Ktoś balon nadmuchuje?

Jacek Konikowski
03-09-2004, 00:00

„Puls Biznesu”: Niektórzy wydawcy i agenci sugerują, że wydawnictwo Amber wydaje książki nielegalnie. To prawda?

Zbigniew Foniok, dyrektor wydawnictwa Amber: Oszczerstwo. Nikt nigdy nie zarzucił nam nielegalnego wydawania książek, a wydaliśmy już prawie 5000 pozycji. Publikujemy właściwie tylko przekłady z języków obcych, tak więc ewentualna utrata zaufania do nas ze strony partnerów zagranicznych jest dla nas nie do pomyślenia. Zależy nam, by Amber postrzegano jako wydawnictwo stawiające na dobrą jakość i uczciwość — pod każdym względem i na każdym kroku.

Ale padają konkretne zarzuty, że wydawnictwo Amber sprzedaje książki — np. po wygaśnięciu licencji?

Czym innym jest wydanie książki bez licencji, a czym innym sprzedaż końcówek nakładu. O ile wydawanie książek bez licencji jest przestępstwem, o tyle sprzedaż książek po wygaśnięciu licencji jest jedynie naruszeniem umowy licencyjnej — co najwyżej może być rozpatrywane na płaszczyźnie prawa cywilnego. Kilka lat temu zdarzyło nam się sprzedać po terminie (licencji) kilka czy kilkanaście książek w liczbie od kilku do kilkudziesięciu egzemplarzy, co stanowiło ułamek promila całej naszej sprzedaży. To był błąd pracownika, który nie dopilnował terminu upływu licencji. Ale wszystkim, którym powinniśmy zapłacić — zapłaciliśmy, wydania zgłoszono właścicielom praw autorskich. Ktoś gdzieś popełnił błąd... I nikt nie powinien z tego tytułu wzniecać afery. Zresztą zachodni agenci nie robią z tego tragedii. Zwracają natomiast uwagę na proceder, który skutecznie podkopuje ich zaufanie do polskiego rynku: wydawnictwa wydmuszki, powstające po to, aby przez kilka miesięcy szybko wydać książki, sprzedać je i zniknąć, a potem odrodzić się pod nową nazwą i wydać inne tytuły bez konieczności zapłaty praw autorskich.

Czyli to jednak nadużycie prawa... Czy to normalne w branży wydawniczej?

W naszym przypadku było to po prostu niedopilnowanie terminu upływu licencji; uczymy się na błędach i zabezpieczyliśmy się przed możliwością powtórzenia takiej nieprzyjemnej sytuacji przez wprowadzenie — od początku 2003 roku — zintegrowanego systemu komputerowego, wykluczającego możliwość zafakturowania sprzedaży książki, dla której upłynął termin ważności licencji. Dla nas ten problem w pewnym momencie stał się podstawowy; czy jest nim dla innych wydawnictw, tego nie wiem. Sprzedaż książek po wygaśnięciu licencji nie jest niczym niezwykłym, lecz właściwie nagminną praktyką wielu wydawców. Oczywiście dużo zależy też od treści umów licencyjnych, określających, co zrobić z książką po wygaśnięciu licencji. Niekiedy, bardzo rzadko, nakazują jej natychmiastowe usunięcie z półek księgarskich, ale najczęściej pozwalają na jej wyprzedaż w jakimś czasie. Na tak trudnym rynku detalicznym wszystkim zależy, by książka się sprzedała — również agencjom literackim. Niemniej nigdy nie nazwalibyśmy powyższej praktyki legalną, co jednak nie oznacza, że każdy wydawca, w tym i my, powinien tłumaczyć się przed prokuraturą ze sprzedaży kilkunastu egzemplarzy po terminie.

A często musieliście się tłumaczyć?

Tylko raz — gdy ktoś złożył doniesienie do prokuratury i ruszyła cała machina prawna, wtedy automatycznie musieliśmy się tłumaczyć z postawionych zarzutów. Chodziło zresztą nie o sprzedaż końcówek, ale o naruszenie praw autorskich, co — jak wspomniałem — jest przestępstwem. To było postępowanie wyjaśniające: czy rzeczywiście wydawaliśmy książki bez licencji.

Kto was pozwał?

Agencja literacka ANAW.

I co stwierdziła prokuratura?

Prokurator nie znalazł jakichkolwiek cech przestępczych naszego czynu. Sprawę umorzono w zeszłym roku w maju; z czysto proceduralnych względów wdrożono potem uzupełnienie dochodzenia.

Proceduralnych — czyli jakich?

Nie udokumentowano całkowicie pewnych kwestii związanych z drukiem i oprawą kwestionowanych tytułów. Nie przedstawiono jednak żadnych nowych dowodów, świadczących o nieprawnej sprzedaży tych książek, dlatego możemy niebawem oczekiwać decyzji prokuratury. Z naszego punktu widzenia sprawa jest zamknięta. Innych spraw w prokuraturze nie mamy, nie zdarzyło się też, by oskarżali nas o cokolwiek tłumacze, drukarnie czy którykolwiek z naszych partnerów.

Czym wytłumaczy Pan, że w wydanej przez Amber książce Josephine Hart „Zapomnienie” widnieje wcześniejsza niż w rzeczywistości data edycji?

Po prostu ponownie ją oprawiliśmy — tzn. daliśmy nowe okładki do wnętrza, które wydrukowano kilka lat wcześniej. Zresztą to był błąd pracownika i źle zapisana data w bazie danych. Każdy może się pomylić, pracując z tysiącami tytułów! Ale obowiązkiem agenta jest zwrócić się do wydawcy o wycofanie książki z rynku lub zaproponować przedłużenie umowy i zapłatę nowej zaliczki. Agencja ANAW tego nie zrobiła (choć przeokładkowanie było jawne), lecz podała nas do prokuratury, o czym dowiedzieliśmy się od ambasady amerykańskiej. Nic tu nie było utajniane i ukrywane.

Wypadek przy pracy?

Oczywiście. Powiem więcej: ktoś celowo nagłaśnia tę sprawę i zastanawiam się, po co, skoro przez 15 lat tego tematu (sprzedaż końcówek) praktycznie nie było, nikomu to nie przeszkadzało. Być może komuś to ma do czegoś służyć?

Komu — i do czego?

No właśnie! Możemy tylko postawić tezę, że sytuacja na rynku wydawniczym pozostaje bardzo trudna, jest silna konkurencja i wydawcy walczą w ten sposób o licencje, możliwość zawierania umów. Nikt normalny nie będzie przecież robił szumu wokół sprzedaży kilkunastu książek!

Agencja ANAW przesadnie nadmuchuje balon?

Naszym zdaniem — tak. Na początku działalności — 7-8 lat temu — ANAW, a właściwie jej właściciel — agencja londyńska — zdobyła prawa do reprezentowania wielu znanych autorów na rynkach wschodnioeuropejskich. Ale ta ekspansja skończyła się już dawno. Obecnie ANAW walczy o przetrwanie, ponosi od kilku lat poważne straty finansowe (wystarczy sprawdzić to w KRS), a pomysłów na rozwój nie ma — poza jednym: próbą przejęcia praw autorskich do książek pisarzy o ugruntowanej pozycji i renomie na rynku. Nasz „pech” polega na tym, że to Amber wydaje najbardziej znanych autorów literatury popularnej. Poprzez takie sprawy, jak ta w prokuraturze, ANAW próbuje udowodnić, że inne agencje nie radzą sobie z pilnowaniem przestrzegania licencji przez polskich wydawców, tym samym kreując ANAW na jedynego sprawiedliwego, który należycie dba o interes autorów.

Czy tylko agencja ANAW ma wobec was pretensje?

Mamy umowy z 220 partnerami zagranicznymi — wielu to agencje literackie. Z tej grupy nikt nie zerwał z nami współpracy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Ktoś balon nadmuchuje?