Dla Kaszubów rĎbaczenie to sama treść życia. Przynajmniej tak mówią... I zarobek. Przeklinają Unię za to, że chce im odebrać jedno i drugie.
Wieje trójka, ale buja zdrowo. „Kuter” jest łódką z budką sternika: z regularnością wahadła to zanurza dziób w wodzie, to zadziera go ku górze. Wydaje się, że łupina za mała do tej roboty, duża fala — i dno. Ale płyniemy. Na łowisko. Działa tylko ukaefka i kompas.
Szyper ma z 60 lat, spod czarnego zidvestrera wystają siwe włosy. Jego ród łowi od pokoleń. W tej samej maszoperii.
— Maszoperia to jest nasz jakby zawodowy związek, do którego należeli rybacy z jednej wioski. Nikt nikogo w biedzie nie zostawił. Jak się na rĎbitwe wypływało, ksiądz błogosławił — mówi szyper.
Dla niego rĎbitwa to połów ryb, dla mnie: ptak. Drewno łodzi pamięta czasy, gdy do pobliskiej Juraty chodziło się polną drogą na grzyby, a zamiast pensjonatów stały tam rybackie chaty. Tylko silnik szyper zmienił 10 lat temu.
— Siedmiometrową łódką można wypłynąć w morze 6 mil, dalej już kara... — mówi.
Po kwadransie:
— W nédze! (wreszcie) Jesteśmy na miejscu, szmergamy trale — krzyczy i nawija sieci na metalowy kołowrót przy lewej burcie.
Poza siecią
Stoimy w dryfie. Rzuca nami na wszystkie strony. Sieci zsuwają się do wody. Pyrkoczący silnik nabiera mocy. Ciągniemy pławnice. Zarzucimy je jeszcze dwa-trzy razy, akurat by zapełnić trzy plastykowe skrzynki. Więcej nie wejdzie. Wystarczy, by do każdej wpadało po kilka dorszy i dużych fląder. Te sprzedadzą się na pniu, reszta to mizeria: śledzie, a nawet byczki, czyli ryby-chwasty, których w Bałtyku pełno, ale nikt ich nie chce kupować, bo nikomu nie smakują.
Przed laty za kutrem ciągnęła chmara mew (to mój obrazek z dzieciństwa), a dziś — jedynie dym z komina.
— A widział pan w ogóle jakiś bôt na morzu? Nie ma bôtów, bo nie ma jak łowić. Nie wolno — dziwi się szyper.
Przecież łowimy.
— I lepiej, żebyśmy tylko my o tym wiedzieli, jo? — rzuca.
Duża fala wali w burtę łodzi. Szyper ani drgnie, a ja lecę na skrzynki. Pod sztormiakiem czuję strużki wody, spływające po plecach.
Kiedyś łowiło się, ile wlezie, a teraz „lepiej o tym nie mówić”?
— Pan zapyta tych mądrzeli z rega (mądrali z rządu), tych miszkjiklonów (pajaców) kiedyś Moskwy, teraz Brukseli. Wymyślili okresy ochronne, zakazy, zezwolenia... — narzeka szyper.
Ustawia łódź dziobem do fal i znowu nawija sieć na kołowrót. Bryza od lądu smaga twarz zimnymi kroplami. Zimno, ale i tak za kilka godzin na plaże wylegną letnicy.
Skoro nie wolno łowić, to jakim cudem ryb jest pod dostatkiem w smażalniach?
— Jo, pewno że są, ino z chłodni, z wiosennych połowów. A pan myślał, że to z rannego odłowu, co? Tury dają się nabierać. Przasni pėmĚchel (świeży dorsz) to rarytas — jak przed laty węgorz. Są jakieś wynalazki… no takie maślany. Ja na oczy nie widziałem takiej ryby, choć łowię, odkąd pan zaczął sikać do nocnika! Widział pan łososia, szczupaka czy węgorza? Kiedyś było ich pełno, dziś to rarytasy. Tako kavel (taki los) — mówi szyper.
