Dla Polski fala inflacyjna to już przeszłość i z coraz większą pewnością można stwierdzić, że fundamentalna presja cenowa w gospodarce została zdławiona. To samo można powiedzieć o Słowenii, Czechach, Bułgarii czy Litwie. Jest jednak jeden kraj, który wciąż walczy z duchem wysokiej inflacji — Rumunia. Wzrost cen sięga blisko dwucyfrowego poziomu — roczna inflacja bazowa (po wyłączeniu cen żywności i energii) liczona metodologią unijną wynosi 8,4 proc., a inflacja ogółem 8,5 proc. Jednocześnie gospodarka wpadła w techniczną recesję, czyli odnotowała spadek PKB przez dwa kwartały z rzędu.
Sytuacja w Rumunii to przestroga dla innych krajów regionu. Gospodarka tkwi w toksycznym miksie makroekonomicznym — silna presja cenowa przy braku wzrostu gospodarczego. Kraj przez lata notował tzw. deficyty bliźniacze — ujemne saldo budżetowe i rachunku obrotów bieżących — co stanowiło rosnące ryzyko dla stabilności makroekonomicznej i odpływu kapitału. Rumunia została więc zmuszona do nagłej konsolidacji fiskalnej, która dławi popyt wewnętrzny. Sprzedaż detaliczna kurczy się w ostatnich trzech miesiącach średnio w tempie 3,3 proc. r/r. Idea jest taka, by za cenę bolesnej recesji w krótkim okresie odzyskać równowagę zewnętrzną w długim.
Rumunia to pewna rysa na krajobrazie makroekonomicznym całego regionu, który generalnie odzyskuje rezon. Po dwóch latach marazmu w kształcie litery L w końcu odbijają Czechy. Konsumpcja prywatna rośnie o 3 proc. r/r, a realne płace przyspieszają. W rezultacie gospodarka w ostatnich trzech kwartałach rośnie w tempie 2,6 proc. r/r wobec średnio 0,7 proc. w latach 2023–24. To wyraźne ożywienie.
Nieznacznie poprawiła się też sytuacja na Węgrzech. Wzrost PKB pozostaje słaby, ale przynajmniej nie jest już zerowy, oscylując w okolicach 0,6 proc. r/r. W porównaniu z latami 2023–24 to postęp, choć na tle innych krajów regionu wciąż regres. Węgry i Rumunia coraz bardziej przypominają chorych ludzi Europy, choć to określenie lepiej pasuje do Budapesztu — spowolnienie ma tam bardziej charakter strukturalny niż cykliczny.
Na trajektorii wzrostowej znalazły się też państwa bałtyckie, które w 2023 r. przeszły przez głęboką recesję. To małe, otwarte gospodarki, relatywnie wrażliwe na zmiany popytu zagranicznego i szoki zewnętrzne. Spowolnienie w Europie Zachodniej, odpływ kapitału, wzrost premii za ryzyko związany z wojną w Ukrainie oraz szok surowcowy uderzyły w nie wyjątkowo mocno. Teraz jednak Estonia, Łotwa i Litwa wychodzą na prostą — sprzyja temu wygasanie szoku podażowego i poprawa koniunktury w strefie euro.
Najważniejszy wniosek jest taki, że region EŚW jest generalnie na etapie odrodzenia po kryzysie kosztów życia i recesji konsumenta. Seria szoków podażowych minęła, fala inflacyjna opadła, stopy procentowe spadają, a rynki zachodnie, w tym Niemcy, powoli odżywają. To będzie sprzyjać koniunkturze w najbliższych kwartałach. Rumunia pokazuje tymczasem, jak łatwo można wypaść z kursu, gdy ignoruje się fundamenty makroekonomiczne.
