Między sceną a pociskami

opublikowano: 28-03-2019, 22:00

Gdy wraca z terenów ogarniętych wojną, odreagowuje na scenie lub zakłada tymczasową knajpę. Teraz Konrad Zagórski koncentruje się na protestach w Wenezueli. I układa harmonogram wydarzeń w Implancie, który stanie na rogu Żelaznej i Chmielnej w Warszawie.

Implant to 5 tys. mkw. kontenerów i szkła. Unikatowy obiekt ma być gotowy latem. Jednym z czterech inwestorów spółki Nowa Epoka Handlu, realizującej ów projekt, jest Konrad Zagórski. Ochroniarz, barman, menedżer, administrator mieszkań, komik i reżyser filmów dokumentalnych w jednym. W Implancie odpowiada za CSR oraz stronę kulturalną i artystyczną. Pieniądze na inwestycję wyłożył z własnej kieszeni. Tak jak z własnych oszczędności finansuje wyprawy na tereny wojenne, w czasie których kręci filmy dokumentalne.

Wyświetl galerię [1/8]

Fot. Marek Wiśniewski, archiwum prywatne

Gotowy na hejt

Z urodzenia warszawiak, migrował sporo w życiu akademickim i zawodowym. Najpierw wybrał Lublin i prawo. Studia rozpoczął w 2015 r. Ale czuł niedosyt. Ukończył kurs żeglarstwa, porzucił więc Lublin i prawo dla nawigacji w Akademii Morskiej w Gdyni. Na drugim roku studiów stanął za barem w gdańskiej Cafe Szafa.

— To była elastyczna forma pracy, która pozwalała mi studiować — wyjaśnia Konrad Zagórski.

Szkoły morskiej też nie skończył, choć zostało mu niewiele — obrona pracy inżynierskiej. Czuł jednak, że to też nie jest dla niego. Nie chciał spędzać długich miesięcy na pokładzie, zamknięty z kilkudziesięcioma facetami i dużą dawką alkoholu. Na przełomie lat 2010/11 wrócił do Warszawy. Najpierw spróbował sił w zarządzaniu blokami mieszkalnymi. Szczęśliwie nie potrzebował do tego kwitka, bo było to już po deregulacji zawodu zarządcy.

— Gdy zaczynasz jako administrator, wystarczy trochę oleju w głowie, by wypełniać papierki — uważa Konrad Zagórski.

Ale nie spodobało mu się.

— Najgorsze zajęcie, jakie wykonywałem w życiu. Gorsze nawet niż praca ochroniarza, którą podjąłem w liceum. Administrator budynku wciąż przebywa z ludźmi, często życiowymi frustratami, którzy mają pretensję o wszystko, a ich problemów nie da się rozwiązać w mediacjach — twierdzi Konrad Zagórski.

Na administracyjnym stołku wytrzymał kilka miesięcy i… wrócił do gastronomii. Wówczas jego kariera ruszyła z kopyta. Z barmana przeistoczył się w menedżera, z czasem zaczął zarządzać całą restauracją. Pierwszy raz objął stery we Flow Coffee Lunch & Cocktail Bar przy Chmielnej. Był też menedżerem Aïoli Cantine Bar Cafe Deli na Świętokrzyskiej. Potem otwierał restauracje dla inwestorów z Bliskiego Wschodu, jako menedżer projektu szkolił pracowników, pokazywał, jak się zarządza. Profesji uczył się na żywym organizmie. Bez żadnej szkoły czy kursu.

— W przypadku gastronomii można wyjechać, ściągnąć pomysły i zaimplementować je w kraju. Ja szczególnie chętnie podpatrywałem różne koncepty w Londynie — przyznaje Konrad Zagórski.

Ostatnim jego gastronomicznym sukcesem było otwarcie, w 2014 r., restauracji i cukierni La Maison. Miał wtedy 28 lat. Doszedł do wniosku, że czas rozpocząć przygodę, o której marzył od dzieciństwa. Wywracając po raz kolejny życie do góry nogami, rozpoczął nowe studia: reżyserię w Warszawskiej Szkole Filmowej. Ale i tam długo nie wytrzymał, choć uważa, że te studia są bardzo przydatne.

— Dużo uczą i przygotowują na hejt, który nas czeka podczas robienia filmów. Żaden obraz nie będzie bowiem doskonały, zawsze pojawią się hejterzy, którzy będą wyłapywali niedociągnięcia: a to beznadziejne zdjęcia, a to beznadziejne historie itd. Dzięki szkole można się zdystansować do tej pracy — uważa Konrad Zagórski.

