Prawo to ja!” — uważa wielu urzędników warszawskiego samorządu. Z ich mrówczej, mozolnej pracy wzięły się cuda nad planem zagospodarowania przestrzennego, fatalne spółki warszawskiego samorządu, wtórny, nieformalny rynek obrotu gminnymi lokalami i brak sankcji wobec inwestorów dopuszczających się fałszerstw.
I jeszcze skandaliczna sprzedaż gruntów, na której gmina Warszawa Centrum straciła przez osiem lat ponad 400 mln USD, co najmniej niefortunne obdarowywanie gminnymi mieszkaniami prokuratorów, sędziów i pracowników aparatu skarbowego czy przymykanie oczu na irytującą samowolę budowlaną.
Bezkarność ośmiela. A jest możliwa, gdyż mechanizmy kontroli kompletnie zawiodły.
Szef Najwyższej Izby Kontroli Janusz Wojciechowski przed kilkunastoma miesiącami na pytanie, czy izba planuje dokładną kontrolę pracy samorządu warszawskiego, odpowiedział: „A czy są do tego jakieś przesłanki”? Następca i jego pracownicy trwają widać w niewiedzy, gdyż o kompleksowej kontroli nadal nie słychać...
Fakt, sporadyczne poczynania NIK były przykładem rzetelnej roboty. Choćby sprawdzian gospodarki nieruchomościami w dzielnicy Mokotów (1998 rok), który wykrył znaczne nieprawidłowości w połowie zbadanych przypadków! Ale już doraźna kontrola — wiosną 2001 r. — w dzielnicy Śródmieście nie dopatrzyła się uchybień, związanych z dziwną inwestycją Dembudu przy ul. Granicznej. W protokole bezkrytycznie cytowano wyjaśnienia urzędników!
Także regionalna izba obrachunkowa pozytywnie opiniowała wykonanie kolejnych budżetów, nie dostrzegając strat majątkowych miasta. Wojewodowie rzadko zaś wetowali niezgodne z prawem uchwały rad i zarządów.
A przecież i samorządowe kolegium odwoławcze, i wojewoda mają prawo unieważnić decyzję już wydaną — np. jeśli stwierdzą, że powzięto ją z rażącym naruszeniem prawa. Kodeks postępowania administracyjnego przewiduje, że te organa wyższego stopnia mogą działać „z urzędu” — czyli nie muszą czekać na wniosek zainteresowanej strony. Podjęcie kontroli może sprowokować choćby skarga organizacji społecznej czy artykuł prasowy.
Łatwiej jednak zapobiegać niż leczyć. Dlatego system kontroli wewnętrznej powinien na bieżąco nadzorować i sprawdzać pracę gminnych wydziałów, a komórki kontroli — badać sygnały o nieprawidłowościach. Niby oczywiste. Jest tylko jedno ale. Kontrola wewnętrzna w urzędzie może działać sprawnie tylko wtedy, gdy taka jest wola jego kierownictwa.
Niestety — z publicznych wypowiedzi kolejnych prezydentów miasta wynika, że zachowywali się oni, jakby nie byli świadomi istnienia urzędniczych patologii. Bagatelizowali także ich przyczyny.
Odpowiedzialny za gospodarkę nieruchomościami członek zarządu gminy Warszawa Centrum Jerzy Guz stwierdził: „Słyszałem o syndromie »mrugania oczami« przez urzędników. Ale ja nikogo za rękę nie złapałem, tak wprost”.
Poprzedni prezydent Warszawy Paweł Piskorski twierdził, że chodzi o zamieszanie, a nie o korupcję: „Nie mogę urzędników oskarżać, jeżeli nie mam wiarygodnych dowodów. Mogę co najwyżej mówić o nieprawidłowościach”.
Prezydent Marcin Święcicki wydawał się jeszcze bardziej bezradny. „Muszę ufać swoim urzędnikom” — oświadczał na posiedzeniach rady.
Nic więc dziwnego, że przy takiej postawie nawet zatrudnienie doświadczonego wywiadowcy — byłego dyrektora zarządu kontrwywiadu UOP — Konstantego Miodowicza jako szefa wydziału kontroli wewnętrznej w gminie Warszawa Centrum w latach 1996-1997 nie przyniosło żadnych efektów.
A przecież zadziwiające nieprawidłowości kłuły wprost w oczy.
Jak odróżnić samorządowego wyjadacza od żółtodzioba? Wystarczy zapytać, co to jest „decyzja o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu”. Żółtodziób uniesie brwi ze zdumienia. Doświadczony samorządowiec uśmiechnie się pod nosem i pokiwa głową: „O tak, w tym są prawdziwe konfitury”. Bo podpis urzędnika może wielokrotnie podnieść lub obniżyć wartość działki. Bywa, że w grę wchodzą miliony złotych.
Każda szanująca się gmina ma plan zagospodarowania przestrzennego — czyli co można, a czego nie można na danym obszarze budować (idzie o to, by na przykład w parku za oknem naszego domu nie wyrosła nagle fabryka). Inwestor musi to najpierw sprawdzić w urzędzie gminy. Na jego wniosek urząd wydaje decyzję o „warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu” — wynikających z planu.
Gdzie się tu kryją pieniądze? To proste. Wartość gruntu w mieście de facto zależy od tego, co da się na nim wybudować. Działka przeznaczona pod biurowiec będzie zatem wielokrotnie droższa od działki pod budownictwo jednorodzinne. Działka pod hipermarket jest wielekroć droższa od takiej samej działki pod pawilony handlowe.
Urzędnicy, przymykając oko na ograniczenia planu, mogą po prostu pomnożyć cenę gruntu. To ogromna władza.
W ostatniej dekadzie warszawska administracja samorządowa miała kolosalne problemy z przestrzeganiem planów zagospodarowania przestrzennego. Aby znaleźć gmachy, które stoją w miejscach dla nich nie przeznaczonych, nie trzeba się specjalnie naszukać. Urbanistyczne samowole straszą nawet w samym centrum stolicy. Plan zagospodarowania Warszawy przewidywał, że dla obszaru centralnych funkcji miasta (Śródmieście z przyległościami) „należy wykluczyć prowizoryczne formy zagospodarowania i użytkowania terenu”. Ale w 1999 roku na placu Defilad stanął tymczasowy pawilon ze sklepem Marks & Spencer, a w zeszłym roku prowizoryczna hala targowa dla kupców.
Czary nad planem oraz bezsilność organów ścigania szczególnie jaskrawo ilustruje historia bazy konserwacji zieleni w parku Traugutta. Jej teren kupiły od miasta trzy osoby, płacąc po 10 (tak, dziesięć!) USD/mkw. Ich pełnomocnikiem został Marek Machtynger, obywatel austriacki stale zamieszkały w Polsce. O jego interesach, prowadzonych na Śląsku i w stolicy (kupno za bezcen bloku przy ul. Madalińskiego i nękanie jego mieszkańców) informowała prasa, omawiało je publiczne radio. Jego działalnością interesowały się organa ścigania, które jakoby miały problemy z ustaleniem jego miejsca pobytu.
Cena działki była śmiesznie niska, ale z grubsza odpowiadająca ustaleniom planu zagospodarowania przestrzennego: zakaz wznoszenia tam mieszkań, nakaz zadrzewiania i utrzymania bazy konserwacji zieleni. No bo jaki dochód przynieść może park, magazyn sprzętu ogrodniczego i sprzedaż roślin? Za to wartość ziemi wzrosłaby stukrotnie, gdyby obszar ten przeznaczyć jednak na domy mieszkalne! Malownicze położenie w pobliżu skarpy wiślanej, parkowe otoczenie, doskonałe skomunikowanie z centrum miasta — to przecież poważne atuty.
W listopadzie 1997 r. Marek Machtynger złożył w urzędzie dzielnicy Śródmieście wniosek o wydanie decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu dla inwestycji „polegającej na budowie obiektu mieszkaniowo-hotelowego z usługami typu rekreacyjno-sportowego”. W styczniu 1998 r. dostał odmowę. Zastępca dyrektora dzielnicy Elżbieta Solarska (z rekomendacji UW, dziś radna PO) podała w uzasadnieniu, że proponowana zabudowa mieszkaniowo-hotelowa pozostawała w sprzeczności z ustaleniami planu zagospodarowania Śródmieścia.
Pół roku później pan Machtynger ponowił wniosek. Dotyczył on tym razem „siedziby bazy konserwacji zieleni wraz z programem usługowym”. Ale faktycznie — poza nazwą — nie różnił się właściwie od poprzedniego podania. Połowa zieleni miała zniknąć, a w zamian — stanąć dwa apartamentowce z penthauzami na szczycie.