Czas wyciągać sieć. Ta leniwie nawija się na kołowrót i zsuwa na dno łódki. Trzepocze się w niej trochę ryb, głównie śledzi i troci. Sporo fląder, kilka dorszy, dwa łososie, chmary byczków i mnóstwo glonów. Wychodzi skrzynka.
— Żorotni vzątk (marny zarobek) — mruczy pod nosem szyper.
Wracamy w sumie z 12 dorszami. Na nich (i na flądrach) zarabia się najwięcej. Bo nie wolno ich teraz łowić. Unia zabroniła.
Kłusowaliśmy.
— Widzi pan, jak to się porobiło, kiedyś na pėmĚchela pływały całe przetwórnie. Terô nawet na starnjevkji (flądry) trzeba się zasadzać, a jak złapią to nawet i sodzô (więzienie). Tak czas... — mówi szyper, jakby wypatrując łodzi Straży Granicznej.
Kłusownik z musu
W rogu komórki przerobionej na „domek letni” co chwilę trzeszczy stara ukaefka: „ JAS 70 wchodzi do portu”, „Tu Jastarnia, wchodź” — słychać głos bosmana z portu. I znowu: „Jastarnia check point, can you hear me, this is yachtship…?”, „Yes, wchodź, na prawo do jachtowego”, „Jastarnia, check point…”.
Kazimierz Necel leży na łóżku. Nasłuchuje. Najważniejsze newsy: co się dzieje na wodzie, kto wpływa do portu, kto wypływa...
— Lepiej przez ukaefkę nie mówić, ile się złowiło, bo konkurencja słucha. O tym gadamy przez komórki — tłumaczy.
Nie pali fajki jak plastikowy rybak ze stoiska z pamiątkami.
— Kłusują na dorsza i na węgorza, bo co mają robić. Państwo pozwala łowić tyle, że trzeba mieć żołądek wróbla, by przeżyć. Wszystko przez Unię! — rzuca Necel.
Kurek kapski
Rada Unii Europejskiej ds. Rolnictwa i Rybołówstwa wydłużyła okres ochronny dorsza z 2 do 4,5 miesiąca. Zawrzało. Na zachodnim Bałtyku okres ten jest krótszy niż na wschodnim. Tak chciała Unia.
— Nie możemy łowić dorsza od maja do połowy września, a Duńczycy czy Szwedzi — tylko przez 2 miesiące. Rosjan w ogóle nie obowiązują limity. Gdy siedzimy w porcie, łowią nam pod nosem. Gdzie tu sprawiedliwość? — zżyma się Necel.
Zmierzch. W „domku letnim” robi się mroczniej. Nie ma prądu.
— Kiedy wchodziliśmy do Unii, władze obiecywały zbyt: cena ryby pójdzie w górę, a za nią i zarobki... I co? Teraz powinienem klarować sieci i wypływać z portu, a leżę i gadam z panem, choć pożytku z tego nie będzie. Pan zapyta tych w Warszawie, z czego mamy żyć! Kaszubi od zawsze żyli z rybactwa, a teraz większość musi zarabiać na wynajmowaniu kwater letnikom jak jakieś hotelarze — mówi Necel.
Ekologia? Pewnie, ważna. Przecież nikt nie chce wyłowić łowiska do cna. Tylko że nie może być równych i równiejszych...
Do środka wchodzi mała dziewczynka. Całuje dziadka w policzek, siada przy łóżku. Chwilę się przysłuchuje naszej rozmowie. Po chwili (znudzona):
— Dziadku, a pokaż panu ryby — mówi, wskazując na wiszącą na ścianie półkę.
Intrygowały mnie te lakierowane deski z przyklejonymi do nich zasuszonymi rybami i wielkimi szczękami — chyba szczupaków, bo przecież nie rekinów. Rybak wskazuje ręką na małą rybę ze skrzelami sterczącymi niczym skrzydła.
— Zjim! — instruuje.
Nie mam pojęcia, o co chodzi. Dziewczynka zdejmuje rybę z półki.
— To kurek kapski. Zaplątał się w sieci, gdy na zatoce łowiłem. Dziwny, taki kolorowy. Nikt z nas go tu wcześniej nie widział. Zajrzeliś-my do encyklopedii — i okazało się, że to ryba żyjąca w Atlantyku, w okolicach Kapsztadu. Jakim cudem zawędrowała aż tu, do Zatoki Puckiej? — dziwi się Necel.
— Albo ten chiński — przypomina dziewczynka, pokazując ręką na okaz, stojący obok kurka.
W ciemności ledwo widać kształty, wydają się jednak znajome.
— To krab chiński z Zatoki Gdańskiej. Skąd się wziął, nikt nie wie; zresztą nie tylko mnie wpadł w sieci, innym też. Przyroda wariuje, panie. Węgorzy coraz mniej, a tu chińskie kraby... — śmieje się rybak.
Czas na kolację. Wychodzimy z „letniego domku”. Wokół rozwieszone sieci, boje, liny. Pachnie drewnem. Rybak podaje mi rękę na pożegnanie; chwilę jej nie puszcza:
— Kiedyś łowienie to była przyjemność, człowiek wyżywał się na morzu. W porcie czekały na nas żony, dziś — Straż Graniczna, która liczy każdą rybę, sprawdza papiery. To już nie ta pasja, młodzi już tego nie poczują. Szkoda... — mówi rybak.
Sentymentalnie. Nie, to brzmi cukierkowo... Raczej z żalem.
Zwrot
Dla wielu Kaszubów łowienie to jak dla księdza modlitwa. Setki lat tutejsi żyli z morza, mieli maszoperie, które dbały o rybaków i ich rodziny. Dziś mają Zrzeszenie Rybaków — na modłę podobnych w UE, o którym mało który Kaszuba powie, że jest jego. Dziś mają za złe „Warszawie”, że bardziej przejmuje się urzędniczymi dyrektywami z Brukseli niż ich losem i tradycją. Większość Kaszubów łowi od pokoleń, a tu nagle urzędnik kładzie pieniądze na stole i mówi: macie kasę, przestańcie łowić. Rybak drapie się w głowę i myśli: kim teraz będę? Stolarzem, hotelarzem, biznesmenem? No i dochód też się liczy. Uważają: z rekompensat — mniejszy.
— Lękliwy nie jestem, ale skoro rybakiem jestem „od zawsze”, mam swój kuter i wykształcenie rybackie, to nikt ze mnie nagle nie zrobi bankowca. Musimy walczyć o swoje! — mówi Bogdan Waniewski, prezes Stowarzyszenia Armatorów Rybackich w Kołobrzegu. I zaraz twierdzi:
— Nikt tak naprawdę nie wie, ile jest ryb w Bałtyku. Dane są w dużej mierze zafałszowane, co potwierdzają rybacy z krajów łowiących w Bałtyku. Kilka państw już przyznało się do „szarej strefy” w rybołówstwie. Dowodem na to może być chociażby to, że ryby sprzedawane na rynkach Europy nie występują w danych połowowych.
Figa w gwiazdkach
Port w Jastarni. Żelazny punkt pobytu każdego letnika. Jednych przyciąga smażona rybka „wprost z kutra” w portowej smażalni, innych — widok samych kutrów, głównie przerobionych na turystyczne łajby lub betonowy pirs wysunięty kilkadziesiąt metrów ku zatoce. Niewiele zostało z dawnej świetności portu i jego rybackiej atmosfery.
Kiedyś przy nabrzeżu stało kilkanaście kutrów. Cumowały trójkami, burta w burtę. Gdy wiało, liny „jęczały” z wysiłku. Nad głowami piszczały mewy, zwabione rybną wonią. Po świeżą rybę szło się z rana, gdy łodzie wracały z morza. Targu dobijało się na nabrzeżu. U „kutrowych” były dorsze, flądry, łososie, czasem wielkie pstrągi — „smolty”. U „łodziowych” kupowało się węgorze, szczupaki. Dzisiaj? Z dawnej floty pozostało kilka kutrów. Niektóre mają na burtach wymalowane dziwne rysunki: dłoń pokazującą figę, otoczoną wianuszkiem unijnych gwiazdek, a na dole napis: trumna dla rybaków.
