„Puls Biznesu”: Księże Profesorze, czy biznesmeni będą zbawieni? W Ewangelii majętny młodzieniec pyta Jezusa, co zrobić, by osiągnąć życie wieczne. Chrystus odpowiada: sprzedaj wszystko, a pieniądze rozdaj ubogim. Ów młokos odchodzi zasmucony. Kiedy indziej Jezus mówi, że łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu dostać się do Królestwa Niebieskiego. Znaczy: poprzeczka dla bogatych wisi bardzo wysoko...
Ks. prof. Tomasz Węcławski: Są jednak w Ewangelii i fragmenty, ukazujące pełniejszy obraz. Bogacz Zacheusz, przełożony celników (intratne stanowisko w ówczesnych realiach), zgłasza Jezusowi, że dzieli się majątkiem z innymi, a jeśli kogoś skrzywdzi, oddaje mu w dwójnasób. Taką zasadę Jezus pochwala. A celnik Levi, kojarzony z Mateuszem Ewangelistą, kiedy Chrystus go wzywa, porzuca wszystko i spieszy na wezwanie. Sytuacje, o których mówimy, są wskazówkami, a nie prostymi regułami postępowania. Zwracają uwagę na problem, ale i rozwiązanie: można się tak związać z majątkiem, że staje się on w życiu przeszkodą — zwłaszcza do zbawienia; ale i można zostawić to, czym człowiek żył bez reszty i rozpocząć coś z gruntu nowego. Jezus, kiedy kogoś wzywa i mówi mu, że teraz może zacząć zupełnie inaczej, jest takim imperatywem. Ta wskazówka dotyczy wolności. Kiedy człowiek zyska wewnętrzną swobodę wobec zasobów, które zgromadził, zazwyczaj już wie, co robić. Jeśli tej swobody nie ma, pozostanie skrępowany i odejdzie smutny, jak ów młodzieniec.
Czyli przedsiębiorca, który posiądzie ową wolność, umie w sposób etyczny stawić czoła codzienności: relacjom z kontrahentami, pracownikami czy urzędem podatkowym?
T.W.: Tak. Jeśli człowiek jest zniewolony przez pieniądze, to nie dlatego, że zakłócona jest jego relacja do majątku. Zakłócona jest jego relacja do samego siebie, w tym sęk.
Od lat działa duszpasterstwo ludzi pracy, ale obejmuje raczej pracobiorców. Czy polski Kościół nie powinien zaproponować przedsiębiorcom szczególnej oferty duszpasterskiej?
T.W.: Powinien. Wielu ludzi znaczną część życia poświęca pracy przedsiębiorczej, co silnie wpływa na ich sytuację społeczną i rodzinną. Duszpasterstwo musi to zauważać. Jedyne, czego bym się obawiał, to myślenia w kategorii zapotrzebowanie-usługa: mamy oto grupę klientów, stwórzmy dla nich nowy „produkt duszpasterski”. Duszpasterstwo ludzi pracy nie jest odpowiedzią na zwykłą kliencką potrzebę, lecz płynącym z wiary towarzyszeniem czy pomocą ludziom w specyficznej sytuacji życiowej, w której się znaleźli. To samo dotyczy przedsiębiorców.
Czy nie zżyma się Ksiądz Profesor na udział duchownych we wszelkiego rodzaju otwarciach i zakończeniach nowych inwestycji? Czy cystersom wypada reklamować piwo warzone w swoim klasztorze?
T.W.: Mam mieszane uczucia... Bo jesteśmy ludźmi wolnymi i zarówno duchowni jak i świeccy mogą uczestniczyć w życiu społecznym — każdy zgodnie ze swą sytuacją czy powołaniem. Ale wątpliwości narastają, gdy osoby duchowne wchodzą dosłownie w rolę partnerów biznesowych albo — symbolicznie — „uświetniających” różne okazje. Bo wówczas w ocenie wielu ludzi chodzi po prostu o dodatkowe chwyty marketingowe. Bywa że biznesmen, któremu zależy na stworzeniu wokół swego przedsięwzięcia aury bliskości z Kościołem czy pobożności, jest gotów na pewne koncesje — np. hojną ofiarę na cele kościelne. Warto uważać, bo w poczuciu wielu ludzi (myślę, że słusznie!) w ten sposób się świętokupczy, czyli że rzeczy święte stają się udziałem tych, którzy potrafią za nie zapłacić. A biedny nie ma tu czego szukać, bo w zamian — w tym pojęciu — nie ma nic do zaoferowania! Ksiądz, który pojawia się na uroczystości otwarcia nowego zakładu i przy tej okazji dostaje od przedsiębiorcy pokaźną ofiarę, niekoniecznie robi źle... Ale — mimo wszystko — przypomina to sytuację, o której pisze św. Paweł, choć w nieco innym kontekście: zapytano go, czy spożywać mięso z ofiar pogańskich. Paweł odpowiedział: przecież nie ma żadnych bożków, dlatego to mięso jest takie samo jak każde inne. Jednakże gdyby spożywanie tego mięsa mogło stworzyć choćby pozór zła — lepiej tego nie robić, by nie zgorszyć tych, co mogą sądzić, że i wy wpisujecie się w pogańskie obyczaje.
Czy Kościół powinien zatem podejmować jakąkolwiek aktywność biznesową?
T.W.: To osobny problem. Kiedyś wypowiedziałem się dość ostro na łamach „Tygodnika Powszechnego” o funduszu Arka-Invesco, którego udziałowcem był Episkopat Polski. Szczęśliwie to się skończyło... Miałem krytycznie zdanie, gdyż uważam, że instytucje kościelne nie powinny występować na tej samej płaszczyźnie, co podmioty gospodarcze. To nieporozumienie! W polskim Kościele utrzymuje się problem finansowania różnych dzieł, łącznie z charytatywnymi. 1-procentowa darowizna na cele dobroczynne ukazała nowe możliwości pożytkowania tych funduszy — gromadzenia pokaźnych środków na dzieła kościelne bez podejrzeń, że wiąże się to z jakimiś koncesjami. We Włoszech, gdzie nie ma tzw. podatku kościelnego, obowiązuje odpis podatkowy na rzecz Kościoła lub innych organizacji użyteczności publicznej. Dzięki temu Konferencja Episkopatu Włoch ma do dyspozycji wielkie środki — wykorzystuje je m.in. na pomoc dla ubogich krajów.
Może przenieść włoskie rozwiązania na nasz grunt?
T.W.: Warto to przemyśleć. Ale, moim zdaniem, nie należy pochopnie rezygnować z ofiarności, z którą od wieków w Polsce mamy do czynienia.
Dlaczego polski Kościół wciąż stroni od ujawnienia swoich finansów? Ekonomowie wielu diecezji a priori nie podejmują o tym rozmów.
T.W.: Służby kościelne, odpowiedzialne za finanse, wskutek złego prawa i poważnych zagrożeń przed 1989 rokiem nauczyły się działać dyskretnie, niejawnie. Siłą rozpędu podobne podejście przeniosło się na obecne czasy. Wciąż widać odruchowy opór przed ujawnianiem finansowej strony działalności instytucji kościelnych. Dziś te obawy nie mają uzasadnienia. Dlatego potrzeba jasnych reguł. Tym mniej obaw, im więcej jawności. Dziennikarz nie musiałby pytać, gdyby znalazł interesujące go informacje w raporcie finansowym. Jeszcze jedno... Opieram się tu na doświadczeniu — przeprowadziłem Papieski Wydział Teologiczny, obecnie Wydział Teologiczny poznańskiego uniwersytetu z bardzo „prywatnej” księgowości do księgowości bardzo „publicznej”. Nikomu to nie zaszkodziło. Przeciwnie.
Im niższy szczebel zarządzania w Kościele, tym większa otwartość rachunków — choćby w parafiach. Wiele z nich ogłasza regularnie raporty finansowe.
T.W.: Zmiany postępują powoli. Do głosu dochodzi poczucie, że niezatajanie finansów jest naturalne dla instytucji publicznych, a taką przecież jest i Kościół. Kto wykorzystuje publiczne pieniądze, a środki z ofiar są publiczne, winien się z nich rozliczać. Z pewnym trudem w parafiach wprowadzono rady ekonomiczne — z realnym wpływem na umiejętne gospodarowanie parafialnymi pieniędzmi. Pod tym względem przynajmniej w naszej poznańskiej archidiecezji sprawy zostały dobrze uregulowane.
Księże Profesorze, w jaki sposób podawanie w wątpliwość tradycyjnych wartości moralnych rzutuje na stosunki w biznesie?
T.W.: To nie tak, że życie społeczne w jednym obszarze jest w porządku, a w innym — nie. Jeżeli w ważnej dziedzinie życia społecznego dzieje się coś złego, prowokuje to konsekwencje w innych dziedzinach życia. Najgorsze, co można zrobić w życiu publicznym, to naruszenie zaufania. A to się dziś masowo dzieje zarówno w sferze politycznej, społecznej jak i gospodarczej. Nie tylko w Polsce. Tak, ów kryzys zaufania jest chyba najbardziej zgubny w życiu społecznym. Przychodzi mi na myśl Konfucjusz... Kiedy uczeń zapytał go, co by zrobił, gdyby powierzono mu rządy, mędrzec odparł: „Przywrócę wartość imion”. Bo jeśli słowa nic nie znaczą, to rządzenie nie ma sensu. Innym razem adept zapytał Konfucjusza o trzy rzeczy niezbędne do dobrego rządzenia. „Dosyć broni, dosyć jedzenia, dosyć zaufania” — odparł myśliciel. „A gdybyś mistrzu miał wybrać tylko jedną?” — dopytywał się uczeń. „Na początku zrezygnowałbym z broni, później z jedzenia, z zaufania nie można zrezygnować nigdy” — brzmiała odpowiedź. Im prędzej się ockniemy i zaczniemy sobie mówić „tak nie wolno!”, tym lepiej. Jeśli tu się nic nie zmieni, katastrofa jest już zaprogramowana.
Tradycyjne wartości... Od dłuższego czasu najkrzykliwszym przejawem zmian i dyskusji wokół nich jest zawierucha wokół emancypacji osób o orientacji homoseksualnej, często sprowadzona do kłótni czy przemocy podczas przemarszów. Czy — z punktu widzenia moralnych ocen Kościoła — homoseksualista może być wzorowym liderem czy menedżerem?
T.W.: Pierwotne kryterium nie leży w takich czy innych „okolicznościach osobistych” czy preferencjach seksualnych, lecz w wolności wobec siebie i wynikającej stąd odpowiedzialności. Jeśli jest się człowiekiem wolnym i odpowiedzialnym — niezależnie od czyjejś osobistej sytuacji w płaszczyźnie życia seksualnego czy innych obszarach — można być odpowiedzialnym przywódcą czy menedżerem. A jeśli nie, choćby ktoś był wprost konformistycznie normalny, będzie inaczej. Byłbym zatem ostrożny z klasyfikowaniem tylko według kryterium preferencji seksualnych.
Ale trzeba zarazem zauważyć, że pewne wybory naruszające zwykły porządek ludzkiego życia, mają konsekwencje: sprzyjają zakłóceniom, które nie muszą, ale mogą przenieść się na inne dziedziny życia społecznego. Gdybym miał wybór między człowiekiem prowadzącym uporządkowane życie rodzinne i pod tym względem godnym zaufania, a kimś, kogo życie osobiste jest, powiedzmy to ostrożnie, „skomplikowane” i nie do końca uporządkowane, wybiorę tego pierwszego — bo mam do niego większe zaufanie. Sądzę, że przez odpowiedzialność człowieka w relacjach osobistych, pokazuje on ewentualną odpowiedzialność w szerszych relacjach społecznych. Ale — powiadam — to nie jest taka prosta reguła.