O dziwo, zmiana nazwy obiektu zdziałała cuda. Ta sama Elżbieta Solarska, która w styczniu 1998 roku zdecydowała o decyzji odmownej, w grudniu wydała pozwolenie. Jak to możliwe? Otóż w uzasadnieniu zgody pominęła ponad połowę ustaleń obowiązującego planu zagospodarowania przestrzennego! Z pozostałą częścią warunków wniosek rzeczywiście nie był już sprzeczny...
Co bulwersujące: decyzję opatrzono datą „15 grudnia 1999 roku”. Zgodę Wojewódzkiego Konserwatora Przyrody, na którą ów dokument się powołuje, wydano jednakże dopiero 3 dni później! 15 grudnia był ostatnim dniem urzędowania Elżbiety Solarskiej (koniec kadencji) — i 18 grudnia nie mogłaby już ona nic legalnie podpisać. Ktoś dopuścił się ordynarnego fałszerstwa!
Niestety nie było to oczywiste dla Prokuratury Rejonowej Warszawa Śródmieście, która umorzyła dochodzenie w tej sprawie w roku 2000 — „z powodu braku danych dostatecznie uzasadniających popełnienie przestępstwa”!
Inwestycja budowlana składa się z trzech urzędowych kroków: zdobyć działkę, dostać decyzję o zgodności projektu z planem zagospodarowania, uzyskać pozwolenie na budowę. I znowu prawo ogranicza inwestora. Jedne przepisy prawa budowlanego stoją na straży bezpieczeństwa użytkowników (normy projektowe), inne chronią prawa sąsiadów (np. do światła) lub dobro wspólne obywateli (np. przyrodę). Projekt budowlany musi być ponadto zgodny z uzyskaną decyzją o warunkach zabudowy i dostosowany do okolicznej architektury.
Każde ograniczenie rozmiarów budynku albo jego charakteru wiąże ręce inwestorowi. Nic dziwnego, że właściciele działek — chcąc z nich wycisnąć największe dochody — starają się rozciągnąć zabudowę możliwie we wszystkich wymiarach i nadać jej najbardziej komercyjny charakter. Często skutecznie. W konflikcie inwestor-dobro wspólne urzędnicy od architektury wcale nierzadko biorą stronę inwestora.
Inwestycja spółdzielni mieszkaniowej Dembud przy ul. Granicznej. Budynek — określony w akcie notarialnym jako „mieszkalny z usługami w parterze” — w rzeczywistości ma usługi aż na czterech dolnych kondygnacjach. Pierwotny projekt, który zdecydował o uzyskaniu działki, zmienił się istotnie: dodano jedną kondygnację biurową i jedną mieszkalną. Budynek wyraźnie też „spuchł” — ma prawie dwa razy większą powierzchnię całkowitą i o połowę większą kubaturę. Mury stoją na samej granicy działki — bez wymaganych zgód właścicieli (gminy i Skarbu Państwa). Nieprzepisowa jest również odległość gmachu od ulicy Granicznej.
Ale co tam... Naczelnik wydziału architektury dzielnicy Śródmieście Maria Zamoyska wydała spółdzielni pozwolenie na budowę. Żadnych nieprawidłowości nie dopatrzył się także urząd wojewódzki. Gdy sprawa trafiła do Głównego Inspektora Nadzoru Budowlanego, jego kontrolerzy (w styczniu 2001 roku) wstrzymali budowę. Ale już po trzech dniach — wskutek interwencji inwestora i gminnych urzędników — decyzję anulował ich zwierzchnik. Nadzwyczajna metamorfoza. Budowa okazała się już w porządku, za to kontrolerzy — przewrażliwieni...
Zastanawiające, nie liczące się z faktami poparcie inwestora przez urzędników czasem może prowadzić do dramatu. Urząd dzielnicy Mokotów nie chciał uznać za stronę w sporze mieszkańców bloku sąsiadującego z budową Europleksu, mającego pomieścić m.in. wielosalowe kino. Wiadomo — mogliby wówczas zaskarżać decyzje i przedłużać proces ich wydania. Powód odmowy? Działkę wspólnoty mieszkaniowej oddziela od budowy chodnik, należący do gminy: posesja nie sąsiaduje zatem z obszarem inwestycji.... A że mieszkańcom pękają ściany? No cóż... Pewnie koszta postępu...
Urząd wydawał pozwolenia, nie zważając na skargi, a inwestor zabrał się raźno do kopania wielkiej dziury. Pech chciał, że obszar budowy leży w pobliżu skarpy wiślanej, więc cechy gruntu odbiegają od standardowych. Efekt „beztroski”: ściany wykopu się osunęły, a sąsiednie budynki należało błyskawicznie ewakuować. Tylko przerwa obiadowa zapobiegła ofiarom wśród robotników...
Śledztwo prowadzone przez prokuraturę winą za katastrofę budowlaną obarczyło jedynie kierownika robót. Tylko kierownika.
Urzędy w całym kraju wypracowały dziesiątki sposobów obchodzenia ustawy o zamówieniach publicznych. Dzielenie zamówienia na części, ustawianie specyfikacji pod konkretnego dostawcę czy wstawianie do regulaminu przetargu haczyków prawnych, służących eliminacji niewygodnych partnerów — to tylko niektóre z powszechnie stosowanych wybiegów.
Przedsiębiorcy (oczywiście anonimowo — nikt nie chce się spalić) przytaczają wiele pikantnych szczegółów. Obraz jest dość przerażający: średnio 10 proc. wartości zamówienia idzie na opłacenie osób decydujących o jego przyznaniu, a następnie kontrolujących jego realizację. Skutek: koszt zamówienia przekracza niekiedy o 30 proc. jego rynkową wartość. Skala zawyżenia ceny bywa niższa podczas dostawy towarów, a wyższa — przy zakupie usług.
Dwa miliardy złotych rocznie — to kwota zamówień publicznych warszawskiego samorządu. Tęgie głowy wymyślały finezyjne metody obchodzenia ustawy. Palmę pierwszeństwa przyznać trzeba chyba sposobowi „na dwie spółki”, zastosowanemu przy budowie Mostu Świętokrzyskiego, łączącego Śródmieście z niezagospodarowanymi terenami Portu Praskiego.
Powinno być tak: obszar nieczynnego portu jest tani, gdyż brak tam infrastruktury i wygodnej przeprawy przez Wisłę. Gmina buduje zatem nowoczesny most, doprowadza infrastrukturę, cena gruntu rośnie kilkakrotnie — i wtedy samorząd sprzedaje go z zyskiem. Dużym. Jeden przetarg ogłasza się na budowę mostu (by było jak najtaniej), a drugi na sprzedaż gruntu (by sprzedać jak najdrożej). Jeśli w budżecie brak środków, zaciąga się kredyt w banku. Bank dodatkowo sprawdza, czy taki interes ma sens.
Było tak. Gmina Warszawa Centrum zawiązała dwie spółki: jedną na budowę mostu, a do drugiej przekazała tereny portu. W obu partnerem był Elektrim. Wznosił most z własnych środków, w zamian przejmował grunty. Ale gdy koszty robót przekroczyły wartość gruntów, różnicę dołożył samorząd.
„Ojcem chrzestnym” tego skomplikowanego przedsięwzięcia był Jerzy Hertel (ówcześnie dyrektor dzielnicy Praga-Północ — wtedy UW, obecnie poseł PO). Jak twierdził, na Elektrim natknął się podczas targów nieruchomości w... Cannes.
Wskutek powołania spółek ominięto zarówno przetarg na budowę mostu, jak i na sprzedaż gruntu. I co najistotniejsze: Elektrim rozliczał grunty z gminą według wyceny biegłego sprzed powołania spółek, a więc — przed budową mostu! Grunty wyceniono wtedy na 50 mln zł. Dziś są warte jakieś 120 mln!!! Beztroska? Niedbałość? Brak troski o samorządowy interes... Dlaczego tych pieniędzy nie chciała zarobić gmina?
Dziurawe są nie tylko zasady przyznawania zamówień publicznych. Także reguły gospodarowania 80 tysiącami mieszkań komunalnych w gminie Warszawa Centrum pozostawiają bardzo wiele do życzenia. Uchwała rady gminy reguluje dość szczegółowo, kto może się starać o mieszkanie. Ale kwalifikacja, którą zajmują się komisje radnych, pozostaje w dużej mierze uznaniowa. Jedne rodziny się kwalifikuje, inne — w podobnej sytuacji — odsyła z odmową („z braku lokali”). Od widzimisię urzędnika zależy także, jak wielki lokal i w jakim stanie technicznym zaproponuje zakwalifikowanemu.
Nic więc dziwnego, że skandali tu niemało. Rekordzistka, zapobiegliwa zastępczyni dyrektora jednej z dzielnic, nie tylko sobie załatwiła zamianę mieszkania na większe — zatroszczyła się też o trzy mieszkania dla krewnych. No, ale takie świństwa zdarzają się w całym kraju. W stolicy mieliśmy za to do czynienia z kuriozum na skalę epoki: „pulę 3 procent”. Oto burmistrz gminy Warszawa Centrum i zarządy jej dzielnic mogły w latach 1995-2001 przyznać 3 procent mieszkań tym, którzy nie spełniali kryteriów, ustalonych przez radę gminy! (Dziś burmistrz dysponuje pulą 2 procent, ale tylko dla policjantów i strażaków).
Nawet jeżeli większość beneficjentów puli trzyprocentowej rzeczywiście znajdowała się w trudnej sytuacji mieszkaniowej, to samo przyznanie mieszkania poza kolejnością mogło skłaniać obdarowanych i ich środowiska do specjalnej wdzięczności. Pół biedy, gdy mieszkanie dostał pracownik kancelarii Sejmu, sekretarz generalny Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa czy wiceminister edukacji narodowej. Nie są to instytucje sprawujące kontrolę nad gminą.
Niepokojące było uznaniowe przyznawanie mieszkań dziennikarzom i policjantom. A zupełnym skandalem stało się „obdarowywanie” nimi prokuratorów, sędziów i pracowników aparatu skarbowego. Czy pracownik instytucji nadzorującej gminę powinien mieć dług wdzięczności w stosunku do jej włodarzy? Tymczasem dwóch prokuratorów okręgowych w Warszawie: Stefan Szustakiewicz (1995-1999) i Andrzej Wieczorek (2000-2001) skorzystało z dobrodziejstw trzyprocentowej puli. Sytuacja to co najmniej dwuznaczna.
Zastępcę prokuratora wojewódzkiego Zbigniewa Goszczyńskiego (dziś zastępcę szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego) do prezydenckiej puli zakwalifikował w 1996 roku prezydent Marcin Święcicki. Nie chciał jednak osobiście wskazywać lokalu, gdyż w prokuraturze toczyły się przeciw niemu śledztwa, związane z jego wcześniejszymi funkcjami ministerialnymi. O przydziale luksusowego mieszkania o powierzchni 82 mkw. (dla jednej osoby!) przesądził w 1997 roku dyrektor dzielnicy Śródmieście Marek Rasiński (teraz wicestarosta warszawski — SLD). I to nielegalnie, łamiąc gminne procedury. Prokuratora Okręgowa w Kaliszu stwierdziła przekroczenie uprawnień, ale umorzyła sprawę — ze względu na brak szkody dla gminy. Taką opinię podtrzymała też Prokuratura Okręgowa w Kielcach.
Jeszcze większe emocje towarzyszą zarządzaniu lokalami użytkowymi. W samej gminie Warszawa Centrum to milion metrów kwadratowych. Postronnego obserwatora najbardziej uderzają różnice stawek czynszu (czasami kilkakrotne) za lokale położone po sąsiedzku.
A wtórny obrót lokalami? Zasada jest prosta: lokalu raz wynajętego nie oddaje się gminie, ale przekazuje innemu chętnemu — za odstępne, sięgające nieraz dziesiątek tysięcy dolarów. Takie możliwości stwarzają dwie metody.
W pierwszym fortelu spółka cywilna zamienia się w „zoo” (utrzymując tytuł najmu), a udziały w niej wykupuje nowy najemca. Inny podstęp to wynajmowanie lokalu przez dwóch użytkowników: jeden prowadzi w nim działalność, drugi tylko trzyma tytuł prawny do lokalu — i inkasuje odstępne od nowych wspólników.
Ogromne pole do manipulacji stwarzają też rozliczenia i egzekucje zaległych płatności. Organizacje społeczne korzystają z preferencyjnych stawek czynszu. Przydziałów dokonuje wtedy — poza konkursem — burmistrz lub zarząd dzielnicy. Dotyczy to także lokali partyjnych i biur poselskich. SdRP i SLD korzystały z budynku przy ul. Rozbrat (9000 mkw.), nie płacąc za niego gminie. Straty samorządu można szacować na 300 do 400 tys. zł miesięcznie. Sprawa cywilna, założona partii przez zarząd domów komunalnych, zakończyła się ugodą — po objęciu rządów przez burmistrza Jana Wieteskę (SLD). Gmina zadowoliła się skromną częścią wierzytelności.
Do komisji etyki poselskiej dotarła sprawa biura poselskiego Pawła Piskorskiego (PO). Choć miał wyremontować lokal na swój koszt, odnowiła go gmina, obciążając częścią kosztów poprzedniego najemcę. Tak to poseł (jeszcze zanim został formalnie wybrany na prezydenta stolicy) zaoszczędził 95 tys. zł. Komisja uznała, że Piskorski naruszył zasadę bezinteresowności i postanowiła zwrócić mu uwagę.
Nieskuteczność wszelkich kontroli doskonale ilustruje przypadek inwestycji spółdzielni Torwar przy ul. Górnośląskiej 2/4. Prezes spółdzielni Ryszard M. postanowił zabudować podwórko między dwoma wieżowcami spółdzielni... trzecim wieżowcem.
Część gruntu trzeba było uzyskać od gminy. Wybrano sprawdzony sposób: działka w trybie bezprzetargowym w zamian za przyjęcie kandydatów z „zamrażarki” (właścicieli książeczek mieszkaniowych, którzy nie doczekali się w PRL przydziału mieszkania). Pierwotny projekt uchwały rady gminy był zgodny z prawem. Przewidywał, że grunt zostanie ostatecznie zwolniony z przetargu dopiero po przyjęciu przez spółdzielnię pewnej puli kandydatów. Przed sesją prezydent Święcicki zgłosił jednak autopoprawkę: grunt zwolniono z przetargu jedynie za obietnicę przyjęcia kandydatów. Wojewoda nie zakwestionował tej uchwały.
Na innej części działki stał unikatowy obiekt dawnej architektury przemysłowej: fabryka Citroena. Wojewódzki konserwator zabytków zastanawiał się, czy nie wpisać jej do rejestru zabytków, ale ostatecznie zrezygnował: „miasto to nie skansen”.
Kolejne problemy pojawiły się przy wydawaniu decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu. Otóż w planie dzielnicy Śródmieście wystąpiła sprzeczność: część opisowa różniła się od rysunkowej. Według jednej można było budować do 36 m wysokości, a według drugiej — tylko do 24 m. A prezes chciał budować wysoko. Pomyłkę powinna skorygować — w jedną lub drugą stronę — rada gminy. Urzędnicy rozumieli jednak zniecierpliwienie prezesa: dostał zgodę na 36 metrów. Uchwałę rady gminy zastąpiła więc opinia autora planu...
Ostatnim problemem pozostawało uzyskanie pozwolenia na budowę. Prezes wymarzył sobie piękny budynek, wchodzący jednym skrzydłem między dwa inne wieżowce spółdzielni. Należało tylko ominąć drobny problem: skrzydło nie spełniało norm prawa budowlanego, ponieważ zacieniało sąsiednie budynki. Całe szczęście, że normy oświetlenia nie dotyczą mieszań jednopokojowych. Wystarczyło w projekcie budowlanym sfałszować plany, przedstawić mieszkania dwupokojowe w sąsiednich budynkach jako jednopokojowe i dostać pozwolenie na budowę skrzydła.
Zagrożeni zaciemnieniem mieszkańcy chcieli się odwoływać. Spotkało ich jednak rozczarowanie — urzędy nie uznały ich za stronę. Uzasadnienie: stroną może być właściciel sąsiedniej nieruchomości, a właścicielem ich mieszkań jest... spółdzielnia, z której prezesem walczą.
Mieszkańcy zaczęli więc alarmować urzędy. Gdy jeden nie reagował, zwracali się do wyższego. W latach 1998-2000 ich interwencje wpłynęły do urzędu dzielnicy, potem gminy, wojewody i Głównego Urzędu Nadzoru Budowlanego. Jedynym rezultatem było uruchomienie „papierowej karuzeli”.
To klasyczna metoda przewlekania sprawy przy zachowaniu pozorów aktywności. Skargi wędrują od urzędu do urzędu „w celu zajęcia stanowiska”, a gdy skarżący się niecierpliwi... wysyła się ponaglenia i przypomnienia. Za skargami od urzędu do urzędu podążają akta sprawy. A ponieważ oryginały dokumentów mogą być tylko w jednym miejscu, gdy jeden urząd się nad nimi zastanawia, inne są rozgrzeszone z bezczynności. Zwłoka może trwać latami — aż sprawa się przedawni, skutki staną się nieodwracalne lub skarżący się zniechęci.
W sprawie z ul. Górnośląskiej akta wysyłano nawet do urzędów, które o nie nigdy nie występowały! Tymczasem budowa pięła się do góry....
Na liście przyszłych lokatorów budynku — co ujawiniła prasa — nie znaleźli się kandydaci z „zamrażarki”, ale za to nie zabrakło żony Marka Rasińskiego, który — jako dyrektor dzielnicy Śródmieście — oddawał bezprzetargowo grunt spółdzielni oraz córki naczelnik Marii Zamoyskiej, wydającej pozwolenie na budowę budynku.
Sprawą zajęła się także prokuratura. Postępowanie prowadzono osobno w każdym z trzech wątków (fałszerstwo, korupcja, unieważnienie decyzji). Tylko śledztwo, dotyczące fałszerstwa zakończyło się sukcesem. Prokuratura skierowała do sądu akt oskarżenia przeciw prezesowi spółdzielni, oskarżając go o wyłudzenie pozwolenia na budowę. Ponieważ sprawa jest „niearesztowa”, proces rozpocznie się najwcześniej w roku 2004.
Wydawać by się mogło, że stwierdzenie fałszerstwa przez prokuraturę powinno ostatecznie doprowadzić do unieważnienia pozwolenia na budowę. Ale budowę inwestor spokojnie ukończył.
W gospodarce gruntami, przydziale mieszkań i lokali czy podczas przetargów samorządowi urzędnicy często nie dbają należycie i o interes gminy, i jej mieszkańców. A jak to wygląda w innych dziedzinach?
Kultura fizyczna? Fundacja „Warszawianka — Wodny Park” wydała na budowę basenu 112 mln zł (głównie gminnych pieniędzy), choć miał kosztować tylko 30! Za to szefostwo fundacji wyleasingowało sobie luksusowe limuzyny, a w podziemiach ośrodka założyło nielegalną strzelnicę. Przewodniczącym rady fundacji jest były radny, a obecnie poseł Łukasz Abgarowicz (PO).
System płatnego parkowania? Konkurs wygrała firma mieszcząca się w pokoju hotelowym, parkomaty (które po 7 latach ma przekazać miastu) nie są jej własnością, miasto ponosi większość kosztów związanych z utrzymaniem systemu, za to inkasuje tylko 40 proc dochodów. Na jesieni 2001 roku Prokuratura Rejonowa Warszawa Śródmieście postawiła w tej sprawie zarzuty Marcinowi Święcickiemu. Po protestach polityków Unii Wolności sprawę przejęła prokuratura okręgowa. Od tego momentu o śledztwie głucho.
Zwrot nieruchomości? Hrabia Albert Czetwertyński tak powiedział o swoich obserwacjach: „Zorientowałem się, że często bywa tak, że właściciel stara się bezskutecznie o zwrot własności. Dopiero, kiedy odstępuje swoje prawo do niej komuś innemu, sprawa szybko zostaje załatwiona”.
Wspólnoty mieszkaniowe? Większość pełnomocników gminy we wspólnotach nie przyjęła jeszcze do wiadomości, że przed siedmioma laty weszła w życie ustawa o własności lokali i prywatni właściciele mieszkań mają te same prawa co gmina. Tylko w jednej gminie (Warszawa Bielany) udało się sprywatyzować administracje mieszkaniowe.
Nawet niedochodowe wydziały komunikacji mogą się stać obszarem działalności przestępczej. Na Mokotowie i na Bemowie policja aresztowała urzędników, legalizujących hurtowo skradzione samochody na zlecenie gangsterów...
Jeśli pomyśleć, to przecież prawie na wszystkim można stracić.
