Od jednej wędki do 300 koni

Marcin BołtrykMarcin Bołtryk
opublikowano: 2017-05-25 22:00
zaktualizowano: 2017-05-25 16:49

Polacy dorośli do jachtów z potężnymi silnikami. Dorośli w sensie dosłownym.

W życiu każdego faceta (no, prawie każdego) jest kilka etapów. Wiecie, o czym mówię. Zaczyna się od: „Chcę być strażakiem!”, potem „Chcę być taki jak tata”, „Nie chcę być taki jak tata”, a wreszcie: „Chcę mieć łódź!”. Wygląda na to, że coraz więcej Polaków dorasta do wieku „żeglarskiego”. Bo rośnie sprzedaż łodzi i silników do nich.

Żeglarze i wędkarze

Polak chce własnej łodzi z silnikiem, ale na razie stać go tylko na mniejsze jednostki. Łódź motorowa to przede wszystkim prestiż i wyznacznik społecznej pozycji. Oczywiście im większa, tym lepiej. Ale mamy w Polsce do czynienia z pewnym paradoksem. — Jesteśmy jachtowym potentatem na świecie. Większy rynek jest tylko w USA.

Oczywiście chodzi o produkcję. W sprzedaży gonimy ogony. W kilkunastu dużych krajowych stoczniach powstaje co roku 20-25 tys. jachtów. W dziesiątkach malutkich kolejne tysiące. Ale 95 proc. trafia do Skandynawii, Francji, Hiszpanii i Niemiec. U nas zostaje reszta i to raczej mniejsze jednostki, do 6,5 m, i łodzie wędkarskie — opowiada Paweł Iwanicki, dyrektor generalny Suzuki Motor Poland, odpowiedzialny za sprzedaż silników zaburtowych. Dodaje, że takimi silnikami w Polsce interesują się głównie żeglarze i wędkarze, a coraz częściej także pasjonaci szybkiego pływania.

— Około 60 proc. sprzedawanych przez nas silników to jednostki o mocy do 40 KM. Kupują je głównie właśnie klienci indywidualni — mówi Paweł Iwanicki. Podstawowym powodem jest cena. Motorowodniactwo nie jest tanie. Niewielką łódź wędkarską z małym 2,5-konnym silnikiem można mieć już za 5-6 tys. zł, ale zabawa (i koszty) zaczyna się od 40 KM.

Od patentu do miliona

Trudno dokładnie określić koszty posiadania motorówki. Ale spróbujmy. Polskie przepisy zezwalają na pływanie łodziami silnikowymi bez patentu, jeśli moc silnika nie przekracza 13,6 KM. Cena kursu i egzaminu na sternika motorowodnego (wody śródlądowe i morze do 2 mil od brzegu, łódź do 12 m) to około 500-600 zł. A to dopiero początek. Kupno łodzi motorowej z silnikiem o „słusznej mocy” to już poważny wydatek.

— Łódź z silnikiem 150 KM nie musi pływać lepiej od takiej z silnikiem 60 KM. Budowa zestawu to sztuka. Liczy się wszystko: rodzaj akwenu, rodzaj i kształt „skorupy”, typ śruby. Dopiero odpowiednio dobrane elementy tworzą motorówkę. Trudno mówić o konkretnych cenach, bo zależą od wielu czynników — twierdzi Paweł Iwanicki.

Powiedzmy, że niewielka motorówka to wydatek około 20 tys. zł. Dobrej klasy silnik zaburtowy do niej, powiedzmy sześćdziesięciokonny, to około 30 tys. zł. Od tej kwoty zaczyna się więc przygoda z motorowodniactwem. Im większa łódź, tym drożej. Nietrudno dobić do 250 tys., a nawet miliona złotych. A do tego dochodzą jeszcze koszty serwisu, zimowania, paliwa i ubezpieczeń — to kolejne tysiące rocznie.

Krezusi na wodzie

Wciąż jednak przybywa osób, których koszty nie zniechęcają. Polacy się bogacą. A wraz ze wzrostem zasobności portfela zwiększa się także apetyt na dobra luksusowe.

Zazwyczaj to produkty z niższej półki cenowej, np. perfumy, ale zamożni rodacy coraz częściej decydują się na zakup jachtu. Rynek luksusowych łodzi w Polsce jest podwójnie ekskluzywny. Po pierwsze, tak jak wszędzie na świecie, aby kupić jacht, należy się liczyć z niemałym wydatkiem. Po drugie, ze względu na klimat i uwarunkowania geograficzne trzeba uwzględnić także koszty transportu, nierzadko poza granice kraju. Ale że z roku na rok przybywa zamożnych Polaków (dochody ponad 85 tys. zł rocznie), więc coraz więcej pieniędzy trafia również na wodę.

— Widzimy to po wynikach sprzedaży większych silników. Rośnie dosyć szybko. W zeszłym roku sprzedaliśmy kilkanaście naszych topowych produktów, czyli trzystukonnych silników po 100 tys. zł. Rośnie również zainteresowanie dużymi silnikami wykorzystywanymi w wędkarstwie morskim. Wędkarze wychodzą w morze prywatnymi łodziami, a to dowód na rosnącą zamożność społeczeństwa — opowiada Paweł Iwanicki.

Jego opinię potwierdzają statystyki. W 2014 r. w polskim rejestrze jachtów morskich były wpisane 944 jednostki. W 2016 r. już 1322. Większość, bo aż 1077, to łodzie motorowe. Co więcej, co roku Polski Związek Motorowodny wydaje tysiące kolejnych patentów.

Będzie lepiej (i drożej)

Oficjalnych statystyk dotyczących wielkości sprzedaży silników zaburtowych nie ma. Paweł Iwanicki szacuje, że polski rynek wchłania rocznie około 4 tys. takich jednostek od sześciu producentów: to Suzuki, Mercury, Yamaha, Honda, Evinrude i Tohatsu. Na dobra sprawę, liczą się jednak trzej pierwsi.

Wyniki badań i tendencje wróżą postęp w tej dziedzinie. Zmieniają się upodobania miłośników pływania. Coraz częściej przestawiają się z żagli na silniki. Łatwiejszy jest też dostęp do leasingu, co znacznie zwiększa liczbę potencjalnych klientów. W rezultacie ankietowani przez firmy Expander Advisors i Interservis wskazywali najczęściej, że są w stanie przeznaczyć na zakup łodzi od 250 tys. do miliona złotych.

— Polacy coraz chętniej pływają po krajowych jeziorach i rzekach, a także po zagranicznych morzach. Popularność tego sportu jest duża. Część osób nadal wynajmuje łodzie na jednorazowe wyprawy, jednak wraz ze zwiększaniem się zasobności portfeli, rośnie także liczba kupujących jachty. Na rynku dóbr luksusowych w Polsce nie mogą one konkurować z perfumami czy biżuterią, jednak stale przybywa szczęśliwych posiadaczy kolejnych jednostek pływających — ocenia Andrzej Oślizło, prezes Expander Advisors, pasjonat żaglówek i sternik morski. &

 

 

Możesz zainteresować się również: