Prawnik też może sobie pofantazjować i niejeden fantazjuje. Na kartach swoich książek

Iwona JackowskaIwona Jackowska
opublikowano: 2026-02-27 13:00

Znajomość paragrafów i realiów tego świata wcale nie musi poskramiać wyobraźni adwokata, gdy tworzy sensacyjną powieść. Ta wiedza jest nawet pomocna, może uchronić przed błędem i zarzutem: coś tu nie gra.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Weekendy i noce. Dla prawnika Krzysztofa Czyżewskiego to jedyna pora na puszczenie wodzy fantazji i obmyślanie intrygujących akcji, którymi chciałby zaciekawić czytelnika. W tygodniu i za dnia nie ma na to czasu, a przede wszystkim jako adwokat i wspólnik kancelarii Czyżewski musi twardo stąpać po ziemi, trzymać się realiów i litery prawa, by rozwikłać zagadki, z którymi mierzą się jego klienci. Wbrew pozorom to także przydaje się w działalności literackiej, której poświęca się od niedawna.

Zadebiutował w 2023 r. i ma już na koncie trzy wydane książki sensacyjne: „Izabela. Świat w płomieniach”, „Izabela i sześć zaginionych koron”, „Ostrakon. Da Vinci i Kopernik – spotkanie, o którym Watykan wolałby zapomnieć”. To powieści z literacką fikcją inspirowaną dawnymi dziejami Polski. Ich fabuły pełne przygód, tajemnic i intryg toczą się na przełomie XVIII i XIX wieku, ale i wcześniej, przy czym prowadzą czytelnika również do współczesności. Taką historyczno-sensacyjną narrację narzucił sobie ich twórca, co m.in. sprawiło, że niektórzy czytelnicy przyrównują jego styl do Dana Browna, amerykańskiego pisarza, autora słynnego „Kodu Leonarda da Vinci”.

Książki te łączy jeszcze jeden wspólny mianownik – Toruń, miasto rodzinne Krzysztofa Czyżewskiego, które obrał za główne miejsce akcji.

Z historią na ty

– Toruń opuściłem po studiach, ale wciąż mam go w sercu. Poza tym ma on swoją wyjątkową historię. O to nadgraniczne miasto walczyło w naszych burzliwych dziejach pięć zwaśnionych mocarstw. Jest też wdzięczne dla czytelnika, który chciałby podążyć śladami bohaterów. Wszędzie dojdzie pieszo – tłumaczy swoje pisarskie decyzje.

Jego zdaniem nie bez znaczenia jest jednak dbałość o wiarygodność. Gdy fabuła jest osadzona w rzeczywistej epoce, trzeba trzymać się ówczesnych realiów, niezależnie od tego, jak bardzo nieprawdopodobne przygody spotykają bohaterów.

– Znawcy materii podpowiadają: pisz o tym, na czym się znasz. Cóż, Toruń znam – mówi z uśmiechem Krzysztof Czyżewski.

Zna też historię. Pasjonuje się nią, szczególnie losami ludzi, wyszukuje ciekawostki, tajemnice i to w rezultacie dało impuls do pisania powieści z gatunku sensacyjno-historycznych. Przyznaje przy tym, że jednocześnie utrudnił sobie zadanie, budując fabuły tak, że niekiedy niemal równolegle prowadzi czytelnika przez oddalone od siebie lata i stulecia. Dobrze by było, aby nie trafił na niepasujący do danego okresu opis ubioru, potrawy, mebla czy sposobu bycia.

– Trzeba namalować sobie te światy i pilnować, by akcja nie toczyła się w fałszywej scenerii. Pewnego razu chciałem uraczyć Izabelę Czartoryską czereśniami, ale te, jak się okazało, w tamtym czasie nie były jeszcze dostępne. Zamieniłem je na wiśnie. Jako prawnik chcę być precyzyjny, ale także jako autor – wyznaje.

Krzysztof Czyżewski mówi, że choć jest wielkim miłośnikiem historii, nie zamierza nikogo zamęczać jej szczegółami. Ona stanowi tło fikcyjnych zdarzeń i nie może ich przytłaczać.

– Ważna jest opowieść, bohaterowie, ich losy, przygoda. Inaczej ograniczymy do minimum grono zainteresowanych książką. Czytelnicy i rynek wydawniczy są bardzo wymagający – podkreśla, odwołując się nie tylko do własnych doświadczeń pisarskich, ale też praktyki prawniczej.

Krzysztof Czyżewski świadczy usługi podmiotom ze świata książki, filmu, rozrywki, reklamy. Doradza w kwestiach dotyczących własności intelektualnej, nieuczciwej konkurencji, tajemnic handlowych, ochrony dóbr osobistych czy nowych technologii. Niemal stale reprezentuje w tych sprawach wydawców i producentów. Obserwując ich rynek niejako od środka, widzi, jak trudno w nim na dobre zakotwiczyć.

Trudny rynek

Książka musi dobrze się sprzedawać i choćby była wyjątkowa, takiej szansy może nie uzyskać, jeśli nie zaistnieje w świadomości czytelnika. Musi na nią trafić, dostrzec ją, zauważyć, nie raz i nie dwa.

– O to toczy się walka w jej pierwszych chwilach, w trakcie premierowej przedsprzedaży i promocji, która może być wydłużona w czasie, jeśli wcześniej przyniosła oczekiwany odbiór. Konkurencja jest ogromna. Co roku pojawia się w Polsce około 30 tysięcy tytułów, z czego kilkaset tylko z gatunku kryminału. Dla 90 procent nowych pozycji ich eksponowane życie na półkach sprzedaży w zasadzie trwa kilka miesięcy od ich wydania. I to po niełatwym dla autora procesie od chwycenia za pióro, zainteresowania wydawcy, pracy redakcyjnej po druk – mówi twórca przygód Izabeli.

Dla niego ten proces trwał około półtora roku do wydania pierwszej książki. Przy kolejnych pozycjach krócej, a wszystkie ukazały się nakładem wydawnictwa Pascal. Aktualnie nad jego czwartą powieścią historyczno-sensacyjną toczą się końcowe prace w Czarnej Owcy.

– To wydawnictwo specjalizuje się w książkach z gatunku, który uprawiam i któremu na razie chcę pozostać wierny – wyznaje adwokat.

Zdradza, że już zaczął pisać piątą książkę, której akcja toczy się wyłącznie w zamierzchłej przeszłości i ma niecodziennego bohatera. Na pytanie, czy poświęci się tylko takiej działalności, odpowiada, że teraz nie może sobie na to pozwolić.

– Twardo stąpam po ziemi – wyjaśnia i stawia tezę, że z pisania może w Polsce spokojnie żyć około 40 znanych na rynku autorów.

– Liczna rzesza raczej się nie utrzyma wyłącznie z tego. Po pierwsze nie każdy jest w stanie napisać w roku kilka książek i może tyle wydać. Po drugie udział wynagrodzenia autora w ich cenie jest bardzo niski – podkreśla.

Według jego obserwacji twórcy spoza grona rozchwytywanych pisarzy mogą liczyć na kilkanaście procent ceny i to nie tej z okładki, lecz przeliczonej według skalkulowanej sprzedaży książki.

– Jej wartość spada o 30 procent i więcej. Gdy weźmiemy pod uwagę, że musi zarobić dystrybutor, że określone koszty ponosi wydawca, to dla autora zostaje niewiele. Mówi się, że przy wycenie książki na 40 czy 50 złotych jest to kilka złotych. Jaki musi być nakład, by osiągnąć z tego choćby minimalne wynagrodzenie miesięczne? Dziś pozycje dobrze się sprzedające są wydawane w co najmniej 5000 egzemplarzy. Dostąpić tego może promil rynku – wylicza Krzysztof Czyżewski.

Edukacyjny kryminał

Inny pomysł na wydanie książki z fikcją literacką inspirowaną realnymi zdarzeniami i tajemniczym symbolem mieli prawnicy kancelarii PragmatIQ. Wraz z jej szefem, radcą prawnym Rafałem Szymkowiakiem, wymyślili historię na kanwie problemów, z którymi stykają się w swojej praktyce, ale nie oni ubrali tę wizję w literacką opowieść. Zwrócili się o to do autorki powieści kryminalnych Marty Matyszczak i tak powstał „Talizman zza wielkiej wody”. Pojawił się na rynku w grudniu 2025 r. nakładem wydawnictwa prowadzonego przez kancelarię. Powołano je głównie do wydawania opracowań prawniczych, ale ma już na koncie bajki o prawie dla dzieci.

Tragedia opisana w „Talizmanie zza wielkiej wody” uruchamia lawinę zdarzeń, które stają się źródłem rodzinnego konfliktu. Pomysłodawcom nie chodziło jednak o trzymanie czytelnika w napięciu, lecz o pokazanie skutków prawnych określonych działań. Fabuła pełna sekretów i dylematów miała posłużyć edukacji podanej inaczej niż wykład z prawa, niepostrzeżenie.

– Idea projektu powstała na przełomie lat 2024 i 2025. Marta Matyszczak rozwinęła go literacko, stworzyła bohaterów, relacje i pełną fabułę. My z koleżanką Martyną Kunke braliśmy udział w kształtowaniu poszczególnych wątków i historii, dbając, by były realne, spójne z tematyką prawną, a przy tym nie zaburzały narracji. Na szczęście autorka nie traktowała nas jak uciążliwych intruzów – żartuje Rafał Szymkowiak.

We wstępie do książki autorka podkreśla, że przy pracy nad nią zdobyła przydatną dla każdego wiedzę z zakresu prawa spadkowego. Dodatkowo poznała historię rzadkiej dwudolarówki uznawanej za talizman szczęścia.

– To nietypowy banknot. Od ponad dekady jest elementem identyfikacji wizualnej naszej kancelarii. W książce stał się motywem spinającym opowieść, mając określony udział w jej edukacyjnej roli – wyjaśnia radca.

Współtwórcy przyznają przy okazji, że wierność zasadom prawa czasami wymuszała poprowadzenie akcji nieco inaczej, niż pierwotnie wyobraziła to sobie pisarka.

– Pani Marta była otwarta na nasze uwagi, a my dbaliśmy, by wciągająca historia, choć fikcyjna, mogła wydarzyć się naprawdę – mówi szef PragmatIQ.

Z kodeksem za kamerą

Także Krzysztof Czyżewski może sporo powiedzieć o wpływie reguł prawa na dzieła będące wytworem wyobraźni artystycznej. Ma w tym niemały udział jako konsultant produkcji filmowych. W tej dziedzinie jego doradztwo nie służy jednak tylko temu, by tocząca się na ekranie akcja wymagająca wiernego odniesienia do obowiązujących przepisów spełniała ten warunek. Tak m.in. było podczas prac nad wyemitowanym w ubiegłym roku serialem „Heweliusz”, inspirowanym zatonięciem polskiego promu w 1993 r. Mimo że nie jest to dokument, trzeba było zadbać zarówno o odpowiedni obraz, np. procesów toczących się przed izbą morską po katastrofie, jak i bohaterów. Dodatkowo z uwagi na tragizm tamtego zdarzenia należało także fikcję budować z ogromnym wyczuciem, mając na względzie odczucia ocalałych i rodzin ofiar.

Nie tylko „Heweliusz”, ale też inne filmy fabularne oparte na faktach wymagają wyczucia przy kreowaniu ich bohaterów.

– To wpływa na czyjś wizerunek, reputację. Nieprzemyślany ruch może sprawić, że wystąpi z roszczeniami – zwraca uwagę adwokat.

Zaznacza, że takie ryzyko istnieje przy każdej produkcji filmowej, niezależnie od tego, czy scenariusz odwołuje się do prawdziwych wydarzeń, czy jest historią wymyśloną od a do z. O naruszenie dóbr i czyichś praw jest bardzo łatwo na wielu etapach realizacji filmu.

– Wiele pytań trzeba sobie postawić. Czy możemy dany film zrobić? Co potrzeba, by go zrealizować? Jeżeli na podstawie książki, czy trzeba kupić do niej prawa? Czy musimy kupić prawa do scenariusza? Co możemy wykorzystać do scenografii? Czy w tle może pojawić się nazwa banku albo gazety? – wylicza wspólnik kancelarii Czyżewski.

Jak mówi, produkcja filmowa potrzebuje interdyscyplinarnego wsparcia prawnego i nie tylko w kwestiach dotyczących wprost tworzonego obrazu. Wymaga zawarcia wielu umów, zatrudnienia ludzi, wynajęcia pomieszczeń i ubezpieczenia przedsięwzięcia, bo koszty stworzenia filmu idą w miliony złotych. Nic ich nie zwróci w razie poważnego błędu, przez który w skrajnym przypadku emisja zostanie zatrzymana.

– Trzeba być czujnym do samego końca. Dlatego jesteśmy pierwszymi widzami wielu filmów czy seriali, nim trafią do kin lub na ekrany. Możemy wtedy np. ocenić, czy określone ujęcie dostatecznie rozmyto i ewentualnie zasugerować poprawkę – mówi Krzysztof Czyżewski, który spędził wiele godzin na planie m.in. „Heweliusza”, „Chyłki”, „Wielkiej wody”, „1670” czy „Furiozy”, a teraz szykuje się do pracy przy kolejnych produkcjach.

– Na razie mogę tylko powiedzieć, że poruszają trudne tematy, a pod względem biznesowym i prawnym są niezwykle skomplikowane – zapowiada i dodaje – ale ja to lubię.

Możesz zainteresować się również: