Natychmiast jednak zderza się z filozoficznym przesłaniem Immanuela Kanta: „Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie”. Realność wyegzekwowania przez Rzeczpospolitą Polską od Republiki Federalnej Niemiec znaczących pieniędzy za zbrodnie III Rzeszy w dającym się przewidzieć horyzoncie czasowym sięga poziomu gwiazdek z nieba.
Zupełnie inną kwestią jest współczesny kontekst polityczny skonkretyzowania roszczeń akurat teraz. Prezes Jarosław Kaczyński nawet nie stara się ukrywać, że nagłośnienie rozrachunków sprzed ponad ośmiu dekad ściśle wiąże się z bieżącą rozgrywką rządu z Niemcami zarówno o pieniądze unijne, jak też o przyszłość wspólnoty. Od razu w czwartek odezwały się najróżniejsze nożyce polityczne, zarówno w Niemczech, jak też w Polsce. Na przykład Lewica oznajmiła, że domaganie się reparacji ma przykryć niemożność uzyskania pieniędzy z Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności. Aż tak gruba teza oczywiście jest przesadą, ale wpisanie wątku reparacji do propagandy wyborczej to oczywistość. Żądanie zadośćuczynienia za zbrodnie niemieckie stanie się jednym z nośników PiS w kampanii w 2023 r.
Notabene trzeba pamiętać, że temat uzyskał już wysoką polityczną rangę w 2014 r., czyli przed tzw. dobrą zmianą. Wtedy Sejm przyjął ponad podziałami uchwałę w sprawie praw Polski do niemieckich reparacji wojennych. Wzywała ona rząd do jak najszybszego przedstawienia szacunku strat materialnych i niematerialnych, co się właśnie dopełniło. Jednak od razu wtedy zastrzegano, że jeżeli traktaty i uwarunkowania dadzą Polsce możliwość odzyskania części środków – to należy to robić. Można postawić każde pieniądze, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu uzna, iż, niestety, nie dają.

