Polacy u wrót Krzemowej Doliny

Uniwersytet Stanforda sięga po studentów znad Wisły. Wybierze przyszłych liderów, gotowych na studia kosztujące nawet 250 tys. USD

Harvard, Oksford — to największe marki w Polsce w kontekście studiów za granicą. Jednak właśnie w Polsce ofensywę rozpoczyna inny wielki brand w świecie uniwersyteckim, uważany obecnie za numer 1. Stanford — bo o nim mowa — od kilku lat jest na fali wznoszącej.

JEST ZA CO:
Zobacz więcej

JEST ZA CO:

Uniwersytet Stanforda jest uwielbiany przez amerykańskich studentów. Nic dziwnego — 33 km kw. powierzchni kampusu, kilkunastu noblistów wśród wykładowców, lato przez cały rok i giganci Krzemowej Doliny za płotem robią swoje. [FOT. BLOOMBERG]

W ostatnich latach nauki w jego murach pobierali znani w Polsce menedżerowie i biznesmeni, m.in. Luis Amaral (Eurocash), Sławomir Lachowski (BRE Bank) czy Tomasz Domagała (Famur). Ze wszystkich prestiżowych szkół wyższych najtrudniej dostać się właśnie tam. Mówi się wręcz, że to nie ty wybierasz Stanford, lecz on ciebie — 95 proc. podań zostaje odrzuconych.

— W Polsce Stanford nie jest jeszcze aż tak znany jak np. Harvard. Jednak uczelnia ma zamiar od 2015 r. wzmocnić poszukiwanie utalentowanych studentów nad Wisłą, także na regularne studia, a nie tylko do szkoły biznesu. Dlaczego Polska? Wynika to m.in. z docenienia naszego talentu i rosnącej pozycji Polski w świecie — mówi Robert Kowalski, jeszcze do niedawna ekspert zespołu doradców prezydenta w Kancelarii Prezydenta RP. Dlaczego nie Harvard?

W USA ta dyskusja toczy się od co najmniej dekady, gdy Krzemowa Dolina, w której znajduje się Stanford, dorównała „staremu biznesowi” ze Wschodniego Wybrzeża, na którym bryluje Harvard. Stanfordczycy podśmiewają się z naburmuszonych min i modnych marynarek harvardczyków. Ci rewanżują się kąśliwymi uwagami dotyczącymi klapek i T-shirtu jako szczytów stanfordzkiego sznytu. Jedno jest faktem: między Stanfordem a Krzemową Doliną nie ma ściany, lecz symbioza.

Wykłady prowadzi tam nie tylko kilkunastu noblistów, ale także kilkunastu miliarderów, np. Eric Schmidt z Google’a. Tu ma się rodzić przedsiębiorczość. — Kończyłem Stanford w latach 80. Pracowałem wówczas w Apple’u i już wtedy ta praca miała swój niepowtarzalny klimat — uważa Richard Lada, dziś właściciel firmy doradczej i wiceprezes Amerykańskiej Izby Handlowej. W odległości 10 kilometrów od kampusu znajdują się siedziby niemal wszystkich gigantów technologicznych i internetowych, a sami studenci uruchamiają rocznie kilkaset start-upów.

Jest jedno „ale” — kalifornijskie słońce niekoniecznie służy studentom do opalania. Klimat ma pomagać w efektywniejszej nauce. Amerykanie ukuli nawet na to termin: syndrom stanfordzkiej kaczki pojawia się wtedy, gdy widzisz uśmiechniętych studentów, którzy jednak cały czas, pod powierzchnią wody, wiosłują, ile się da, by utrzymać się na powierzchni.

— Nigdy nie uczyłam się tak intensywnie, po kilkanaście godzin dziennie. To nie był jednak wyścig szczurów. Miałam poczucie, że warto, bo się rozwijam — tłumaczy Dominika Sudomir, która kończyła inżynierię środowiska, a dziś pracuje jako konsultant w EY. Według magazynu „Fortune”, Stanford to świetnie naoliwiona maszyna biznesowa. Dostarcza najlepszą jakość na świecie za najwyższą cenę: MBA to koszt rzędu 185 tys. USD. Zwykłe studia to wydatek na poziomie 250 tys. USD.

— Do MBA zachęciły mnie m.in. mała liczba studentów na pogramie, nastawienie szkoły na rozwój poprzez podejmowanie ryzyka w toku nauki, no i klimat, także ten biznesowy. Na studiach miałem praktyki w eBayu, pracowałem z zarządem spółki nad kwestią przejęcia Skype’a. Po studiach zostałem jeszcze rok w zespole strategii eBaya. Wróciłem do Polski, świadomy, że to tu są wyjątkowe możliwości, historyczne szanse, które zamkną się za 10-15 lat — mówi Marcin Borowiecki, dyrektor zarządzający Wonga, oddziału brytyjskiej firmy pożyczkowej.

A pieniądze? Nie są problemem. Jeśli dostajesz się na Stanford, to znaczy, że jesteś tego wart. Absolwenci tej uczelni po 20 latach pracy zarabiają średnio 750 tys. USD rocznie. Dlatego wśród opcji finansowania studiów, oprócz stypendiów, jest też pożyczka żyrowana przez uczelnię lub dotacja bezpośrednio od którejś z korporacji w Krzemowej Dolinie.

— Jak przyjęli mnie na Stanford, zaznaczyłem, że będę potrzebował finansowego wsparcia. Dostałem odpowiedź, że pieniądze to ostatnia rzecz, jaką powinienem się przejmować — podkreśla Robert Kowalski, któremu uczelnia, gdy zaczynał studia, zaoferowała posadę asystenta na wydziale ekonomii. W ten sposób opłacił 85 proc. kosztów nauki. Teraz wraca na Stanford, tym razem na Stanford Graduate School of Business.

I pewnie znów, stojąc w klapkach na kampusowym grillu, będzie dyskutował o ekonomii z dwoma noblistami po boku.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Polacy u wrót Krzemowej Doliny