Polskie lobbystki kontra giganci

opublikowano: 14-11-2014, 00:00

Jak sprawić, żeby banki znów służyły ludziom, a nie odwrotnie? Trzeba wiedzieć, do kogo zadzwonić

W „Inside Job”, głośnym filmie o ostatnim kryzysie finansowym, Dominique Strauss- Kahn, były szef Międzynarodowego Funduszu Walutowego, wspomina kolację, podczas której czołowi bankierzy, przerażeni realiami kryzysu, błagali o dodatkowe regulacje hamujące ich chciwość. Po szczycie w Pittsburghu w 2009 r. wszystkie tęgie polityczne głowy podpisały się pod deklaracją o „braku zgody na powrót do bankowości w dotychczasowym kształcie”.

WET ZA WET:
WET ZA WET:
Katarzyna Hanula-Bobbitt i Paulina Przewoska zapewne nie mają co liczyć na karierę w europejskim banku. Obie robią, co mogą, żeby banki nie mogły liczyć na pobłażliwość unijnych polityków. [
Marek Wiśniewski

Efekty? W Unii Europejskiej niezbyt zadowalające. Tak przynajmniej uważają dwie Polki pracujące niegdyś m.in. w Komisji Nadzoru Finansowego, a obecnie zajmujące wysokie stanowiska w Finance Watch. To największa unijna organizacja prowadząca lobbing finansowy na rzecz społeczeństwa, w kontrze do wpływów czołowych banków na kontynencie. Kilkunastoosobowy, międzynarodowy zespół Finance Watch w Brukseli zwany jest „lobbingiem łamiącym lobbing”. Przy czym to nie nawiedzeni socjaliści, związkowcy czy idealiści, ale spece z zakresu unijnego prawa oraz spraw publicznych.

— Naszą misją jest doprowadzenie do sytuacji, w której system bankowy, a zwłaszcza największe instytucje, będą znów służyły społeczeństwu. Na razie tylko podatnicy są potrzebni megabankom do tego, by pośrednio ponosić ryzyko finansowe ich nietrafionych inwestycji — mówi Paulina Przewoska, zajmująca się analityczną stroną działalności Finance Watch.

— Próbujemy przekonać wszystkie opcje polityczne do naszego stanowiska — dodajeKatarzyna Hanula-Bobbitt, menedżerka wyspecjalizowana w lobbingu. Co to oznacza w brukselskich realiach? Zwykle walkę niemal ze wszystkimi.

Big fail

120 do 4 — taka, wyrażona w milionach euro rocznych budżetów jest przewaga lobby bankowego nad resztą organizacji wpływających na legislację Unii w kwestii finansów. Niemcy, Francuzi, Holendrzy i Brytyjczycy — te cztery nacje, poprzez swoich europarlamentarzystów i urzędników z Komisji Europejskiej — mają najwięcej do powiedzenia w kwestiach finansowych UE.

Ich legislacyjne pomysły, według wspólnych badań kilku ośrodków analitycznych, napędza 1,7 tys. związanych z bankami lobbystów oraz wianuszek 700 organizacji, sięgających wpływami aż do Brukseli. Celem ich zabiegów jest grupa 20-30 polityków wyspecjalizowanych w prawodawstwie okołobankowym. Wśród nich nie wymienia się raczej Polaków, ale Finance Watch uważa, że polska opinia publiczna może pomóc w walce o wpływy z bankowymi molochami, zwłaszcza że spod flagi biało-czerwonej nie wywodzi się żaden duży bank.

— Zamierzamy aktywniej działać nad Wisłą, nie tylko w kręgach polityków. Jesteśmy przecież organizacją hybrydową — częściowo finansowaną z budżetu UE, jako projekt pilotażowy, ale mającą członków i prywatnych fundatorów. Nasz roczny budżet to około 2 mln EUR — wyjaśnia Paulina Przewoska.

Na razie Finance Watch, wspierany m.in. przez byłych bankowców i dziennikarzy, wydeptuje ścieżki w stolicy Belgii, nawołując do wydzielenia części inwestycyjnej z banków i ściślejszych regulacji, dzięki którym straty banków pokrywane byłyby przez wierzycieli, a nie finansowane przez społeczeństwo w formie podatków lub utraconych oszczędności. Mocno sprzeciwiają się temu bankowi potentaci, obawiając się osłabienia uprzywilejowanej pozycji w unijnej gospodarce i spadku marż spowodowanego wzrostem kosztów finansowania własnych operacji inwestycyjnych.

— Dla nas jasne jest, że zasada „too big to fail” [zbyt duży, żeby upaść — red.] jest szkodliwa — podkreśla Katarzyna Hanula-Bobbitt.

Głuchy telefon

Oficjalnie droga unijnej legislacji w kwestiach nadzoru bankowego obejmuje obecnie m.in. konsultacje w krajowych instytucjach nadzorujących. Lokalni regulatorzy opiniują projekty, wskazują własne rozwiązania, zaczerniają dziesiątki stron ważkimi słowami. A potem?

— Potem robotę mają niszczarki — ocenia jeden z polskich europarlamentarzystów. Realpolitik w Brukseli to bowiem nie listy polecone od urzędników z Warszawy, ale m.in. słynne lunche, umacniające wpływy potężnych grup biznesowych.

— W końcowym etapie powstawania propozycji zmian prawa odbywają się tzw. trylogi pomiędzy Komisją Europejską, parlamentem a Radą Europy. Tam wykuwa się kompromis i teoretycznie wszystko jest tajne. Jak zatem dobry lobbysta pilnuje swoich interesów? Wisząc na telefonie z asystentem któregoś z notabli będących na sali. Nie wystarczą analizy, spotkania, przesłuchania polityków i urzędników. Jeśli nie masz kogoś za zamkniętymi drzwiami, wypadasz z gry — tłumaczy jeden z anonimowych brukselskich lobbystów.

W zespole Finance Watch są też niedawni bankowi lobbyści, wiedzący do kogo i kiedy zadzwonić. Czasem jednak jest to głuchy telefon. Dość powiedzieć, że jednym z kluczowych menedżerów europejskiego supernadzoru bankowego został właśnie Edgar Meister, który jeszcze we wrześniu był odpowiedzialny za inwestycyjne ramię Deutsche Banku. Brukselscy politycy nie podzielają oburzenia organizacji pozarządowych. W ich środowisku opowieść Strauss-Kahna z „Inside Job” jest najwyraźniej mniej popularna niż powiedzenie Gordona Gekko z filmu „Wall Street”: chciwość jest dobra.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane