowi na sucho, z racji zamykanego dachu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Koszyk narodowy