Cytrynę się wącha

Na pierwszym roku studiów w warszawskiej filmówce poznał Siarheia Marchyka, operatora Biełsat TV, który został jego bliskim współpracownikiem. Białorusin rzucił propozycję wyjazdu w rejony wojenne. Miał doświadczenie, bo kręcił materiały o wojnie na Ukrainie. Natomiast Konrad Zagórski nie miał żadnego doświadczenia, ani tym bardziej przygotowania. Ale w 2016 r. zdecydowali się na wypad do Iraku. Pechowo odbili się od granicy — straż nie chciała wpuścić Siarheia Marchyka ze względu na brak wizy. Zostali więc w Turcji i tak powstał film „Zakazana pieśń Kurdystanu” o walce Kurdów z tureckim reżimem. Opowiedzieli w nim o kurdyjskim aktywiście społecznym, Ramazana Gunesa, który w niewielkim miasteczku Mazidagi otworzył centrum narodowe, by uczyć dzieci piosenek, języka i kultury kurdyjskiej. Kilkakrotnie trafiał za to do więzienia.

— W Mazidagi spędziliśmy dwa miesiące. Byliśmy kompletnie nieprzygotowani, bo chcieliśmy się dostać do ciepłego Iraku, a zastała nas turecka zima… Mieszkaliśmy w betonowej szopie, marzliśmy. Wtedy zrozumieliśmy pierwszą lekcję filmowca — trzeba zawsze mieć przy sobie odpowiednie ubrania. Warunki były niekomfortowe, ale miejscowi ludzie okazali się fantastyczni. Przyjęli nas jak swoich. To była przygoda bardzo uwrażliwiająca i otwierająca umysł. Otaczała nas bieda. Kręciliśmy materiał o Kurdach, których Turcy nie uznawali za oddzielną nację. Policja mogła nas złapać za podżeganie do terroru, co mogłoby się skończyć więzieniem. Raz nawet wylądowaliśmy na komisariacie, ale w końcu puszczono nas wolno — wspomina Konrad Zagórski.

Opowiada, jak podczas kręcenia materiałów z protestów kurdyjskich padły strzały.

— Pojawiły się granaty dymne. Wybuchały wszędzie. Rzuciliśmy się do ucieczki z tłumem protestujących. Gdy wydawało się, że już jesteśmy bezpieczni, nagle między nami przeleciał granat. Gdyby leciał kilkanaście centymetrów w lewo lub w prawo — uderzyłby we mnie lub Siarheia, łamiąc kręgosłupy! Trzasnęło, wybuchło, upadliśmy. Piekący gaz wdarł się nam do oczu. Natychmiast podbiegli do nas Kurdowie i dali nam cytrynę, którą potarłem oczy. Piekły mnie coraz bardziej. Krzyknąłem: „Dlaczego dajecie mi cytrynę?!”, a oni spokojnie odpowiedzieli: „Cytrynę się wącha, a oczy myje wodą”. To była kolejna ważna lekcja dla reportera — śmieje się Konrad Zagórski.

Wspomina, jak w celu asymilacji siadał z Kurdami na wysypiskach śmieci, gdzie pije się piwo i pali nielegalne narkotyki, a tuż obok, za murem, trwała strzelanina.

— To daje dużo do myślenia. Po powrocie do Polski wszystkie problemy wydają się błahe. To pułapka, bo zaczynamy marginalizować tutejsze problemy. A to są po prostu inne problemy, też ważne — zapewnia Konrad Zagórski.

Z Turcji udali się od razu do Jordanii, gdzie nakręcili film o Oldze Ślepowrońskiej, psycholog, która podróżuje po terenach ogarniętych wojną, by pracować z dziećmi z wojenną traumą.

— Towarzyszyliśmy jej w palestyńskich obozach, gdzie oprócz dużej biedy na porządku dziennym jest molestowanie seksualne. Obserwowaliśmy, jak bawi się z dziećmi i — w przenośni i dosłownie — zmywa z nich złe emocje. Po tym doświadczeniu, gdy wróciliśmy do Polski, poczułem, że muszę naprawić wszystkie rzeczy, które wcześniej popsułem. Pojechałem m.in. do Łukasza Kozińskiego, kumpla z czasów gastronomii, właściciela trzech restauracji, któremu kiedyś zniszczyłem deskę do kitesurfingu. Chciałem się jakoś zrehabilitować, zaproponowałem nakręcenie filmu o jego restauracji. Zaczęliśmy rozmawiać o wielu sprawach i… od słowa do słowa doszliśmy do tego, że chcemy stworzyć w Warszawie przestrzeń do realizacji naszych pomysłów. Tak się rodził koncept Implanta — Łukasz jest również jednym z jego inwestorów — opowiada Konrad Zagórski.

Po powrocie z Jordanii otworzyli z Siarheiem Marchykiem na jeden sezon Nic osobistego — knajpę barkę pływającą po warszawskiej Wiśle. Ot, po to właśnie, by odreagować, wrócić do normalności.

Z własnej kieszeni

Następnym krokiem była podróż do Iraku. Bez przeszkód przekroczyli granicę i to własnym samochodem — niezbyt urodziwym i, jak się w trakcie podróży okazało, nieco zawodnym fiatem multiplą. Tak w 2017 r. powstał kolejny reportaż o wpływie wojny na kulturę: „Kurdyjski dziennik — pokolenie wojny”.

— Wówczas spędziliśmy sporo czasu w mieście Kirkuk niedaleko granicy z ISIS. Omed, znajomy dziennikarz kurdyjskiej TV NRT, zaproponował nam „wycieczkę” do samej granicy. Pojechaliśmy oczywiście naszym fiatem. Omed przejął kierownicę. Droga była wyboista. Nagle natrafiliśmy na spory garb. Omed, zamiast zwolnić, puścił kierownicę i pękła miska olejowa. Z trudem dotoczyliśmy się na miejsce, między wojska kurdyjskie. Gdy Omed wysiadł z samochodu, zaczął sikać na koło! Byliśmy w szoku. Później się dowiedzieliśmy, że w ten sposób zaciera się ślady pojazdu na pustyni. Potem żołnierze kurdyjscy obwiązali multiplę sznurem i zaciągnęli do mechanika, który po prostu zaszpachlował miskę olejową, bo nic innego nie miał. Szczęśliwie udało się nam wrócić do Kirkuku, choć szpachla szybko się rozpuściła. Jedyną osobą w okolicy, która miała spawarkę, był wujek Omeda, który miał przyjechać do Kirkuku dopiero za trzy dni. Czekaliśmy na niego, by móc jechać dalej, do innych miast w kurdyjskiej części Iraku — wspomina Konrad Zagórski.

Wszystkie wyprawy finansuje z własnej kieszeni. Potem sprzedaje filmy telewizjom, głównie Biełsat TV. Wylicza, że jeden wyjazd i późniejsza praca nad materiałem to koszt 40-60 tys. zł. Cieszy się, gdy wychodzi na zero.

— Ale nie robimy tego dla pieniędzy. To nasza misja — zastrzega Konrad Zagórski.

Pracuje z nieodłącznym Siarheiem. Założyli firmę Marchello Production, nagrywają materiały dla telewizji, specjalizując się w ekstremalnych tematach. To im daje płynność finansową. Najmocniejsze przeżycia?

— Strzelanina w czasie kurdyjskich protestów w Turcji. Dużo do myślenia dała mi także rozmowa z jezydzką rodziną w obozie dla uchodźców w Iraku. Jezydzi to jedna z mniejszości religijnych w regionie irackim, więc ISIS morduje mężczyzn, a ich słynące z urody kobiety są porywane jako niewolnice seksualne. W rodzinie, którą poznaliśmy, zabito ojca, porwano córkę… Bojownicy ISIS piszą do tej rodziny SMSy, za jaką kwotę można ją wykupić. Rodzina nie ma tylu pieniędzy, więc terroryści wysyłają im zdjęcia dziewczyny, maltretują psychicznie jej matkę. Podczas tej rozmowy coś we mnie pękło, bo — z jednej strony — mam świadomość, że nawet jeśli pokażę tę historię, nic się nie zmieni. Nie jestem politykiem, który ma realny wpływ na losy świata. Ale, z drugiej strony, duża oddolna inicjatywa jest w stanie coś zdziałać. Dlatego, gdy wracam do Polski, opowiadam o tym, co widziałem i słyszałem, uświadamiam ludzi. To im daje dużo więcej, niż obejrzenie filmu — uważa Konrad Zagórski.

Socjolog na stand-upie

Lubi opowiadać historie. Podczas studiów filmowych wpadł na pomysł, że zacznie zarabiać jako komik. Będzie stał na scenie i prowadził monologi. Klasyczny stand-up. Powiedział o tym koledze, Pawłowi Winiszewskiemu, właścicielowi gdańskiego lokalu Cooltura Chmielna 101. Ten zaproponował mu występy u siebie. Na pierwszym stand-upie nikt się nawet nie roześmiał.

— Ale Paweł uwierzył we mnie. Co dwa tygodnie przyjeżdżałem do Gdańska i wygłaszałem monologi. Płacił mi za to, choć na stand-upie nie bardzo da się zarobić. Ale to były fajne doświadczenia, zwłaszcza że mogłem opowiadać o przygodach z czasów pracy w gastronomii i wypraw reportażowych. Imprezy ze stand-upem organizowałem też w Warszawie i przy okazji prowadziłem zbiórkę na jakiś szczytny cel. Zresztą odkąd wyjeżdżam na tereny wojenne, występowanie w roli komika, obracanie niektórych sytuacji w żart, pozwala mi przebrnąć przez traumatyczne doświadczenia — zapewnia Konrad Zagórski.

Planuje wystąpienie z monologiem również na otwarciu Implanta. Teraz chce się skupić na tym przedsięwzięciu.

— Myślimy o zaszczepieniu tej koncepcji w innych miejscowościach, a nawet krajach — dodaje inwestor.

Zamierza dalej kręcić dokumenty. Teraz pracuje nad materiałem z Wenezueli o protestach przeciwko prezydenturze Nicolasa Maduro. Chce też wrócić do Kurdystanu. Myśli o wyprawie do Afganistanu.

— Praca nad filmami dokumentalnymi pozwala poznać świat od środka. Jestem zwierzęciem socjologicznym. Wgryzam się w ludzi, spędzam z nimi czas i obserwuję ich życie — kwituje Konrad Zagórski.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dorota Kaczyńska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu