Wczorajszy raport Merrill Lynch (sugeruje sprzedaż naszej waluty) wywołał panikę na płytkim rynku złotego. Euro przez chwilę kosztowało ponad 4,8 zł. To cena z początku 2004 r. Wtedy zachęciła ona zagranicę do zakupów polskich aktywów. Czy mamy szanse na powtórkę z rozrywki?
Weźmy zagraniczny fundusz, który zainwestował w polskie obligacje i akcje w momencie przystąpienia do Unii Europejskiej w 2004 r. Przyjęliśmy, że fundusz przegapił szczyt giełdowej hossy z połowy 2007 r. i dopiero rekordowo silny złoty w połowie zeszłego roku skłonił go do realizacji zysków (złoty był wtedy najmocniejszy w historii). Dzięki różnicom kursowym zysk z portfela polskich papierów skarbowych można szacować na 80 proc. W przypadku portfela akcji naśladującego skład WIG20 było to 150 proc. Gdyby hipotetyczny fundusz miał korzenie za Atlantykiem, jego wyniki inwestycyjne byłyby jeszcze lepsze.
Obecne kursy euro i dolara mogą wydawać się już atrakcyjne dla zagranicy. To przecież poziomy sprzed naszej akcesji do UE, a fundamenty Polski przez blisko pięć lat zdecydowanie się poprawiły. Być może duzi globalni gracze wykonają więc podobny manewr jak w 2004 r. Zamienią teraz na złotego euro i dolary należące do polskich firm, które właśnie przymusowo rozliczają się z zawartych opcji walutowych, i rozpocznie się gra na umocnienie złotego. GPW szoruje po dnie, a papiery skarbowe są przecież relatywnie wysoko oprocentowane. To, przynajmniej teoretycznie, powinno zachęcać do inwestycji nad Wisłą. Jest tylko jedna, ale zasadnicza różnica: sytuacja gospodarcza na świecie jest zupełnie inna niż ta z 2004 r., a nasi sąsiedzi — Ukraina czy Węgry — stąpają wręcz po kruchym lodzie.
Robert Gwiazdowski:
Nie tylko jeden czynnik decyduje o osłabieniu złotego, jest ich wiele. Tak samo z inwestorami zagranicznymi, tylko tania waluta to za mało, żeby wrócili. Warto przyjrzeć się obecnej sytuacji z różnych stron. Jedni na osłabieniu złotego zyskują, a inni tracą. Nie trzeba daleko szukać. Ostatnio taka słabość złotego pozwoliła wyjść z zapaści firmom chemicznym. W latach 2001-02 branża przeżywała zapaść. W 2004 r. złoty był rekordowo słaby w stosunku do europejskiej waluty. Firmy to wykorzystały i przeprowadziły restrukturyzację. W ten sposób bardzo zyskały na sytuacji walutowej. Tym razem też tak będzie. Jedne firmy urosną w siłę, inne się skurczą.
Nie waluta zdecyduje o powrocie zagranicznego kapitału. Zatem co? Atutem Polski jest przede wszystkim jej położenie. Nasz kraj leży w centrum Europy i to sprawia, że u nas krzyżują się szlaki handlowe. Potężny rynek zbytu, blisko 40-milionowy, także zachęca do inwestowania nad Wisłą. Dodatkowo naszym najcenniejszym dobrem są zasoby ludzkie. Kapitał będzie podążał tam, gdzie jest rynek pracy. Niestety, obok atutów są również wady. System prawny i instytucjonalny bardzo utrudnia inwestowanie. Odstraszają braki w infrastrukturze. Niszczymy także to, co mamy najcenniejsze, czyli naszych pracowników. Gdy doda się podatek PIT do składek ubezpieczeniowych, okaże się, że pracodawca musi dopłacić do każdego pracownika 80 proc. To najwięcej z wszystkich krajów europejskich.
prezydent Gwiazdowski Consulting
Marcin Grotek: Różnice kursowe zjadają zyski
Oczywiście, że słaby złoty będzie przyciągał zagraniczny kapitał, ale nie natychmiast. To raczej kwestia miesięcy. Warto pamiętać, że zagranica inwesto-
wała w Polsce, jak euro było po 3,3 zł. Będzie także inwesto-
wać przy obecnych poziomach.
Jednak to nie złoty jest teraz
nadrzędnym problemem. Sen
z powiek inwestorom spędza
trudny do zdobycia kredyt.
W tym momencie na słabej walucie korzystają eksporterzy, którzy działają w mało cyklicznych branżach. Chodzi m.in. o żywność. Polskie firmy eksportujące żywność do Niemiec stały się bardzo konkurencyjne. Zatem w ciągu najbliższych paru miesięcy można liczyć na eksporterów. W przypadku dużych bezpośrednich inwestycji w Polsce raczej kapitał szybko nie wróci. Niewielu producentów myśli o zwiększeniu produkcji. Raczej starają się ją wygaszać. Słaby złoty nie jest także argumentem dla inwestorów portfelowych. Polskie akcje i obligacje są wprawdzie tanie, jednak przy takim trendzie ujemne różnice kursowe zjadają zyski. Trzeba poczekać na zmianę trendu.
Witold Orłowski: Siła waluty nie ma znaczenia
Słaby złoty nie przyciągnie inwestycji zagranicznych. Nikt nie zacznie budować fabryki, gdy największe rynki zbytu są pogrążone w recesji.
Na giełdę także nie wrócą inwestorzy zagraniczni, bo oni tracą na różnicach kursowych. Przyciągnąć inwestorów może tylko poprawa ogólnej koniunktury gospodarczej. Siła naszej waluty w tym kontekście nie ma żadnego znaczenia.
główny doradca ekonomiczny PricewaterhouseCo
Adrian Boczkowski