— Unia nas wykończyła. Za zakaz połowu dorszów daje ekwiwalenty, po 1800 EUR na kuter i 500 EUR na członka załogi, ale jednocześnie każe zdawać licencje, więc nie można łowić w ogóle, nie tylko dorsza. Gdzie tu sens? I kutry stoją w porcie — zżyma się „kutrowy” Piotr Konkel z kutra JAS 74.
Kątem oka widzę, jak na przycumowany nie opodal kuter wędkarze pakują: wędki, wiadra z przynętą i kartony z piwem. „Kutrowy” ożywia się jeszcze bardziej:
— O, widzi pan, a tacy wędkarze mogą bezkarnie łowić dorsze. Tam ich z pięciu jest, więc do wieczora razem wyłowią ze 100 sztuk! Tyle samo, co „łódkowi” — tyle, że tym Unia zabroniła, a tamtym — nie. Przyjeżdżają sobie z całego kraju, łowią dla zabawy, a Kaszuba, co żyje z łowienia, może, co najwyżej, ich zawieźć w morze za grosze. Gdzie tu sprawiedliwość? Takich kutrów z wędkarzami pływa mnóstwo — od Helu po Kołobrzeg — narzeka.
Rozmowie przysłuchuje się mężczyzna w średnim wieku, emerytowany już „łódkowy”.
— Jo, to prawda, zabronili nam łowić dorsza w najlepszym okresie. Nikt nie pomyślał, kiedy mamy łowić, by zarobić na rodziny, skoro potem idą sztormy. Pozostaje jakieś 100-150 dni takiej pogody, gdy da się wyjść w morze, trochę na jesieni i na wiosnę — a płacić trzeba cały rok i ZUS, i podatki jak każdy. Z czego? — wtrąca „łódkowy”. To nie koniec:
— A limity? Co z tego, że wyjdziem w morze, skoro złowić można tylko tyle, ile nam wyliczyli. Każdą rybę liczą po wpłynięciu do portu: czy aby nie za dużo się złowiło. Dajmy na to łosoś, limit na kutry jest 390 sztuk.
Miesięcznie?
— Gdzie! Rocznie! Na kutrze 5 ludzi pracuje. Pięciu ugania się za jednym łososiem dziennie! Na dorsza mamy limit 7 ton na rok. Kto takie limity wymyślił? Chyba wędkarz... Nie idzie z tego wyżyć, opłacić pensję ludziom, zapłacić ZUS, tzw. postojowe w porcie, opłaty tonażowe, energię elektryczną, o remontach łodzi nie wspominając — nakręca się „kutrowy”. To nie koniec:
— No i zalewa nas morze papierów. Żeby w morze wyjść choćby wiosłową łódką, trzeba mieć 6 zezwoleń, licencje na łowienie i pozwolenie na każdą rybę: od dorsza po węgorza.
Wokół nas gęstnieje tłum. Kilku rybaków dorzuca „do pieca” żale, wielu po kaszĎbsku. Jacyś turyści robią sobie zdjęcia na tle „figi w unijnych gwiazdkach”. Śmieją się.
Węgorze prezydenta
Przed laty, obowiązkową „pamiątką” znad morza był węgorz. Zazwyczaj wędzony. W sezonie na Półwyspie Helskim wędził „prawie każdy”, bo „prawie każdy” łowił. Dziś czuć co najwyżej woń popcornu. Węgorzy nie opłaca się już łowić, bo odłów węgorzy to nie to samo, co śledzia czy flądry. Nie wystarczy sieci zarzucić — i ciągnąć. Żeby zasadzić się na „długiego”, trzeba wpierw sklarować kilka tysięcy haczyków. To ciężka i pracochłonna robota, której nie wykona nawet — liczna zazwyczaj u Kaszubów — rodzina. Trzeba nająć pracowników, trzeba im zapłacić. Do tego przynęta, najlepiej tobiasz albo dobijak. Nie wystarczy ją złowić, ale jeszcze wbić na haczyki...
— Kiedyś kilogram węgorza kosztował tyle, co siatka do żaków, oczko dwadzieścia. Dzisiaj kilo ryby stoi po 30 zł, a siatka — po 90 zł. To gdzie sens w morze wypływać, tym bardziej że nie złowi się wiele... Węgorza po prostu nie ma tyle, co przed laty, a tam, gdzie jest — łowić nie wolno — mówi Necel.
Otóż to. Niedaleko portu w Jastarni, na wysokości Juraty i ośrodka rządowego, węgorz lubi się wygrzewać w płytkich wodach zatoki. Rybacy od zawsze tam właśnie zarzucali sieci. Teraz nie mogą.
— Odkąd Kwaśniewski urlopuje na Helu, przeganiają każdą łódź, co się zbliży na łowisko. Zaraz podpływają „borowiki” na pontonach i przeganiają, a czasem jeszcze karę każą płacić. Kiedyś tak nie było, choć niejedna szyszka urlopowała się w Juracie — mówi „łódkowy”.
— Jo, a co za chryja była, jak kilka lat temu Tolkowi silnik nawalił i wzywał przez ukaefki wujka, żeby go zholował kutrem. Obskoczyli go na pontonach, a straż graniczna i policja do portu przyjechały i rabanu narobili: mało co, a by go wsadzili — mówi „kutrowy”.
Ściemnia się. Kilka kutrów leniwie obija się o nabrzeże. Nikogo na kutrach. Ani przy łodziach. Z przeciwległego końca portu dobiega muzyka. To dyskoteka — dla letników.
Pustô noc, szlaga dla rĎbôka (zła pogoda dla rybaka)
Okiem eksperta
Kompromis łowców i ofiar
Kiedy się przekroczy krytyczną „biomasę” jakiegoś gatunku ryby, to potem trudno ją odnowić, bo zastępują go inne ryby, często niejadalne, jak byczki czy babka piaskowa w Bałtyku. Okres ochronny, np. dorsza, służy utrzymaniu równowagi ekosystemu. Nie tylko w Polsce wprowadza się okresy ochronne, by chronić ryby w okresie tarła. Inaczej doszłoby do ich „przełowienia”. Dorsz trze się w różnych okresach na różnych obszarach Bałtyku. Duńczycy i Szwedzi mają okres ochronny wcześniej, więc przypływają do nas. Potem — na odwrót. Fakt, na Zachodzie czas ochrony jest krótszy niż u nas (trwa 2 miesiące), bo tarło trwa krócej. Generalnie: jest za mało ryb, a za dużo chętnych do ich łowienia. Okresy ochronne działają na korzyść rybaków, bo co w ogóle robiliby, gdyby nie mieli co łowić? Przekonali się już o tym np. brytyjscy rybacy z Morza Północnego, kanadyjscy z Nowej Fundlandii czy rosyjscy z Morza Beringa. Ryb zabrakło na Alasce, u wybrzeży Namibii, Argentyny. W konflikcie między polskimi i rosyjskimi rybakami o prawo połowu na Morzu Ochockim również chodziło o przełowienie. Rybacy zarzucają nam, że Unia „zabija nasze rybactwo”. W Wielkiej Brytanii przez ostatnie 3 lata zlikwidowano połowę floty, a rybacy mogą łowić tylko przez 15 dni w miesiącu — i nie otrzymują za to rekompensat. Hiszpanie zredukowali o 60 proc. swoją rybacką flotę. Nie jesteśmy więc jedynymi „poszkodowanymi”.
Leszek Dybiec, zastępca dyrektora Departamentu Rybołówstwa w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi
