Nasłuchiwacz

Danuta Hernik/Dziennikarze.net
opublikowano: 28-05-2010, 00:00

Kamil Kurant, Bronek Talar, generał Sikorski — to role, które dały mu popularność. Jako aktorowi. Ale nie każdy wie, że jest artystą wszechstronnym. Krzysztof Pieczyński — poeta i prozaik.

Uprzejmy. Nie rozmawia głośno w miejscach publicznych, nie rzuca wokół spojrzeń pytających: poznajesz mnie? Przeciwnie — jest wyciszony, skierowany do wewnątrz. Jego świat budują dwie różne, choć nieodległe pasje: aktorstwo i pisanie.

Ta siła pochłania

Pisać zaczął wcześnie. Już w dzieciństwie.

— Moja ciocia, która zajmowała się mną, kiedy byłem dzieckiem, musiała gdzieś wyjść, więc zostawiła mnie pod opieką pewnego chłopca. Zapadał wieczór i chłopiec opowiedział mi bajkę. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Wyobraźnia zaczęła pracować. Nazajutrz zamknąłem się w pokoju. Czekałem na natchnienie, by zapisać sobie w głowie tę bajkę własnymi słowami, żeby nie stracić tego, co przeżyłem wtedy w ciemności. I wiedziałem, że chcę to robić. No i zacząłem. Od dziewiątego roku życia pisałem już nieustannie. Cały czas coś pisałem. Jako trzynastolatek dostałem nagrodę za opowiadanie w programie telewizyjnym "Ekran z bratkiem" — wspomina Krzysztof Pieczyński.

Właśnie, natchnienie… Mówi o nim jak o głosie, który dyktuje.

— Najmądrzejsze, czego się w życiu nauczyłem, to nasłuchiwać. Wszystko inne jest mniej ciekawe i pozorne. Kiedy to słyszę, ręka się sama prowadzi. I albo się temu poddam, albo się tego przestraszę. Bo chociaż to piękne przeżycie, drogo się za nie płaci. Jest w nim siła, która pochłania człowieka tak, że nie może przestać. Pracuje aż do całkowitego wyczerpania. I kiedyś, gdy sobie wyobraziłem, że to będzie mnie "trzymać" na przykład przez wiele miesięcy, nie wytrzymałem. Przestraszyłem się i odepchnąłem natchnienie. Skończyło się to katastrofą, bo nie wróciło przez dwa lata — opowiada artysta.

Słysząc pytanie, czy jest mistykiem, śmieje się.

— Każdy chciałby być mistykiem, ale tylko wybrańcy mogą tak o sobie powiedzieć, lecz właśnie oni tego nie powiedzą. Jeśli już ktoś usłyszy boski głos, to z pewnością nie powie o sobie, że jest mistykiem — odpowiada.

Poczęcie artysty

Wydał osiem książek — sześć tomików wierszy, tom opowiadań "Podgarbiony" i "Listy z Ameryki", czyli powieść epistolarną. Przyznaje, że jego utwory nie są łatwe. Ale widzi się na liście bestsellerów.

— Trzeba się koło tego zakrzątnąć, wyobrazić to sobie, a potem zrobić kampanię promocyjną na miarę swoich wyobrażeń — tłumaczy Krzysztof Pieczyński.

Książka "Dom Wergiliusza" jest gotowa, ale niewydana. Szuka, umawia, dogaduje możliwość wystawienia opery z własnym librettem. Już dwa razy było blisko — w Krakowie i w Łodzi. Może idzie mu to tak opornie, bo się nie przyjaźni z jakimś określonym środowiskiem pisarskim. Nie należy do żadnej grupy towarzysko-twórczej i nawet ubolewa nad tym. Wie, że byłby inaczej postrzegany, gdyby miał takie kontakty. Twierdzi, że został zmuszony do uświadomienia sobie, jak wielki talent jest potrzebny do ich nawiązania. Jak są cenne, bo przecież tak wiele rzeczy niezwykłych dzieje się przez kontakty z ludźmi.

— Dzięki kontaktom człowiek staje się wiarygodny, może udowodnić swoją wiarygodność — uważa.

Jednak zostaje sam... Ze swoim natchnieniem.

— Artysta musi mieć natchnienie. Czasem przynosi mu je silne uczucie: miłość, cierpienie, tęsknota, a czasem inny człowiek, który przekazuje mu swoje emocje. Może też tak żyć, by stwarzać okoliczności, aranżować sytuacje, które pozwolą mu wskoczyć do źródła zwanego natchnieniem. Różni artyści potrzebują różnych rzeczy, żeby móc tworzyć — przekonuje.

Podobno każdy nosi w sobie potencjał twórczy, ale ostatecznie nie każdy staje się artystą.

— To się dzieje w wyobraźni, w duszy. Ziarno pada. To początek jakiejś idei, ale nie każdy jest świadomy momentu poczęcia w sobie pisarza lub aktora. Ja akurat jestem. I pisania, i aktorstwa, i opery. To były wyraźne momenty zapłodnienia wyobraźni. Potem proces usadowiony już w rzeczywistości powadził do realizacji tej idei. Rok, dwa, 10, 20 lat — twierdzi.

Nie o każdym z tych momentów Pieczyński chce opowiadać. Ale o niektórych mówi. O miłości do filmu na przykład.

— To się stało, kiedy tato przytaszczył telewizor do domu. Magia, której nie da się opisać. Miałem kilka lat. Oglądałem filmy i opowiadałem je innym dzieciom, które ich nie widziały. Opowiadając, odgrywałem te wszystkie role i w mojej wyobraźni stałem się aktorem. Wtedy jeszcze nie byłem tego świadomy, ale już w wieku 12 lat wiedziałem, że chcę nim być. Przez kilka lat wylęgała się świadomość. A potem do pierwszego filmu minęło jeszcze dziesięć lat. Zostałem aktorem, mając 22 lata, do tego momentu "nosiłem" aktorstwo w sobie — wspomina Krzysztof Pieczyński.

W zgodzie z sobą

Nie lubi knucia, manipulowania innymi. Brzydzi się tym.

— Szczególnie mnie uwiera, gdy reżyserzy manipulują aktorami. Jeśli nadużywają władzy, to tak naprawdę pokazują swoją słabość. To, że nie stać ich na osiągnięcie potrzebnego efektu przy grze w otwarte karty — tłumaczy aktor.

Podkreśla, że ceni mówienie wprost, do czego zmierzamy, i sam tak postępuje. Że najcenniejsze jest poznanie i zaakceptowanie siebie.

— Osiągnięcie stanu, kiedy żyje się w zgodzie ze sobą, to długi i skomplikowany proces. Człowiek musi poznać sam siebie i wiedzieć z całą pewnością, co jest dla niego akceptowalne, a co nie. Każdy ma bardzo dużo do zrobienia w tym względzie. Autorzy, którzy jawią się nam jako guru… Czytając ich książki, widzimy tylko ich doskonałość, ale później okazuje się, że np. nie założyli rodziny, bo nie potrafili. Nie wybrali dobrowolnie życia w izolacji, tylko nie umieli sobie poradzić z wyzwaniem, które niesie stały, nierozerwalny związek. I chociaż wykłady, które dają, bardzo pomagają innym, oni sami mają słabości. Nikt nie jest doskonały — mówi aktor i autor.

Zdaniem Krzysztofa Pieczyńskiego, do poznania i zaakceptowania siebie człowiek dochodzi, obserwując swoje życie.

— Jeśli widzę, że moje postępowanie wciąż budzi konflikt, że stale przyciągam takie same problemy albo ciągle ktoś mnie zdradza lub ja zdradzam… Kiedy to samo się zdarza po raz kolejny, muszę zobaczyć, że życie jest tak skonstruowane, żeby mi to pokazać — przekonuje Pieczyński.

I sumuje: To, co przyciągamy, jest lustrem, w którym możemy się zobaczyć. Pokazuje nam, kim jesteśmy. l

Krzysztof Pieczyński

Zwroty, jak w filmie akcji

Absolwent PWST w Krakowie z 1980 r. Zadebiutował rolą tytułową w "Kordianie" oraz w serialu Jana Łomnickiego "Dom".

Na wielkim ekranie zagrał w 1981 r. w filmie "Wielki bieg". W 1982 r. znów serial — "Życie Kamila Kuranta" i rola w dramacie Barbary Sass "Krzyk". Role w filmach "Idol" Feliksa Falka i "Jezioro Bodeńskie" Janusza Zaorskiego przyniosły mu nagrodę na XI Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w 1985 r. Wtedy postanowił wyjechać. W Stanach Zjednoczonych przebywał do 1995 r.

W ostatniej dekadzie zagrał w takich polskich filmach, jak "Generał — zamach na Gibraltarze", "Kariera Nikosia Dyzmy", "Reich", "Daleko od okna", "Jutro będzie niebo".

Wystąpił także w produkcjach hollywoodzkich, takich jak "Projekt Manhattan", "Reakcja łańcuchowa" oraz w dramacie Romana Polańskiego "Pianista", międzynarodowej produkcji "Poza zasięgiem", w "Nocnej straży" Petera Greenawaya, "Bożych skrawkach" Jurka Bogajewicza i amerykańskiej produkcji telewizyjnej "Dzieci Ireny Sendlerowej".

Dał się poznać także jako reżyser dwóch filmów dokumentalnych"Brakujące słowo" i "Spotkanie", które pokazała Telewizja Polska w Pierwszym Programie.

Jest też autorem sztuki "Lekcja angielskiego", którą dla TVP2 reżyserował Jarosław Marszewski.

Wydał kilka tomów poezji, m.in.: "Wiersze z aniołem", "Zebrane z powietrza". Napisał dwa libretta operowe "O Romeo" i "Imago Dei".

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Danuta Hernik/Dziennikarze.net

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu