Pułapka asertywności. Chcesz mieć rację czy relację?

opublikowano: 10-11-2021, 17:47

Bliscy sobie ludzie – małżonkowie, przyjaciele, współpracownicy – oddalają się od siebie, bo mają inne spojrzenie na świat. Jak sobie poradzić z dzielącymi nas różnicami?

11 listopada, Święto Niepodległości. Coroczne apogeum wojny polsko-polskiej, ale na moment zapomnijmy o sporach tożsamościowych: rząd kontra opozycja, narodowcy versus liberałowie, obóz proeuropejski przeciwko zwolennikom polexitu – i na odwrót. Spójrzmy na konflikt jak na zjawisko społeczne, psychologiczne, erupcję wzajemnej niechęci, która potrzebuje ciągle świeżego paliwa, a są nim różnice polityczne i światopoglądowe.

Prawdę powiedziawszy, każdy powód jest dobry, by rozpętać piekło bratobójczej walki. Religia, przynależność partyjna, stosunek do aborcji to sprawy wtórne. Nie więcej niż pretekst do obrzucenia rzekomego wroga kamieniami, wystrzelenia w jego kierunku serii inwektyw i oszczerstw.

Pyrrusowe zwycięstwo:
Pyrrusowe zwycięstwo:
Choć wygrana w sporze może nam przynieść chwilową satysfakcję, koszty społeczne są nieuniknione.
Adobe Stock

Z jednej strony jakże ubogi byłby świat bez ludzi o wyrazistych przekonaniach? „Niech wasza mowa będzie tak – tak i nie – nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi” – głosi święta księga. Z drugiej strony, co jest ważniejsze: racja czy relacja? Poczucie moralnej wyższości czy współpraca ponad podziałami nie tylko w parlamencie i samorządach, ale też w naszych społecznościach lokalnych, biurach i domach?

Problemy z asertywnością

Problem polega na tym, że współczesny świat każe nam realizować dwa wykluczające się ideały. Pierwszy dotyczy postaw obywatelskich, na czele z umiłowaniem demokracji, tolerancji i szacunkiem dla myślących inaczej. Płyń pod prąd swej ludzkiej natury: autorytaryzmu, zacietrzewienia i demonizacji innych – tego oczekują od nas niektórzy etycy i filozofowie oraz piewcy społeczeństwa otwartego.

Na przeciwległym krańcu sytuują się wszystkie motywacje i zachowania podpadające pod hasło „asertywność”, które od kilkudziesięciu lat jest modne zarówno wśród terapeutów, jak i w środowiskach biznesowych, zarządczych (pamiętacie kojarzoną z Boston Consulting Group taktykę red ball – czerwonej kuli, która zakłada walkę z konkurencją rynkową do upadłego?).

„Naucz ich, jak mają cię traktować” – brzmi tytuł jednego z polskich podręczników asertywności. Autor twierdzi, że zasady w rodzaju: „bądź grzeczny“, „czekaj na swoją kolej“, „nie krzycz”, byłyby w porządku, gdyby stosował się do nich każdy. Tymczasem ciągle spotykamy się z ludźmi, którzy idą po trupach do celu i swoje reguły brutalnie narzucają innym – mniej asertywnym. Aby się uchronić przed wykorzystywaniem, zastraszaniem czy upokarzaniem, konieczna jest „umiejętność mówienia NIE, gdy nie mamy ochoty powiedzieć TAK”. Przy czym swoją niezależność można manifestować z kulturą i klasą oraz bez odpłacania pięknym za nadobne.

Dziecko zachodniego indywidualizmu

Asertywność jest dzieckiem indywidualizmu i właśnie dlatego jest tak modna na Zachodzie. W Japonii i innych bardziej wspólnotowych kulturach, które podkreślają raczej „my“ i „nam/nas/nami” niż „ja“ i „mnie/mną”, ceniona jest raczej postawa podporządkowania i szacunku.

dr Stephen Briers
brytyjski psychiatra, autor książki „Psychobzdury. Jak mity popularnej psychologii mieszają nam w głowach”

To tylko jeden z wielu poradników wbijających nam do głowy, że asertywność nie ma nic wspólnego z agresją, dysponuje natomiast magiczną mocą rozładowywania konfliktów i wprowadzania harmonijnych stosunków międzyludzkich. Dzięki niej nawet osoba postawiona do pionu nie traci twarzy. Kto chce, niech wierzy.

Dr Stephen Briers, brytyjski psychiatra, uważa, że wszystko wygląda dobrze na papierze. W bestsellerze „Psychobzdury” zaleca, by się zatrzymać i sprawdzić, czy asertywność rzeczywiście jest tą cnotą, za którą ją uważamy. Jego zdaniem forsując swoje ego i własny punkt widzenia, czasem więcej można stracić niż zyskać. Ekspert nie twierdzi, że techniki asertywności nie działają i że nie powinno być dla nich miejsca, prosi jednak, by nie udawać, że ich podstawowym celem jest wzbudzanie wzajemnego szacunku. „Szacunek wymaga, żeby traktować drugą osobę jako równą sobie, jeśli nie lepszą. Większość książek poświęconych asertywności to jednak podręczniki uczące, jak postawić na swoim” – pisze dr Briers.

Odwaga, wyrazistość i szczere komunikowanie, co nam się w innych nie podoba, nierzadko przysparzają nam wrogów. Jeśli chcemy wygrać konkurs popularności lub zyskać sojuszników, lepiej więc postawić na dyplomację. O tym, że asertywność może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego, przekonał się znajomy Stephena Briersa po tym, jak oznajmił swojej szefowej, że mowa jej ciała wywołuje w nim niepokój. To wyczerpywało wszelkie znamiona postępowania asertywnego. Człowiek ten nazwał tylko swoje uczucia i obwieścił, jak interpretuje zachowanie przełożonej. W najmniejszym stopniu nie chciał jej urazić. Ale już po kilku dniach zauważył, jak jest w firmie marginalizowany.

Między ekstremami

No więc jak – urzeczywistniać cnoty obywatelskie czy wskazania autorów poradników, terapeutów i twardych graczy biznesowych? Ustępować czy stawiać na swoim? Być osobą nieugiętą czy taką, która patrzy przez palce na cudze wybryki: polityczne, zawodowe, jakiekolwiek zresztą? Najlepsza chyba jest trzecia droga, wyznaczona przez wyczucie sytuacji, rozsądek i umiar. W „Psychobzdurach” czytamy, że prawdziwie efektywna komunikacja to taniec, w którym musimy poruszać się płynnie między różnymi rolami. Asertywność można natomiast przyrównać do przyprawy – gdy jest jej za mało, posiłek będzie pozbawiony smaku, ale jej nadmiar zepsuje go również.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane