To jest mowa harleya!

Jarosław Królak
opublikowano: 2003-03-28 00:00

Kiedyś w Polsce właściwie jedyną drogą do posiadania harleya było złożenie motocykla z części — zdobywanych w przeróżny sposób. Żmudna robota dla złotych rączek. Teraz wystarczą pieniądze.

Ale szlaków prowadzących do harleya bywa wiele. Każda z historii, które opowiem, jest inna. Jak każdy z nas i nasze marzenia.

Pierwszy dreszcz

35 lat temu Wojciech Echilczuk spacerował po ulicy Narbutta w Warszawie. I wtedy zza rogu wyjechał stary motocykl. Harley Davidson. Wojciech stanął jak wryty. Wsłuchiwał się w gang motoru, stłumiony, głęboki rytm pracy silnika. Jeździec ubrany był nienagannie. Na długich włosach — cyklistówka, spod tweedowej marynarki widać było czarny golf. Beżowe sprasowane w kant spodnie częściowo okrywały supermodne buty beatlesówy. Na rękach — czarne rękawiczki. Motocykl był niebieski z chromami.

— Zatkało mnie! Patrzyłem z przejęciem na 2-cylindrowy silnik, gmole, chromowane szprychy i felgi. Na oponach miał białe lampasy... Potem szukałem tego motocykla po Warszawie — aż go dopadłem. Ogarnęła mnie harleyowa gorączka! — wspomina Wojciech Echilczuk.

Dał ogłoszenie do gazety. Skutecznie.

— To był stary trup ze wsi pod Wałbrzychem. W piwnicy w zimowe wieczory rozbierałem go do cna, malowałem, chromowałem. Odpalałem silnik w towarzystwie żony, brata, szwagra, siostry. Wiosną ruszyłem w drogę. Mój rumak zaczął ze mną gadać. Głęboki rytm silnika, ten cholernie podniecający dźwięk. To była mowa harleya! Przeżyłem z nim mnóstwo przygód. Pokochać maszynę? A jednak! — opowiada.

Wojciech Echilczuk był prezydentem polskiego klubu HD. Zwiedził prawie całą Europę. Na motorze. Był też dealerem firmy Harley Davidson.

— Jacy są harleyowcy? Silni i romantyczni. Łączy nas jakiś nieokreślony instynkt, ale każdy jest indywidualistą. Zawsze powtarzam: bez harleya nie przeżyłbym tego, co przeżyłem. Moje życie byłoby bezbarwne — podkreśla z przekonaniem.

Dzięki ci, żono

W czerwcu 2002 r., Adam Grycan, właściciel przedsiębiorstwa cukierniczego, śpieszył z pracy do domu z prezentem dla żony. Data była szczególna: 10. rocznica ślubu. Wbiegł do salonu i zaniemówił.

— Na środku zobaczyłem ogromne pudło. Pięknie zapakowane. Otworzyłem. To był motor... Ale jaki! Najnowszy model Harleya Davidsona. Poczułem się jak dziecko, które dostało wymarzoną zabawkę — wspomina Adam Grycan.

Jego największą pasją są, a raczej były do niedawna, rajdy samochodowe. Do tego stopnia, że w 1990 r. zdobył 8. miejsce w mistrzostwach Europy. Wielokrotnie z powodzeniem ścigał się z nieżyjącym już mistrzem Marianem Bublewiczem.

Wiosną zeszłego roku zobaczył w jakimś piśmie motoryzacyjnym zdjęcie najnowszego Harleya V ROD VRSCA. Chciał przyjrzeć mu się z bliska.

— Wszedłem do jednego z salonów Harleya. Prawdziwe cacko. Dosiadłem, pogłaskałem... Już wiedziałem, że to jest to, czego potrzebuję. Dali się przejechać. Trafiło mnie! Żona zrozumiała moje zauroczenie, nie sprzeciwiała się. Po jakimś czasie zacząłem konkretnie rozmawiać ze sprzedawcą. On jednak zachowywał się dziwnie. Jakby wcale nie zależało mu na sprzedaży motocykla. Ciągle wymyślał problemy. Powtarzał, że muszę czekać... — opowiada Adam Grycan.

Wszystko było ukartowane. Żona pana Adama miała plan. Wyjaśnił się w rocznicę ich ślubu.

— Sporo wcześniej zamówiłam dostawę tego motocykla na ten dzień. Niespodzianka się udała! — mówi z uśmiechem Marta Grycan.

Teraz jeżdżą razem.

— Zakładamy skórzane spodnie i kurtki. Moja córeczka powiedziała mi nawet: „Tato, ty wyglądasz jak nasz ochroniarz!”.

Świat z motoru wydaje się dużo piękniejszy. Szczególnie podnieca jazda w grupie.

— Gdy wolno jedzie wiele maszyn, aż ziemia drży. Włosy stają dęba. Wspólne wyjazdy. Ciągłe poznawanie ciekawych osób. Sam się przekonałem, że w tym środowisku ludzie są otwarci, życzliwi, pomocni. Zdecydowana większość harleyowców to biznesmeni. Bo niestety ta zabawa dużo kosztuje. Trzeba mieć zasobną kieszeń — podkreśla Adam Grycan. Przyznaje, że teraz w Polsce panuje moda na harleya.

— Harley Davidson stał się synonimem luksusu. Ale dla wielu to styl życia, pasja. Nie tylko relaks po pracy, lecz pęd ku wolności. Spełnianie marzeń — dodaje.

Zimą swego harleya trzyma w ... salonie.

— Gdy śnieg na dworze, to nasz najdroższy mebel — śmieje się Adam Grycan.

Przez kontynent

— Wiesz, im dłużej i dalej jedziesz, tym lepiej. Utwierdziłem się w tym, gdy z żoną i przyjaciółmi pokonywaliśmy na harleyach Amerykę z zachodniego na wschodnie wybrzeże. Wpada się w trans, kiedy się jedzie tysiące kilometrów. To rodzaj medytacji. W pewnym momencie nie czujesz już zmęczenia. Odlatujesz kompletnie: psychicznie i fizycznie — mówi Marcin Wencel, prezes firmy Wencel-Zanussi Profesional.

Do Ameryki wysłali motocykle statkiem. Trasa rajdu wiodła z Los Angeles na Florydę.

— Pojechaliśmy na wielki zlot do Daytony. Coś pięknego! Pół miliona harleyowców z całego świata. Żadnych burd, awantur, wypadków. Niezapomniane przeżycie — wzdycha.

Pan Marcin jest weteranem polskich harleyowców. Początki jego pasji sięgają dzieciństwa. Na motorach jeździ od 12. roku życia. W latach 60. miał sokoła. W latach 70. wyjechał do Austrii citroĎnem. Do Polski wrócił już harleyem. Po prostu zamienił się z szefem wiedeńskiej policji. 10 lat temu jako jeden z pierwszych w Polsce kupił gold winga. Od 5 lat jeździ road kingiem. Nieodłącznym towarzyszem jego wypraw jest małżonka, Grażyna Wencel. Jeździ z przodu, czyli sama prowadzi harleya.

— Bardzo lubię mojego sportstera. Jest mniejszy, w sam raz dla kobiety, ale nie ustępuje tym dużym motocyklom. Lubię jeździć z mężem. Ale czasem wypuszczamy się z koleżanką gdzieś same... W Polsce jeszcze niewiele kobiet prowadzi harleye, choć jest coraz więcej takich harleyowych amazonek — mówi.

Pan Marcin ma też harleya na... wodzie. Kupił 40-letnią motorówkę i odrestaurował.

— Włożyłem w nią różne części od harleya. Silnik mercedesa. Położyłem 20 warstw lakieru. Zamówiłem specjalną tapicerkę. Wyszło dzieło sztuki. Nie ma takiej drugiej! — chwali się.

W tym roku państwo Wenclowie znowu wybierają się motocyklami do Stanów. Na uroczyste obchody stulecia Harleya Davidsona.

— Chcemy też zahaczyć o Alaskę — mówi pan Marcin.

W jedności

Najpierw miał harleya. Potem stwierdził, że przydałoby się prawo jazdy. Krzysztof Sosnowski, właściciel warszawskiego Night Clubu LOCH, nigdy wcześniej nie jeździł na żadnym motorze.

Kolega zaprosił go na paradę harleyowców. Pojechał z żoną.

— To, co zobaczyłem i usłyszałem, przerosło moje wyobrażenia. Widziałem twardzieli na pięknych maszynach. Łoskot taki, że ciarki mi przeszły po plecach. Żona zaczęła rozmawiać z kobietami motocyklistów. Podeszła do mnie: „Widzę to w twoich oczach, nie zgadzam się na żaden inny motor. Jeśli chcesz kupić, to tylko harleya”. Tak się zaczęło — wspomina Krzysztof Sosnowski.

Motocykl pozwala mu odpocząć od pracy, rodziny, zapomnieć o kłopotach. Daje poczucie wolności. Krzysztof podkreśla: w tym środowisku najważniejsze są zasady.

— Jeśli komuś przytrafi się awaria, reszta staje i pomaga. Nikt człowieka nie zostawi samego. Harleyowcy to ludzie z krwi i kości — przekonuje.

Możesz zainteresować się również: