Liczba zmieniających się koncepcji uzdrowienia służby zdrowia w Polsce ustępuje tylko liczbie... ministrów zdrowia. Zjawiskiem niezmiennym pozostaje bardzo dobre samopoczucie twórców kolejnych reform, których beneficjentami okazują się urzędnicy — ale na pewno nie pacjenci.
W takiej sytuacji trudno entuzjazmować się wiadomością o przyjęciu przez Radę Ministrów „ramowych założeń procesu restrukturyzacji i zmiany organizacji prawnej zakładów opieki zdrowotnej”. Wypada jednak docenić, iż owe założenia, firmowane przez ministra Leszka Sikorskiego, są dosyć śmiałe. Rząd proponuje zmianę formy organizacyjno-prawnej dotychczasowych samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej (SPZOZ), które miałyby zostać przekształcone w spółki użyteczności publicznej (SUP) — z ograniczoną odpowiedzialnością lub akcyjne.
Usytuowanie ZOZ-SUP jako zwyczajnych przedsiębiorstw oraz oparcie ich działalności na kodeksie spó- łek handlowych (z pewnymi odrębnościami) wymusiłoby radykalne przemiany mentalności niemrawych kadr publicznej służby zdrowia. Przecież jedną z konsekwencji wejścia ZOZ do gry rynkowej byłyby upadłości podmiotów nie wytrzymujących konkurencji. Tymczasem przy dzisiejszym stanie świadomości społeczeństwa upadłość przychodni zdrowia czy szpitala wydaje się wręcz niewyobrażalna. Z drugiej jednak strony — taka droga uważana jest za bardziej uczciwą niż likwidowanie placówki metodą administracyjną, na podstawie urzędniczych wyliczeń.
Celem urynkowienia systemu ochrony zdrowia ma być uniemożliwienie dalszego zaciągania przez ZOZ niekontrolowanych i praktycznie niespłacalnych zobowiązań finansowych. Automatycznie nasuwa się pytanie — a co z gigantycznymi długami, zaciągniętymi przez publiczną służbę zdrowia do tej pory? Rząd proponuje specjalną ustawę o restrukturyzacji zadłużenia powstałego od 1 stycznia 1999 r. do 31 marca 2003 r. Zobowiązania publicznoprawne zostałyby rozłożone na raty lub umorzone, cywilnoprawne zaś mogłyby objąć ugody z wierzycielami. Jednostki niezadłużone (czy ktoś w ogóle takie zna?) otrzymałyby restrukturyzacyjne granty. Wynika z tego, że za wszystko i tak zapłaciłby budżet.
Najsłabszym punktem reformy jest oczywiście brak oszacowania jej kosztów, które „powinny być uwzględnione w ramach limitów i założeń do ustawy budżetowej na 2004 rok”. Inny zapis, „odpowiednie środki winny też być przewidziane w budżetach jednostek samorządu terytorialnego”, dowodzi jej finansowej wirtualności.