Role na murawie

Michał Mizera
opublikowano: 2007-06-29 00:00

Ilu ja marzeń nie spełniłem przez to, że zostałem aktorem! — wzdycha Olaf Lubaszenko. Fakt, wiedział, że wielkim piłkarzem raczej nie będzie. Ale co to ma wspólnego z marzeniami?

W „Piłkarskim pokerze” Janusza Zaorskiego — filmie z końca lat 80. — zagrał młodego, utalentowanego i pełnego trochę naiwnego zapału piłkarza, Olka Groma. Bohater w najważniejszym meczu wchodzi z ławki rezerwowych i strzela bramkę. I ma decydujący wpływ na to, że sędzia Laguna (Janusz Gajos) rezygnuje z planu „sprzedania meczu”. Tę celuloidową historię wieńczy scena, w której trójka przyjaciół (w tym i filmowy, i rzeczywisty ojciec Olafa, Edward Linde-Lubaszenko) gra na wielkim boisku, kopiąc starą puszkę. Jak w młodości.

Kariera o krok

Duma i rozrzewnienie: Olaf Lubaszenko wspomina treningi w młodzieżówce stołecznej Legii. Zaprzysięgłym kibicem klubu jest do dzisiaj.

— Piłka w dzieciństwie była remedium na przykre wydarzenia. Sposobem na przełamywanie nieśmiałości. Grałem sporo. Kocham to do dziś —mówi po prostu.

Jakimś spełnieniem sportowych marzeń stało się założenie piłkarskiej reprezentacji artystów Polski. Początki? Spontaniczne.

— Nie pamiętam, kto pierwszy rzucił pomysł. Ryszard Adamus? Piotr Kubiaczyk? W każdym razie oni pierwsi o tym pomyśleli i zadzwonili do mnie. We trójkę zabraliśmy się do roboty — opowiada Lubaszenko, kapitan drużyny.

— Staram się z godnością grać tę rolę — zanosi się śmiechem.

— Olaf jest idealnym kapitanem. Nawet jeśli teraz nie pojawia się tak często na boisku, to swą charyzmą trzyma zespół w ryzach. I dzięki niemu młodzi artyści wciąż przystępują do drużyny — chwali go Dorota Wardyńska, czyli centrum organizacyjne reprezentacji.

Chwała i lanie

Pierwszy mecz. Osiem lat temu. Polacy grali przeciwko artystom włoskim z drużyny Nazionale Italiani Cantanti z Erosem Ramazzottim na czele. 1:0. Gola strzelił Marcin Dorociński.

— Pamiętam… 12 tysięcy ludzi na trybunach, jaki doping! Emocje bez porównania większe niż w teatrze. Zawsze chciałem to przeżyć. Stan nie do opisania… — wspomina Lubaszenko.

To miała być jednorazowa impreza. Ale przykład Włochów podziałał. Mieli świetne struktury, byli wprost profesjonalnie zorganizowani. Powołano fundację. W grupie fundatorów polskiej ekipy znaleźli się m.in.: Lubaszenko, Cezary Pazura, Maciej Kozłowski, Wojciech Gąssowski...

Kolejne mecze. Z artystami, politykami, samorządowcami, skoczkami narciarskimi, lotnikami... I przygody.

— Dostaliśmy zaproszenie na mecz z oldbojami na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Oldboje? Dobra nasza, jedziemy! Na miejscu się okazało, że to drugoligowcy, którzy rok, dwa lata wcześniej skończyli karierę. Ale dostaliśmy w dupę! Tego wyniku nie chcę pamiętać! — emocjonuje się Lubaszenko.

Ostra i niezbyt przyjemna lekcja piłki nożnej.

No i te samobóje… Temat tabu. Koszmar, który wpędza ligowców w depresję. A artystom śni się po nocach.

— Tu obowiązuje swoisty kodeks honorowy: o samobójach nie pamiętamy — rozbrajająco wymija temat Lubaszenko.

Innym

Cel spotkań? Zawsze charytatywny. Artyści nie biorą ani złotówki. By sprawnie organizować mecze i zgrywać terminy, powstała Fundacja Art Sport.

— Właśnie wróciliśmy z Genewy, gdzie graliśmy z drużyną Variete („postacie medialne”: dziennikarze, satyrycy, prezenterzy telewizyjni, byli sportowcy). Przegraliśmy 3:2, ale impreza była fantastyczna. Przyszła chyba cała genewska Polonia. Piękny biało-czerwony doping! Zabraliśmy ze sobą dzieciaki z domu dziecka w Przeworsku. Zlicytowaliśmy — na ten cel właśnie — m.in. piłkę od Rudolfa Schenkera, założyciela zespołu Scorpions. A na piłce — autografy uczestników meczu ze skoczkami narciarskimi, w tym Adama Małysza i Jakuba Jandy. Resztę dołożyli sponsorzy i telewizja — opowiada Wardyńska.

Do Genewy zaprosił reprezentację Mirosław Tłokiński, dawny piłkarz Widzewa Łódź z czasów wielkiej chwały tego klubu. Chce zyskać trochę grosza od szwajcarskiego rządu na budowę międzynarodowego ośrodka sportowo-wychowawczego dla sierot i dzieci porzuconych pod Przeworskiem.

— Polecieliśmy do Szwajcarii promować ten pomysł. W Polsce nie ma jeszcze podobnego obiektu! — opowiada emocjonalnie Lubaszenko.

Od razu widać, jak to dla niego ważne. W Genewie nie tylko zagrali mecz, ale także spontanicznie przygotowany spektakl „Stowarzyszenie mówiących nie na temat” — w klimacie Monty Pythona. Pełen sukces. Także finansowy. Bilety nie były tanie, a i puszka przy drzwiach nie została pusta...

Powodzenia!

Ciężki czerwiec. Najpierw trzy mecze: z reprezentacją firm budowlanych, z odbojami w Starogardzie Gdańskim i Mszczonowie. Najbliższe plany? Ambitne. Artyści pojadą na mistrzostwa świata do Moskwy. Całość koordynuje Weronika Marczuk-Pazura, prywatnie żona prawoskrzydłowego Cezarego Pazury.

— Wielkie święto futbolu i sztuki. Także koncerty, występy gwiazd, spotkania... Na finał — mecz Rosja kontra reszta świata. Polska też wystawi swoich reprezentantów — opowiada.

Cel — oczywiście dobroczynny. Ale za coś trzeba dolecieć!

— Znajdziemy pieniądze. Szukamy sponsora. Reklama na rynku rosyjskim to kusząca perspektywa — zachwala Marczuk.

Dobroczynność jest ważna, ale frajda — też.

— Czy jest coś przyjemniejszego, niż spędzać czas na wolnym powietrzu, goniąc za piłką? A jeśli można tym jeszcze komuś pomoc — tym lepiej! — rzuca Lubaszenko.

No i towarzyskie kontakty kwitną na wyjazdach.

— Na początku istnienia reprezentacji to było moje jedyne życie pozazawodowe. Do dzisiaj na wyjazdach panuje świetna atmosfera — opowiada aktor. Lakonicznie i nieco tajemniczo.

Forma

— Teraz jestem trochę zmęczony. No i mam już swoje lata. Bez treningu łatwiej o kontuzje. Szukam następcy. Kogoś z drużyny — mówi Lubaszenko.

Ostry wycisk daje podopiecznym trener Tomasz Iwan. Dawny reprezentant kraju przygotowuje drużynę na wyprawę do Moskwy. Ćwiczyć trzeba. A artyści — jak to artyści — częściej opuszczają zajęcia, niż regularnie trenują.

— Ja to głównie zajmuję się niechodzeniem na treningi. Ale koledzy na szczęście są solidniejsi. Zespół musi być w formie — pohukuje kapitan drużyny.

Lubaszenko regularnie utrzymuje kontakty z piłkarskim światem. O sporcie rozmawia z Andrzejem Strejlauem i Janem Krzysztofem Bieleckim. Kiedyś zaprosił do swego filmu Orły Górskiego. Lesław Ćmikiewicz, Robert Gadocha, Grzegorz Lato, Andrzej Szarmach, Władysław Żmuda zagrali samych siebie w jego komedii „Jest sprawa...”. Sam Lubaszenko wcielił się w trenera gwiazd.

— Nie mogłem sobie odmówić tej przyjemności. Atmosfera na planie była znakomita. Widać było, że oni są wprawieni w pracę w grupie. Byli bardzo zdyscyplinowani, chociaż humory wszystkim dopisywały — wspomina Lubaszenko.

Skąd się bierze fenomen piłki nożnej? Widowiskowość — to raz. Ale to także sport, który uczy zaufania i współpracy w zespole. No i te emocje... Lubaszenko widzi to tak:

— Piłka jest wielką metaforą świata. Tu jest przyczyna sukcesu piłki nożnej. Nie tylko zabiegi wielkich koncernów i mediów. Po prostu — piłka to życie skondensowane do 90 minut.

Wielkie słowa. Ale może i prawdziwe.