Pójdę do Strasburga!

Dawid Tokarz
opublikowano: 2003-06-23 00:00

Plątanina domysłów, poszlak, niejasnych wskazówek, otaczająca sprawę Romana Kluski zdaje się wskazywać, że w Polsce nie sposób prowadzić działalności gospodarczej na wielką skalę bez koncesji na rzecz „ludzi władzy”. Przekonania sądeckiego biznesmena, że padł ofiarą zorganizowanej akcji, nikt nie stara się obalić lub potwierdzić. Zdeterminowany nie wyklucza, że sprawiedliwości dochodzić będzie przed Europejskim Trybunałem Stanu w Strasburgu.

„Optimus miał być zlikwidowany, śledzono Was działaniami operacyjnymi, daliście sobie jednak radę... Gratuluję” — tymi słowami według Romana Kluski zwrócił się do niego — na przyjęciu przed kilku laty — wysoki funkcjonariusz służb specjalnych. Ten cytat usłyszeliśmy, gdy — w lutym roku 2003 — Roman Kluska przedstawiał opinii publicznej okoliczności swego aresztowania i późniejszych konsekwencji wydarzeń z lata 2002 roku.

Wiadomość, do której udało nam się niedawno dotrzeć, była sensacyjna: to zastępca szefa Urzędu Ochrony Państwa w rozmowie z Romanem Kluską potwierdził, że wobec Optimusa toczy się zorganizowana akcja służb specjalnych!

Wiceszef UOP? Naprawdę? Krótkie pytanie do Romana Kluski. Milczał, milczał, ale w końcu potwierdził. Za żadne skarby nie chce jednak podać nazwiska.

— Odebrałem to zdanie, jak głos kogoś dla mnie życzliwego... Nie mogę więc ujawnić personaliów. Nigdy tego nie zrobię, nawet CNN tego ze mnie nie wyciągnie! — solennie zastrzega sądecki biznesmen.

Zastępców szefa UOP, o których może chodzić, nie jest jednak wielu. Musieli piastować swe stanowisko w latach 1996-1999: byli to Jerzy Nóżka, Zdzisław Skorża, Paweł Pruszyński, Zbigniew Nowek, Jan Wesołowski, Grzegorz Ryszka, Mieczysław Tarnowski, Krzysztof Szwedowski.

Czyżby był to Jerzy Nóżka, który w tym okresie najdłużej sprawował tę funkcję?

Twierdzi stanowczo, że nie pamięta podobnego zdarzenia.

— Przypominam sobie jedno spotkanie z panem Romanem Kluską z jakiejś oficjalnej okazji... Nie wykluczam, że mogliśmy się jeszcze gdzieś widzieć, ale takie sformułowania to nawet nie język, którym się posługuję — zapewnia Jerzy Nóżka.

Pytaliśmy dalej wśród byłych dostojników UOP. Nasi rozmówcy dementowali „możliwość zaangażowania Urzędu Ochrony Państwa w prześladowania Kluski”.

— Z bardzo wysokim prawdopodobieństwem mogę wykluczyć jakikolwiek udział w całej sprawie mojej byłej „firmy”... Śledziłem sprawę Romana Kluski w gazetach i najbardziej prawdopodobnym tropem wydaje mi się skuteczna inspiracja drastycznych działań wobec niego przez konkurencję, jaka przecież wyrosła na kontraktach rządowych. Komuś mogło się nie podobać, że taki człowiek jak Kluska, nie wchodzący w żadne układy, chce zjeść kawałek tortu, który inni widzieli już na swoim talerzu — mówi jeden z dawnych szefów UOP.

Roman Kluska — po okresie wahań — jest coraz bardziej jest zdecydowany. Zapowiada, że jeśli polskie prawo i organa wymiaru sprawiedliwości nie dadzą mu satysfakcji, odwoła się do międzynarodowego trybunału w Strasburgu. Chce wyjaśnić sprawę do końca.

Właściwie nikt nie zadał sobie trudu, by przesądzić, czy przekonanie byłego szefa Optimusa o spisku (konkurentów, polityków?) wymierzonym w jego osobę i firmę odpowiada prawdzie, czy też jest niesłuszne, wzięło się przede wszystkim z osobistego poczucia krzywdy.

Na pewno Kluska podlegał o wiele drastyczniejszym mechanizmom niż — w bliźniaczej sprawie — wrocławskie JTT. Dlaczego? Mnożą się poszlaki, pojawiają coraz to nowe, zastanawiające wątki... Czy w Polsce da się prowadzić działalność gospodarczą na wielką skalę bez kręcenia się po politycznych salonach, zawierania korzystnych znajomości, bez wnoszenia opłat dla „ludzi władzy”?

Pożyteczne byłoby już obalenie tego rodzaju wątpliwości.

Na początku lipca 2002 r. Romana Kluskę, podejrzewanego przez prokuraturę o wyłudzenie 9,9 mln zł z tytułu nieuiszczenia podatku VAT, w spektakularny sposób zatrzymała policja.

Wkrótce do żony i matki aresztowanego zadzwonił anonimowy mężczyzna: powołując się na „wielkie możliwości”, obiecywał pomoc. Po wyjściu z aresztu za kaucją Kluska oddzwonił pod wskazany rodzinie numer i usłyszał: „Proszę zadzwonić jutro o dziesiątej. Wtedy dowie się Pan, co powinien zrobić, żeby sprawa była umorzona”.

— Najpierw się ucieszyłem, ale szybko przyszła refleksja, że chodzi o spełnienie jakichś warunków... Zatelefonowałem jeszcze raz, mówiąc, że nie zrobię nic niegodnego. W odpowiedzi usłyszałem: „To Pan uzna, czy propozycja jest godna, czy nie”. Postanowiłem zerwać kontakt... — wspomina Roman Kluska.

Naiwnie wierzył, że ktoś zamierza mu bezinteresownie pomóc?

— Przez chwilę — tak! Po wyjściu z aresztu odbierałem setki telefonów i maili (również od członków rządu), które wyglądały podobnie: wiemy, że pan jest niewinny, wszystko się szybko wyjaśni. Myślałem, że to jeden z podobnych kontaktów — mówi Roman Kluska.

Teraz dałby się pokroić, że chodziło o haracz:

— Cały czas — w taki czy inny sposób — próbuje się zresztą dotrzeć do mnie z informacjami, że sprawę da się umorzyć. Ostatnia propozycja mówiła na przykład o 8 mln zł, czyli kwocie wysokości kaucji, ustanowionej przez prokuraturę.

Naciągacze to czy „realne możliwości”?

Pod koniec lutego 2003 r., wkrótce potem, gdy Roman Kluska zdecydował się opowiedzieć wreszcie o tajemniczych telefonach, prokuratura wszczęła śledztwo — w sprawie przestępstwa płatnej protekcji. Kluczowym dowodem mają być billingi trzech telefonów komórkowych: tego, spod którego dzwonił anonimowy mężczyzna, tego, na który miał zadzwonić były szef Optimusa, by otrzymać szczegółowe instrukcje i wreszcie aparatu samego Kluski, z którego kontaktował się on z tajemniczym rozmówcą.

Dwa telefony, z których korzystał ktoś składający propozycję, to aparaty, działające w sieci Plus. Oba, jak ustaliliśmy za pomocą kilku niezależnych źródeł, figurują w ewidencji Polkomtela (operator sieci Plus) jako wyłączone (w 1999 i w 2001 roku). Wcześniej pierwszy zarejestrowany był na małżeństwo, prowadzące działalność gospodarczą w podwarszawskich Łomiankach, drugi — na osobę zameldowaną w Krośnie. Ludzie ci nie mieli i nie mają ze sprawą Kluski nic wspólnego.

Obydwa numery są zaewidencjonowane przez Polkomtel jako nieczynne, cały czas pozostają aktywne.

— To proste! Numery telefonów, z których abonent zrezygnował (a tak się tym razem stało — przyp. aut.), „leżakują” przez jakiś czas nieaktywne. Potem kieruje się je do sprzedaży w systemie bezabonamentowym — wyjaśnia nasz informator z Polkomtelu.

I rzeczywiście: wszystkie trzy telefony (a więc i ten, należący do Kluski) pracują w takim systemie — to znaczy: by z nich skutecznie skorzystać, potrzeba tzw. karty pre-paid. Potwierdziliśmy to w Prokuraturze Okręgowej w Katowicach, prowadzącej śledztwo w sprawie usiłowania płatnej protekcji.

— Postępowanie — po przesłuchaniach świadków i innych czynnościach procesowych — jest zaawansowane, ale nikomu jeszcze nie przedstawiliśmy zarzutów. Kluczowe pozostaje dotarcie do osoby (czy osób) – użytkowników tych telefonów w lipcu 2002 r. Dlatego tak ważne są systematycznie do nas spływające billingi telefoniczne. Sądzę, że w ciągu miesiąca będziemy mieli je wszystkie. Wtedy podejmiemy dalsze postanowienia. Nic więcej nie mogę powiedzieć... — zastrzega Tomasz Janeczek, prokurator prowadzący sprawę.

Według naszych wiadomości, organa śledcze podejrzewają już jednak (chociaż jeszcze nieformalnie) o związek z tymi telefonami Piotra K. z Lublina. I my także, prowadząc swoje „śledztwo”, zetknęliśmy się z informacjami o tym mężczyźnie. Jeden z naszych rozmówców podał nam nawet lubelski adres, pod jakim Piotr K. miał — rzekomo — przebywać. Nie udało nam się jednak z nim spotkać.

Roman Kluska ucina rozmowy o tym, kto może stać za telefonami z propozycją „załatwienia sprawy” z lipca 2002 roku. Raptownie i konsekwentnie. Czy w spektakularną akcję przeciw Klusce istotnie zamieszane były specsłużby? Nie ma dowodów, jedynie przesłanki czy informacje, pochodzące od osób pragnących zachować anonimowość. Wedle nich, jeden z polskich tygodników już przed paroma tygodniami dotarł do numerów telefonów, które obecnie bada prokuratura.

— Pismo przeprowadziło kilkutygodniowe śledztwo. Wyniki? Dziennikarze ustalili, że numery te sklasyfikowano jako używane przez Wojskowe Służby Informacyjne. Dotarli nawet do konkretnej komórki WSI, która nimi dysponowała... Ale wieści te nigdy nie ujrzały światła dziennego, mimo że była nawet ustalona data ich zamieszczenia — mówi nasz informator.

Ktoś publikację zablokował czy po prostu redakcja uznała, że nie byłaby ona dostatecznie udokumentowana?

Wersję o możliwym zaangażowaniu służb specjalnych w uderzenie w Optimusa — czyli Kluskę — sugeruje i kilka innych przesłanek, choćby — o czym nasze „dobrze poinformowane źródła” nas przekonywały — spenetrowanie aparatu skarbowego przez służby specjalne.

— Mogę to potwierdzić. Najgorsze jest nawet nie to, że tak jest, ale to, że działalność tych osób trudno w ogóle kontrolować. Często o wynikach swoich prac nie informowali mnie, a jedynie przełożonych w Warszawie — mówi były dyrektor jednego z urzędów kontroli skarbowej.

Tego rodzaju wątpliwości wzmacnia to, że już w dzień po zatrzymaniu Kluski Wojskowa Komenda Uzupełnień, a więc — jak Wojskowe Służby Informacyjne — część armii, wydała decyzję o zajęciu na rzecz wojska dwóch samochodów terenowych, należących do wydawnictwa, którego właścicielem jest były właściciel Optimusa.

Poza naciskiem i wpływami konkurencji inną z hipotez wyjaśnienia historii Kluski — ale czy prawdopodobną? — jest ta sugerująca podłoże polityczne całej sprawy.

Po wycofaniu się z wielkiego biznesu były szef Optimusa zaczął aktywnie wspierać m.in. sanktuarium miłosierdzia w Krakowie, przytuliska dla bezdomnych czy domy spokojnej starości, działające przy Kościele. Nie chciał natomiast wdawać się w układy i finansować partii politycznych. To wszystko, według niektórych obserwatorów, miałoby być źle widziane w kręgach władzy. Ludzie z otoczenia Romana Kluski zwracają uwagę, że wszelkie próby zainteresowania historią byłego szefa Optimusa przedstawicieli SLD (chodzi o kilkanaście osób ze ścisłego kierownictwa partii) spełzały na niczym.

— Prezes wysłał między innymi list do premiera Leszka Millera z prośbą o zbadanie sprawy. Do dzisiaj nie doczekaliśmy się odpowiedzi. Ciekawsze jest jednak co innego. Po jakichś dwóch tygodniach od wysłania pisma, zapytałem szefa Departamentu Kontroli, Skarg i Wniosków w Kancelarii Premiera, a więc, wydawałoby się, osobę najbardziej kompetentną, o dalsze losy tego listu. Odpowiedź mnie zmroziła: „Jestem za krótki, przekazałem całą sprawę do gabinetu politycznego”. Dlaczego do gabinetu politycznego? To pytanie zawisło w próżni — mówi jeden ze współpracowników Romana Kluski.

Szef Departamentu Kontroli, Skarg i Wniosków — Kiejstut J. Szymański — nie chciał z nami rozmawiać. Przez sekretarkę przekazał jedynie, że „list zgodnie z właściwością przekazany został do Ministerstwa Finansów i Ministerstwa Sprawiedliwości. I to tyle”.

Jeszcze przed wyborami parlamentarnymi w 2001 r., kiedy było oczywiste, że Leszek Miller zostanie premierem, Roman Kluska chciał się z nim spotkać (— Miałem zamiar rozmawiać o zaawansowanych technologiach, o tym że naszym strategicznym partnerem powinny być w tej mierze Stany Zjednoczone, a nie Unia Europejska — tłumaczy dziś Kluska). Obaj panowie umawiali się za pośrednictwem Andrzeja Piłata, ówczesnego szefa SLD na Mazowszu.

— Początkowo Miller złożył deklarację, że oczywiście — bardzo chętnie... Ale po dwóch tygodniach przekazał przez Piłata, że nic z tego, zupełnie nie ma o czym mówić. Bez wyjaśnienia, co było powodem tej drastycznej zmiany — wspomina współpracownik Romana Kluski.

Andrzej Piłat, dziś sekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury, także nie znalazł czasu i ochoty na rozmowę z nami. Przez doradcę, Teresę Jarmołowicz, potwierdził jedynie, że przypomina sobie taką sytuację. Nie odpowiedział jednak, dlaczego — mimo wcześniejszych pozytywnych deklaracji ze strony Leszka Millera — nie doszło do jego spotkania z Kluską.

Wątek możliwego podłoża politycznego całej sprawy w jaskrawy sposób pojawił się m.in. na posiedzeniu Sejmowej Komisji Gospodarki (podniosła go opozycja), która po ujawnieniu sprawy Kluski zajęła się głośnymi przypadkami zatrzymań polskich biznesmenów. Wtedy i prokurator krajowy Karol Napierski, i szef krakowskiej prokuratury apelacyjnej Wiesław Nocuń zdecydowanie odrzucili podobne sugestie.

Zarzut upolitycznienia działań prokuratury to nie jedyny, wysuwany w stosunku do organów ścigania prowadzących śledztwo, w którym głównym podejrzanym jest Roman Kluska.

Zażalenie na działanie Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie złożyli obrońcy założyciela Optimusa. Domagali się nawet zmiany prokuratury prowadzącej sprawę. Powoływali się na publiczne wypowiedzi krakowskich prokuratorów, które — ich zdaniem — wskazują na brak obiektywizmu oskarżycieli. Zdaniem Romana Kluski, prokuratorzy mijali się z prawdą, dowodząc na przykład, że jego obrońcy nie skarżyli się na sposób zatrzymania podejrzanego przez policję. Olbrzymie pretensje do działań prokuratury ma też Dariusz Dąbski, następca Romana Kluski na fotelu prezesa Optimusa (pisaliśmy o tym niedawno w „PB”).

— Cała sprawa jest absurdalna! Prokurator przechodzi sam siebie, próbując utrudnić nam życie. Nie respektuje nawet orzeczeń sądu! — twierdzi Dariusz Dąbski.

Chodzi o „środki zabezpieczające”, do których prokuratura uciekła się w tej sprawie — m.in. zatrzymała paszporty Dąbskiego (jest obywatelem amerykańskim). Były prezes Optimusa zaskarżył to postanowienie do sądu, który nakazał prokuraturze zwrócenie paszportów. Prokurator jednak wydał kolejne postanowienie o zatrzymaniu tych dokumentów. Dodatkowo — według naszych informacji — Dariusza Dąbskiego ktoś zastraszał gangiem Krakowiaka (gangstera, który operował na południu Polski) i próbował nakłonić do fałszywych zeznań przeciwko Romanowi Klusce.

Mimo fali krytyki, jaka z różnych źródeł spadła na prokuraturę, ta konsekwentnie dąży do przesłania aktu oskarżenia przeciwko założycielowi Optimusa i jego współpracownikom do sądu. Ostatnie wypowiedzi przedstawicieli organów ścigania są jednak o wiele bardziej wstrzemięźliwe niż niegdyś (jak choćby ta, zapowiadająca przesłanie aktu oskarżenia do sądu do końca I kwartału 2003 r.).

— Cały czas stoimy na stanowisku, że postępowanie władz Optimusa nosiło cechy bezprawności, co oznacza, że mieliśmy do czynienia z przestępstwem. Nigdy jednak nie można wykluczyć, że np. obrońcy podejrzanych przedstawią nowe wnioski dowodowe, które zmienią ten stan — mówi Wojciech Miłoszewski, rzecznik Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie.

Niebawem Naczelny Sąd Administracyjny w Warszawie zdecyduje, czy organa skarbowe miały prawo nałożyć na Optimusa karę za sposób dostarczania komputerów do szkół w ramach umowy z Ministerstwem Edukacji Narodowej. Skargę złożyła Grupa Onet, spółka powstała w styczniu 2002 r. po podziale tzw. starego Optimusa. Roman Kluska, założyciel i były szef tej nowosądeckiej firmy, którego prokuratura podejrzewała o wyłudzenie 9,9 mln zł z tytułu nieuiszczenia podatku VAT, jak nikt czeka na decyzję sądu.

— NSA to jedyna instytucja, której służby państwa, zaangażowane w krucjatę przeciwko mnie, się obawiają. Przypomnę, że w styczniu, na dzień przed planowaną rozprawą przed NSA, urząd skarbowy umorzył Optimusowi 27,7 mln zł spornych należności podatkowych. Myślę, że tylko po to, by sąd nie mógł się zająć całą sprawą... Podobnie było z samochodami, należącymi do mojej firmy. Komendant Wojskowej Komendy Uzupełnień, który tak bardzo ich potrzebował dla wojska, nagle zmienił zdanie — tuż po tym, kiedy mój pełnomocnik zapowiedział złożenie skargi o nadużycie władzy — do NSA — opowiada Roman Kluska.

Właśnie — nadużycie władzy... Zarzut bardzo ciężkiego kalibru. Czy ktoś reprezentujący organa państwa, zbada wreszcie mnożące się poszlaki, obali lub potwierdzi kiedykolwiek przeświadczenie Romana Kluski i wielu polskich biznesmenów?

Przebieg gry

1998-2000 r.

Optimus realizuje umowy z Ministerstwem Edukacji Narodowej na dostawy komputerów. Spółka eksportuje do Słowacji pecety, które potem MEN importuje dla polskich szkół.

2001 r.

Urząd Kontroli Skarbowej w Krakowie wydaje decyzje, uznające, że Optimus nie miał prawa podczas eksportu komputerów odliczać podatku VAT. Postanowienia te utrzymuje izba skarbowa. Optimus zaskarża rozstrzygnięcia do NSA.

VII 2002 r.

Prokuratura Apelacyjna w Krakowie w widowiskowy sposób zatrzymuje Romana Kluskę i przedstawia mu zarzut wyłudzenia prawie 10 mln zł podatku VAT. Założyciel Optimusa opuszcza areszt po wpłacie kaucji: 8 mln zł! Po wyjściu na wolność kontaktuje się z nim tajemniczy mężczyzna, oferujący załatwienie umorzenia sprawy.

I 2003 r.

Na dzień przed rozprawą w NSA skarbówka umarza Optimusowi 27,7 mln zł należności podatkowych, czyli stosuje swego rodzaju „prawo łaski”, podtrzymując jednak twierdzenie o bezprawnym działaniu władz Optimusa. Roman Kluska twierdzi, że decyzja ta, inspirowana przez wiceministra finansów Wiesława Ciesielskiego, to próba uniknięcia kompromitacji urzędników fiskusa.

II 2003 r.

Roman Kluska wyjawia kulisy swojego zatrzymania, skarżąc się na bezprawne — jego zdaniem — działania organów państwowych. Pierwszy raz mówi też o telefonach od tajemniczego mężczyzny. Prokuratura Okręgowa w Katowicach wszczyna śledztwo w sprawie płatnej protekcji.

V 2003 r.

Krakowski oddział NSA, po powzięciu poważnych wątpliwości co do zarzutów wobec firmy Optimus, postanawia przekazać sprawę nowosądeckiej spółki do rozstrzygnięcia rozszerzonemu składowi sędziowskiemu w NSA w Warszawie.

O co poszło?

Optimus w latach 1999-2000 dostarczał komputery dla szkół, wykonując umowy opracowane przez rząd. Obowiązujące wówczas przepisy faworyzowały sprzęt, sprowadzany z zagranicy (nie był obciążony podatkiem VAT). spółka z Nowego Sącza — za wiedzą Ministerstwa Edukacji Narodowej — zastosowała sposób, dzięki któremu komputery dostarczane do szkół nie były opodatkowane, Najpierw Optimus eksportował komputery na Słowację i do Czech, odliczając przy tym VAT, a tuż po tym MEN kupowało je od zarejestrowanych tam firm, nie płacąc cła (importowane komputery były z niego zwolnione).

Precedens JTT

Optimus nie jest jedynym producentem IT, oskarżonym o nadużycia przy dostarczaniu komputerów do szkół. Bliźniacza sprawa dotyczy wrocławskiej spółki JTT: też poszło o eksport, a potem import tych samych komputerów i odliczanie podatku VAT. Służby skarbowe naliczyły niemal 10 mln zł zaległego podatku, a szefów spółki organy ścigania oskarżyły o oszustwa i wyłudzenie VAT. Ale wnioski prokuratury były inne niż w przypadku Optimusa. Znamienne, że prokuratura początkowo żądała dla nich kar więzienia, by na koniec wnieść o grzywnę wysokości zaledwie 10 tys. zł. W maju 2003 r., po niemal trzyletnim procesie, sąd uniewinnił jednak władze JTT od wszystkich zarzutów. 30 czerwca Naczelny Sąd Administracyjny ma rozstrzygnąć wątek skarbowy całej sprawy.

Możesz zainteresować się również: