Delfiny, rekiny, pingwiny. Plaże, wulkan i gorące słońce. Raj... Do zobaczenia na Atlantydzie.
Największa w archipelagu siedmiu Wysp Kanaryjskich na Oceanie Atlantyckim — ma powierzchnię 2034 km kw. Już z samolotu widać potężny wulkan El Pico del Teide, najwyższy szczyt Hiszpanii (3718 m n.p.m.). Teneryfa. Legenda głosi, że jest pozostałością zaginionej Atlantydy. Pełna kontrastów — istna fabryka wypoczynku. Bujna, kolorowa roślinność żyznych dolin północy w zderzeniu z pustynnym krajobrazem na południu wyspy. Obrazu dopełniają otulone chmurami pasatowymi wąwozy, małe, położone na uboczu górskie wioski i pełne słońca piaszczyste plaże. Średnioroczna temperatura oscyluje wokół 25°C. Bez ekstremalnych upałów. Co ciekawe, najcieplej tu we wrześniu. Regiony południa to idealne miejsce dla miłośników słońca i sportów wodnych. Północ raczej dla kochających przyrodę i wędrówki górskie.
Wielki Pico
Miłośnicy przyrody powinni obowiązkowo wyprawić się do parku narodowego (Parque Nacional de las Canadas del Teide), rozciągającego się u podnóża wulkanu Pico del Teide. Potężny krater ma obwód 40 km i 14 km średnicy. Na południowych zboczach znajdują się tzw. canadas — równiny ciągnące się od podnóża Teide do wnętrza starego krateru. Dziwne skalne formacje bazaltowe, pumeksowe i obsydianowe wyłaniają się z piaszczystej doliny. Groźne, zamrożone w czasie strumienie lawy ciągną się przez całą długość stoku aż do jedynej przecinającej park drogi. Sam przejazd teleferico (kolejką linową, kursującą na szczyt wulkanu) stanowi duże przeżycie — wjeżdża z wysokości 2356 m na 3550 m n.p.m. w ciągu zaledwie 8 minut. Do krateru brakuje zaledwie 200 m. Ten odcinek trzeba pokonać pieszo. Ze szczytu roztacza się widok na Atlantyk i pozostałe Wyspy Kanaryjskie — Gran Canarię, La Palmę, Gomerę i Hierro. Równie fascynująca jak sam szczyt jest droga na Teide, prowadząca przez lasy piniowe, zapewniające wyspie dodatni bilans wodny, i przez rozległe tereny z krajobrazem wulkanicznym, gdzie dominują fantastyczne formy kamienne. Nawet w najbardziej pochmurne dni na tej wysokości jest się skąpanym w słońcu, przy czym bywa tu też bardzo zimno, trzeba więc zabrać ze sobą i ciepłą odzież.
Klimatyczne wiatry
Kilkanaście kilometrów od Santa Cruz, stolicy wyspy, na południowym brzegu leży El Medano — prawdziwa mekka windsurfingowa. Hiszpanie mawiają, że latem wieje tu jak... w zegarku. Mieścina sprawia wrażenie lekko zaniedbanej, bez przemysłowego klimatu wakacyjnych kurortów. Przyjeżdżają do niej windsurferzy i kitesurferzy z całego świata. Na miejscu mają do wyboru: zatokę północną, gdzie mieści się tzw. hardcorowy spot wave’owy El Cabezo, plażę przy hotelu Atlantic Playa i zatokę południową przy Playa Sur Surf Station. Ta ostatnia, zdecydowanie bardziej przyjazna i polecana przez miejscowych mniej doświadczonym lub początkującym surferom. Ale lokalna broszurka przestrzega: „po kilku dniach silnego wiatru i tu tworzą się spore fale oraz przybój, a co gorsza w pobliżu Czerwonej Góry (Montana Roja), która wyrosła nad brzegiem, czeka niestety mała niespodzianka — góra odbija wiatry i powoduje zawirowania albo dziurę wiatrową”. Poza tym w El Medano krążą plotki o „miłych rybkach” z trójkątną płetwą grzbietową, które tam przypływają. Hiszpańscy instruktorzy — a można ich znaleźć przy hotelu Atlantic Playa w bazie windsurfingowej Fun Factory z deskami Fanatica i żaglami North Sails do wypożyczenia — żartują, że stanowią element dopingujący przy nauce startów z wody. Do El Medano warto wpaść, nawet jeśli się nie jest fanem windsurfingu. Klimatyczne i brudne uliczki, małe, obdrapane knajpki, a w nich z natury niezależni i szaleni surferzy, nadają offowego charakteru temu miasteczku.
Woda na chrzest
Bajeczna La Gomera — większość przyjezdnych zwiedza tę wyspę w ciągu jednodniowej wycieczki z Teneryfy. Rejs trwa jakieś 1,5 godz., ale nie ma mowy o nudzie. Między Teneryfą a La Gomerą żyją skupiska płetwali. Wody te słyną z bogactwa delfinów i wielorybów. Doliczono się tutaj aż 26 różnych gatunków tych ssaków. Wiele z nich można zobaczyć właśnie w trakcie rejsu. Stolicą wyspy jest San Sebastian. Ciekawostka: Krzysztof Kolumb zawinął tu po zapas świeżej wody i prowiant podczas podróży do Nowego Świata. Do dziś stoi tu stara fontanna z napisem: „Tą wodą ochrzczona została Ameryka”. Jednak najciekawsze miejsce na wyspie to, utworzony w 1981 r., Park Narodowy Garajonay — jeden z najstarszych obszarów leśnych na świecie. Szczególne warunki klimatyczne pozwalają na wegetację prawie 450 gatunkom roślin, w tym 34 endemicznym — często o niespotykanej wielkości, obrazują, jak wyglądał las śródziemnomorski przed nastaniem epoki lodowcowej. Podziwiać tu można unikatową roślinność trzeciorzędową, m.in.: las wawrzynowy, cedry, sosny kanadyjskie i olbrzymie wrzosy.
Lodówka gigant
W zasadzie każdy, kto przylatuje na Teneryfę, musi zajrzeć do Loro Parque w Puerto de la Cruz, w północnej części wyspy. „Witajcie w raju” — głosi hasło promujące chyba najbardziej rozreklamowany w Hiszpanii ogród zoologiczny. Na powierzchni 12 ha, wśród palm i egzotycznych kwiatów, znaleźć można różne gatunki zwierząt — od bajecznie kolorowych ryb, pływających w stawie tuż przy wejściu do parku, przez papugi (w rezerwacie żyje prawie 300 gatunków i podgatunków), do goryli, a nawet tygrysów. Loro Parque oferuje wiele atrakcyjnych show — najśmieszniejsze z udziałem lwów morskich i fok. Potem pokaz tańczących delfinów i na koniec gigantyczne orki — nie ma co, robią wrażenie. Znajduje się tu jedyne w Europie gigantyczne akwarium z rekinami — zwiedzający spacerują w szklanym tunelu po jego dnie. I jeszcze Planeta Pingwinów — specjalnie przygotowana kopuła, nazywana największą lodówką na świecie. Mieści 150 gatunków pingwinów żyjących na powierzchni 314 mkw. skał pokrytych świeżym śniegiem i pływających w 600 m sześc. wody.
Tylko La Caleta
Na koniec informacja najistotniejsza: jeśli na Teneryfę, to tylko do Costa Adeje. To nowy region turystyczny wyspy — cichy i spokojny. Może nieco droższy od Playa de Las Americas, ale za to bez hord rozwrzeszczanej młodzieży na publicznych plażach, jazgotu nocnych klubów i całego kurortowego zgiełku. Warto dołożyć parę złotych i zadekować się na dwa tygodnie w bardziej przyjaznych oderwaniu od codzienności warunkach. Dajmy na to, gdzieś w okolicach miejscowości La Caleta. Do wyboru hotele sieci RIU, Grand czy Sheraton. Na pozór drogo, ale jak się człowiek przyłoży i dobrze poszpera — szczególnie w ofertach niemieckich touroperatorów — to znajdzie coś na swoją kieszeń.
