Taktowny przewodnik

Agnieszka Michalak
opublikowano: 2011-10-21 00:00

Eduardo Mendoza wielokrotnie dowodził, że jedyne, czego mogą się spodziewać jego czytelnicy, to to, iż zawiedzie ich oczekiwania. A jednocześnie nie rozczaruje i zaserwuje specjał, który chce się pochłaniać w nocy, w tramwaju i w pracy w coraz większych porcjach. O jednym zaskoczeniu możemy już teraz powiedzieć: „Wyspa niesłychana”, która właśnie trafia do księgarń, nie ma prawie nic wspólnego z Barceloną. Oprócz głównego bohatera, który z niej pochodzi i spędził tam niemal całe życie. Bo poznajemy Fábregasa w momencie, kiedy znudzony dotychczasową egzystencją postanawia od niej uciec. Zostawia rodzinne miasto, pracę i kochankę. Splot zbiegów okoliczności prowadzi go przez Paryż do Wenecji. Miasto nie ma jednak nic wspólnego z literackimi relacjami: to przede wszystkim „park tematyczny”, gdzie odmóżdżona tłuszcza pływa gondolami, snuje się po placu Świętego Marka i programowo wzdycha do odbicia księżyca w kanałach. Wystarcza kilka dni, żeby Fábregas zaczął tęsknić za nudną, ale przytulną rutyną Barcelony. Kiedy zniechęcony każe spakować walizki i przygotować rachunek w hotelu, poznaje Marię, która pozwala mu zapomnieć o uwierającym poczuciu obcości. Dzięki rozmowom z tajemniczą kobietą bohater z innej perspektywy zaczyna interpretować swoje życie. Mendoza nienachalnie, niespiesznie dokonuje psychologicznej wiwisekcji Fábregasa (siłą rzeczy czytelnik dokonuje jej na sobie i niewykluczone, że dochodzi do podobnych wniosków co autor). Jednocześnie zaś z Fábregasem coraz bardziej przekonujemy się do Wenecji. Słowem: lektura „Wyspy niesłychanej” to sentymentalna podróż idealna.