W Krakowie, gdzie wszystko przelicza się na stulecia, pół wieku nie stanowi specjalnego powodu do dumy. Ileż jednak w tym czasie los zafundował naszej firmie ciekawych zdarzeń!
W dobrych parę lat po II wojnie światowej zgłosił się klient z nietypowym zleceniem. Otóż odziedziczył wspaniałą męską pelisę z dość istotnym mankamentem. Wprawdzie świetnie leżała, niemniej „ściągała” ramiona niemal do ziemi — a to za sprawą niebywałej wagi. Po rozpruciu pelisa wydała tajemnicę: kosztowny złoty łańcuch, uszczęśliwiający swego nowego właściciela! Niczym sejf kryła owo zabezpieczenie na „czarną godzinę”. I była dobrą skrytką, bo dawne pelisy rzeczywiście sporo ważyły. Czy wobec kilku cieplejszych zim ich czas, tak jak lisic i baranic (nie mylić z kożuchami), już minął?
Z północy
Wobec zbliżającego się sylwestra i balów karnawałowych, już wiemy, że na męskich ramionach winien się znaleźć smolistej czerni — smoking, no, może surdut lub frak. W każdym razie nie frak błękitny — bo cierpieć możemy jak młody Werter Johanna Wolfganga Goethego. Wszyscy pamiętamy, gdy Skaldowie śpiewali: „Hej! Z wierzchu baranica, a pod spodem smoking”, ale to było przecież w plenerze, podczas kuligu... Wybierając się zaś na huczną zabawę, gdy mróz na dworze trzaska, najrozsądniej smoking przykryć pelisą.
A ta jest produktem północy, dla której siarczyste mrozy w zimie to chleb powszedni. Polską nazwę wzięła od francuskiego „pelisse” — czyli futro. Jest dziełem krawieckim i kuśnierskim, choć godzi się przypomnieć, że krakowskim krawcom sam król Jan Olbracht nadał przywilej podbijania płaszczy rozmaitymi skórkami futerkowymi.
Współczesne pelisy nie mają już „wagowych” kłopotów jak te przedwojenne. Bo dobrze wykonana pelisa winna wisieć na małym palcu lewej ręki, nie wyłamując go! Na wierzch wybiera się już nie sukno, a lekkie, zwarte tkaniny trenczowe, nie przepuszczające wiatru — trewirę lub bawełnianą panorę w dość praktycznych odcieniach popielu, ciemnej zieleni, ciemnego brązu, a nawet beżu. W rękawach — wełniana watolina jako ocieplacz oraz koniecznie „wiatrówka” — ściągnięta gumką podszewka jako śluza termiczna, opasująca przegub. By móc dawać wierzch do czyszczenia, błam wiąże się na alcantarowych troczkach.
Dobór
Futra od zawsze wzbudzały namiętności. Bo nobilitowały i dodawały splendoru. Już w 1613 roku przepis nakazywał właściwe stanowi stroje, wobec nadmiernej skłonności mieszczan do luksusu, co czyniło „wielką szkodę Rzeczypospolitej”. No i zakazano im drogich futer, zalecając swojskie — wilczury, niedźwiedzie czy baranice. Dziś zalecano by pelisy.
Pod spód lekkiego nieprzepuszczającego wiatru wierzchu, wiąże się istotę pelisy — błam, który ma zapewnić komfort termiczny. Na błam wykorzystuje się futra o krótkim włosie i gęstym puchu, najlepiej zwierzątka wodne: nutrie, piżmaki — ale tylko grzbiety, bo brzuszki (kiedyś zwano je pipki) zarezerwowane są na błamy damskie — czy też tchórzofretki. To właśnie sympatyczną tchórzofretkę pieści w swych objęciach w Muzeum Czartoryskich „dama z gronostajem”, pędzla genialnego Leonarda.
Kołnierze pelisy bywają najczęściej szalowe, pokrywane futrami zwierząt ze Skandynawii, Kamczatki, Alaski — i to w zimowej szacie, gdyż wtedy sierść jest najgęstsza. Kiedyś wykorzystywało się chronionego dziś bobra, którego trwałość włosa jest wyższa niż foki! Wielce cenione są wydry „kanadyjki” — te z Labradoru, dochodzące do 150 cm długości: na centymetrze kwadratowym potrafi wyrosnąć 20 tys. włosów!
Pański strój
Zawsze pelisa uważana była za pańskie okrycie, jak choćby ta z portretu hrabiego Antoniego Wodzickiego, dzieła Juliana Fałata. Te cudowne okrycia dawały wspaniały efekt. Pod jednym wszakże warunkiem — całość powinna mieć niezobowiązujący, a nie nieznośnie pretensjonalno-prestiżowy charakter, o czym w dużym stopniu decyduje krój i właściwe zestawienie kolorystyczne tkaniny, kołnierza i błamu. Z tym zawsze jest pewien kłopot, ale cóż, z pelisami kłopoty związane są już od czasów Księstwa Warszawskiego, powstałego wskutek pokoju tylżyckiego.
W tejże Tylży car Aleksander — w dowód przyjaźni — podarował Napoleonowi pelisę, wartą krocie, bo podszytą najbardziej luksusowymi skórkami z cudownych rosyjskich soboli. Bonaparte zaś — w dowód miłości — sprezentował ją Paulinie Borghese, a ta niestała w uczuciach niewiasta ofiarowała sobole pewnemu młodemu, przystojnemu oficerkowi.
Gdy doszło to do uszu boga wojny, wpadł w furię, wywołując kolejną wojnę, tym razem... domową.
