Przyczepa na orbicie

Adam Sofuł
opublikowano: 2008-02-15 00:00

Stacja kosmiczna Mir miała krążyć po orbicie 5 lat. Wytrzymała ponad 15. Niedawno doczekała się godnego następcy.

Stacja kosmiczna Mir miała krążyć po orbicie 5 lat. Wytrzymała ponad 15. Niedawno doczekała się godnego następcy.

Po porażce w wyścigu na Srebrny Glob w latach 80. Związek Radziecki coraz wyraźniej przegrywał wyścig kosmiczny, przynajmniej jeśli chodzi o loty załogowe.

Dziedziną, w której ZSRR nie tylko dotrzymywał kroku USA, ale mógł się pokusić o prestiżowe zwycięstwo, były stacje orbitalne. Rywale mieli już w tym względzie pewne doświadczenia. USA w latach 70. wysłały na orbitę swoje kosmiczne laboratorium. ZSRR eksperymentował z kolejnymi wersjami stacji Salut (poznał ją m.in. Mirosław Hermaszewski).

Kosmiczna budowa

Gdy 19 lutego 1986 r. pierwszy moduł stacji kosmicznej Mir wyniesiono na orbitę, wiadomo było, że dokonał się technologiczny przełom. Sylab i Salut leciały na orbitę w jednym kawałku. Mir miała powstać na orbicie. Właśnie owego lutowego dnia rozpoczęła się ta budowa. Wkrótce do głównego modułu Mira zaczęły documowywać kolejne laboratoria — Kvant 1, Kvant 2, Kristal, Przyroda i Spektr.

Przez 15 lat na Mirze gościła ponad setka kosmonautów różnych narodowości. Nie wszyscy byli zadowoleni z tej gościnności. Amerykański kosmonauta Mike Foale określił cud radzieckiej techniki mianem „zaśmieconej i brudnej przyczepy kempingowej”. Trochę niesprawiedliwa ocena, gdyż jak na czasy, w których powstawał, Mir był całkiem udaną konstrukcją. No i przetrwał trzykrotnie dłużej, niż zakładano, mimo braku remontów, na które nagle skończyły się pieniądze.

Właśnie pieniądze zdecydowały o zniszczeniu stacji. Roczne jej utrzymanie kosztowało 250 mln dol., a w latach 90. taki wydatek stanowił dla Rosji zbyt duże obciążenie. Zresztą stacja też była mocno sfatygowana. Doszło na niej do ponad 1,6 tys. awarii. W czerwcu 1997 r. dostawczy Progress nie wyhamował przy cumowaniu i zderzył się ze stacją. W tym czasie na pokładzie był wspomniany Foale i być może to traumatyczne przeżycie sprowokowało go do surowej oceny stacji.

W listopadzie 2000 r. rząd Rosji zadecydował o sprowadzeniu Mira na Ziemię. Ostatni raz można go było zobaczyć pod koniec marca 2001 r. nad wyspami Fidżi, gdy płonął, wchodząc w atmosferę.

Rosja, wykorzystując doświadczenie z prac nad Mirem-2, włączyła się w amerykańsko-europejski projekt Międzynarodowej Stacji Kosmicznej — kilkakrotnie większej i nowocześniejszej od Mira, która krąży nad naszymi głowami do dziś.

Obywatel kosmosu

Stacja miała służyć m.in. badaniom nad długotrwałym przebywaniem w stanie nieważkości, ale niektórzy kosmonauci wręcz się tam zadomowili. Walerij Poliakow ustanowił niepobity do dziś rekord długości jednorazowego przebywania w kosmosie — 437 dni i 18 godzin. Siergiej Awdiejew w trzech misjach spędził na Mirze w sumie 741 dni.

Najbardziej znany stał się jednak Siergiej Krikaliow (na zdjęciu u góry), który wystartował do kolejnej misji na Mir w maju 1991 r. Krążył sobie spokojnie po orbicie, a tymczasem na Ziemi doszło do puczu moskiewskiego, rozpadł się ZSRR. Wreszcie okazało się, że nie ma pieniędzy, by sprowadzić Krikaliowa z powrotem. A Krikaliow latał. Wrócił dopiero po roku. Już do zupełnie innej rzeczywistości.

Przygoda ta nie zraziła go do kosmicznych wycieczek. Lata w kosmos do dziś. Był pierwszym rosyjskim kosmonautą uczestniczącym w 1994 w locie amerykańskiego promu kosmicznego. Po uziemieniu Mira lata na Międzynarodową Stację Kosmiczną (ostatnio w 2005 r.) i odebrał swojemu koledze Awdiejewowi rekord łącznego przebywania w kosmosie. Krikaliow był tam w sumie 804 dni. Może uznał, że tam, wysoko jest po prostu spokojniej. Bo na pewno jest piękniej.