NBP poprawia ustawę frankową

Bank centralny zgłosił liczne uwagi do projektu prezydenta. Wciąż jednak go popiera, a posłowie dowiedli, że prawników można przegłosować

Kiedy 2 sierpnia w Belwederze prezes NBP wspólnie z szefem kancelarii prezydenta prezentował założenia ustawy O zasadach zwrotu niektórych należności wynikających z umów kredytu i pożyczki, wydawało się, że projekt został wcześniej uzgodniony przez ekspertów Andrzeja Dudy i banku centralnego. Jeśli tak, to tylko w ogólnych zarysach. Na początku września NBP przesłał szczegółowe uwagi do ustawy, którą obecnie zajmuje się Sejm.

Zobacz więcej

DIABEŁ TKWI W SZCZEGÓŁACH: Adam Glapiński, szef NBP, jest o wiele bardziej zdystansowany wobec prezydenckiego projektu niż miesiąc temu, kiedy wspólnie z Andrzejem Łopińskim, sekretarzem stanu w kancelarii Andrzeja Dudy, prezentował tylko założenia do ustawy. To świadczy o tym, jak trudno ustawowo rozwiązać problem frankowy, skoro tak prosta, mogłoby się wydawać, operacja jak zwrot spreadów budzi tyle zastrzeżeń. Marek Wiśniewski

Dwa razy drożej

Podczas sierpniowej konferencji Adam Glapiński, szef NBP, mówił, że skala obciążeń banków z tytułu zwrotu spreadów „aczkolwiek bardzo znacząca, nie powinna doprowadzić do ich zdestabilizowania”. Wtedy mowa była o kosztach rzędu 3-4 mld zł. W opinii do projektu bank centralny stwierdza natomiast: „bardzo wstępne szacunki NBP wskazują, że koszty te mogą być ponad dwa razy wyższe. (…) wyniosłyby (…) około 2/3 zysku netto wypracowanego przez sektor bankowy w 2015 r. Należy przy tym podkreślić, że zyski banków w kolejnych latach będą najprawdopodobniej niższe niż w 2015 r.”. Do tego trzeba dodać wydatki na infrastrukturę i ludzi do operacji zwrotu spreadów. Bank centralny zwraca uwagę, że ustawa wpłynie też na budżet państwa, bo trzeba będzie oddać bankom nadpłacony podatek od przychodów uzyskanych z prowizji od wymiany walut.

Bank centralny ma także zastrzeżenia co do zasadności wyznaczania spreadu w walucie obcej, a nie w złotym, co zwiększa koszty banków, a kredytobiorcom daje dodatkowe nieuzasadnione korzyści. Kolejna wątpliwość dotyczy oprocentowania pieniędzy, należnych w myśl ustawy frankowiczom. Według autorów projektu, połowa odsetek ustawowych to mniej więcej tyle, ile kredytobiorca uzyskałby z inwestycji np. w obligacje skarbowe. „W większości okresu, którego dotyczyłoby naliczanie odsetek, wartość połowy odsetek ustawowych była wyższa od rentowności obligacji skarbowych” — zwraca uwagę NBP.

Belferski ton

Tego typu uwag, potwierdzających prawdziwość maksymy, że diabeł tkwi w szczegółach, jest więcej, np. odnośnie do pomysłu „spreadu referencyjnego”, wyliczanego jako kurs sprzedaży NBP plus 0,5 proc. (bank centralny uważa, że powinien to być kurs kupna), czy liczenie zwrotu spreadów z dnia wymagalności raty, podczas gdy niektóre banki ustalają wysokość raty na bazie kursu z innej daty. To są szczegóły. Grubego kalibru wątpliwości budzi natomiast objęcie dobrodziejstwem ustawy jednoosobowych działalności oraz kredytobiorców zadłużających się w celach inwestycyjnych. NBP ma też zastrzeżenia dotyczące wysokości kredytu, dla którego liczony będzie zwrot spreadów. Stwierdza, że „naturalne wydawałoby się określenie limitu w kwocie 255 550 zł”, czyli tyle, ile ustala dyrektywa unijna o kredycie konsumenckim (projekt mówi o 350 tys. zł). W pozostałych uwagach do projektu bank wytyka autorom, że tytuł ustawy jest nieadekwatny do treści, i proponuje zamianę słowa „należności” na „świadczenia”, gdyż zwroty dotyczą już otrzymanych przez banki świadczeń, a nie przyszłych. Ma też wiele zastrzeżeń do uzasadnienia do projektu ustawy, m.in. do założenia, że umowy były w części bezprawne, bo decyzja o tym leży w gestii sądu. Radzi skupić się na społecznym kontekście rozwiązania. Mimo licznych uwag projekt ocenia pozytywnie. We wstępie stwierdza tylko, że „NBP z uznaniem przyjmuje zawartą w uzasadnieniu do projektu ustawy deklarację projektodawców o kierowaniu się m.in. względami stabilności finansowej” i wyraża zadowolenie, że nie jest rujnująca dla systemu finansowego jak projekt zaprezentowany w styczniu.

Z ręką na konstytucji

Uwagi do prezydenckiego projektu ma również sejmowe Biuro Legislacji, które w opinii do ustawy stwierdza, że może ona budzić wątpliwości natury konstytucyjnej w zakresie, w jakim ingeruje w stosunki umowne. „Wątpliwości dotyczą w szczególności zgodności z zasadami prawidłowej legislacji (zasady ochrony interesów w toku, zasadą pewności prawa oraz z zasadą lex retro non agit [prawo nie działa wstecz — red.] wywodzonymi z konstytucji”. Autorzy projektu twierdzą, że odstępstwo od tych zapisów jest uzasadnione ochroną praw majątkowych konsumentów. Biuro Legislacji uważa jednak, że w sprawie wykładni konieczne są konsultacje z Biurem Analiz Sejmowych. W uzasadnieniu do projektu nie ma mowy o tym, czy jest on zgodny z przepisami UE, ani oświadczenia, że nie jest objęty prawem unijnym. Autorzy nie zasięgnęli też opinii EBC. W konkluzji wstępnej opinii prawnicy sejmowi stwierdzają jednak, że błędy legislacyjne w projekcie można usunąć w trakcie dalszych prac nad ustawą.

Ja panu opowiem

Przykład projektu ustawy O restrukturyzacji kredytów denominowanych lub indeksowanych do waluty innej niż waluta polska oraz o wprowadzeniu zakazu udzielania

takich kredytów, złożonego w kwietniu w Sejmie przez klub Kukiz’ 15, dowodzi, że w toku prac parlamentarnych niedoróbki można usunąć bez trudu. W czerwcu Biuro Analiz Sejmowych wydało opinię, że zapis o zakazie udzielania kredytów walutowych może być niezgodny z unijnym prawem, prawo do przewalutowania kredytów wypowiedzianych, co dopuszcza ustawa, narusza przepisy UE, a pomysł ograniczenia marży banków z tytułu już udzielonych kredytów jest niezgodny z jedną z dyrektyw. Stanowisko prawników w dużej części podzieliło też MSZ. Marszałek Sejmu skierował projekt do rozpatrzenia komisji ustawodawczej. Potrzebowała ona raptem kilkunastu minut na zajęcie stanowiska w tej sprawie. Najpierw posłowie wysłuchali opinii przedstawicieli organizacji zrzeszających frankowiczów, że kredyty przez nich zaciągnięte nie były walutowe, ale w istocie złotowe, zatem prawo unijne ma się do nich nijak. Potem wymienili kilka uwag, po czym Krystyna Pawłowicz (PiS) stwierdziła krótko:

„Dlaczego my ciągle jesteśmy bardziej papiescy jak papież. Proponuję, żeby zakończyć dyskusję, żebyśmy puścili to dalej, żeby ludzie mogli się bronić”. „Rozumiem, że to jest wniosek o przejście do głosowania” — podchwycił przewodniczący komisji Marek Ast (PiS). Kiedy rękę wyciągnął jeden z posłów, zapytał: „Pan poseł Janusz Sanocki ma podobny wniosek?”. „Chciałbym wiedzieć, nad czym głosuję” — spytał zagadnięty (poseł niezrzeszony).

„Ja panu później wytłumaczę” — zaproponowała Krystyna Pawłowicz. Chwilę później odbyło się głosowanie. „Wobec tego Komisja jednogłośnie opiniuje projekt jako dopuszczalny do dalszego procedowania” — czytamy w podsumowaniu dyskusji. Projekt został przesłany do pierwszego czytania — mimo negatywnej opinii NBP, Krajowej Rady Sądownictwa, Krajowej Rady Biegłych Rewidentów oraz Prokuratorii Generalnej Skarbu Państwa, która do ustawy liczącej 16 artykułów zgłosiła 34 uwagi.

Dodatkowa kasa

Prezydencki projekt ustawy frankowej, której głównym założeniem jest zwrot spreadów walutowych, od momentu ogłoszenia budzi kontrowersje wśród ekspertów i, co zrozumiałe, banków. Zastrzeżenia dotyczą pomysłu wspierania w ten sposób kredytobiorców frankowych, gdyż tylko w niewielkim stopniu poprawia to sytuację frankowiczów, którzy mają problem z terminowym regulowaniem zadłużenia. Może natomiast przynieść znaczne profity osobom, które już dawno spłaciły kredyty walutowe. Oto przykład. W 2005 r. małżeństwo zaciągnęło 200 tys. CHF kredytu mieszkaniowego. Kurs CHF wynosił 2,8 zł, kurs wypłaty — 2,6 zł. Klienci dostali 520 tys. zł, podczas gdy wartość hipoteki bez spreadu wyniosła 560 tys. zł. Dzięki ustawie prezydenckiej, z punktu mają prawo otrzymać od banku rekompensatę o wartości 40 tys. zł. To na dobry początek, bo nasi hipotetyczni klienci spłacili hipotekę w lipcu 2007 r., korzystając z nader atrakcyjnego kursu. Frank kosztował wtedy 2 zł. Miesięczna rata wynosiła około 550 CHF, zatem małżeństwo po trzech latach od zaciągnięcia hipoteki wpłaciło do banku 20 tys. CHF, czyli 50 tys. zł. Kurs waluty kredytu oscylował przez ten czas w granicach 2,5 zł. Do spłaty zostało im zatem 180 tys. CHF. Przy kursie 2 zł za franka i spreadzie 2,2 zł zwrócili bankowi 396 tys. zł. Dodajmy do tego 50 tys. zł zapłaconych wcześniej odsetek. Razem wychodzi 446 tys. zł, czyli o 74 tys. zł mniej niż wartość kredytu zaciągniętego trzy lata wcześniej. Łącznie frankowicze zyskają na frankowej hipotece 114 tys. zł (74 tys. zł plus ustawowe 40 tys. zł z tytułu zawyżonego spreadu). Szczęśliwców, którzy wykorzystali moment słabości franka i wyszli z kredytu, nie ma oczywiście zbyt wielu. Istnieje nawet duże prawdopodobieństwo, że zamiast spłacić dług, frankowicze zachęcani przez bank zaciągnęli pożyczkę hipoteczną lub powiększyli kredyt. Takich ofert wówczas nie brakowało. Przykład dowodzi jednak, że prezydencki projekt więcej ma wspólnego ze sprawiedliwością dziejową niż rzeczywistym wsparciem dla potrzebujących. Według BIK, dobrodziejstwem ustawy objętych zostanie ponad 902,5 tys. kredytów udzielonych w latach 2002-11, z czego czynnych jest ponad 573,4 tys. Reszta hipotek walutowych została juz spłacona (nieliczne umowy banki wypowiedziały dłużnikom, którzy zaprzestali regulowania zadłużenia). Część kredytobiorców przewalutowała kredyty, inni zaciągnęli nowe. W tej grupie jest jednak wielu byłych frankowiczów, dla których zwrot spreadu będzie po prostu dodatkowym wpływem gotówki.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Eugeniusz Twaróg

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / NBP poprawia ustawę frankową