Według najnowszych szacunków dystrybutorów leków, import równoległy farmaceutykówjest już siedmiokrotnie mniejszy niż eksport — ma 1 proc. w polskim rynku farmaceutycznym, podczas gdy eksport z roku na rok rośnie i obecnie ma 7-procentowy udział. Za rosnącą dysproporcją w handlu równoległym stoi m.in. ustawa refundacyjna, która doprowadziła do obniżek cen leków w Polsce do poziomów najniższych w Europie — opłaca się kupować leki w Polsce i sprzedawać w innych krajach UE. Importerzy twierdzą, że mogliby zmniejszyć tę dysproporcję i zwiększyć sprzedaż tańszych leków zza granicy, gdyby wprowadzono odpowiednie przepisy.

— Brakuje motoru do rozwoju rynku, a przecież na zwiększeniu importu zaoszczędzi nie tylko publiczny płatnik, ale — co istotne — pacjenci. Z tych powodów na Zachodzie zachęca się do niego — na przykład w Niemczech kilka procent obrotu apteki muszą generować leki sprowadzone w ramach importu.
W Polsce sytuacja jest odwrotna — obecne przepisy raczej do niego zniechęcają. Ustawa refundacyjna zrównała nas z generykami — z miejsca musimy być o 25 proc. tańsi, co w przypadku leków importowanych nie zawsze jest możliwe — mówi Tomasz Dzitko, założyciel Delfarmy, specjalizującej się w imporcie.
Prof. Ryszard Skubisz, który prowadzi kancelarię prawno-patentową, potwierdza, że na Zachodzie importerzy są bardziej doceniani. W takich krajach jak Dania, Szwecja, Holandia czy Irlandia, leki z importu mają nawet 20-procentowy udział w rynku.