W trzewiach Ziemi

Karolina Guzińska
opublikowano: 2005-01-14 00:00

Podziemne próżnie. Wabią klimatem. Rozmaitością widoków. Pozwalają śmiałkom odkryć nieznane...

Wielu ludzi czuje respekt — nawet strach — przed ciemnością, wilgocią, czeluściami... Inni znajdują podziemny świat niesłychanie malowniczym. Ekscytuje ich dotknięcie miejsc, w które nikt wcześniej nie dotarł. Mierzenie i opisywanie dziewiczych rejonów. Sporządzanie planów i przekrojów nowo odkrytych korytarzy i studni.

— Poznanie. To najsilniejszy magnes. Szczyty są już zbadane, „podziemne przestworza” wciąż czekają na odkrywców. Przez 15 lat nasz klub wyeksplorował w rejonie Hoher Goll w Salzburskich Alpach Wapiennych 112 jaskiń o łącznej długości 31 km — a ile jeszcze zostało! W 2004 r. stanęliśmy na głębokości 923 m. Tego lata chcemy szukać dalej, bo jaskinie powyżej 1 tys. m głębokości porównuje się z 8-tysięcznikami Korony Himalajów. Cennym doświadczeniem jest też współdziałanie grupy. Bycie razem w ekstremalnych warunkach — przekonuje Dariusz Poślednik z Wielkopolskiego Klubu Taternictwa Jaskiniowego.

Bez brawury

Penetracja jaskiń bez właściwego sprzętu i przygotowania może się skończyć tragicznie. Nawet pozornie niegroźny wypadek, np. złamanie nogi, jest poważny ze względu na trudności związane z transportem poszkodowanego. Akcje ratunkowe pod ziemią należą do najpoważniejszych. Nie wolno więc przeceniać sił — zmęczony człowiek popełnia błędy. Zagrożenie stwarza też nieodpowiedzialne zachowanie: nerwowość, niepewność, brak koncentracji...

— Wisisz na 9-mm linie, w ciemności, w 100-m studni... To niebezpieczne. Dlatego tak liczy się psychika. Nie zabrałbym na wyprawę człowieka nieodpowiedzialnego, ryzykanta... Takie indywidualności stwarzają zagrożenie dla siebie i dla grupy — przyznaje Dariusz Poślednik.

O tym, jak ważna jest odporność na stres, przekonał się Paweł Krzyszkowski z Wielkopolskiego Klubu Taternictwa Jaskiniowego. W okolicznościach mrożących krew w żyłach...

— Zeszliśmy na minus 300 m. Kolega zjeżdżał pierwszy i gdy zniknął mi z oczu, usłyszałem huk. Przewaliła się koło mnie ściana lodu, uderzając tam, gdzie ostatnio go widziałem. Ale gdy pyły opadły, zaczął wychodzić. Poczuł tylko podmuch za sobą... Nie dotarliśmy na dno tej studni — w ciągu 2 godzin naliczyliśmy 12 obrywów. Cóż, nie wszystko da się przewidzieć. Kamienie czy lód wiszą czasem na słowo honoru. Wystarczy dmuchnięcie... — wspomina.

Zawodny bywa sprzęt (choć zawsze bierze się np. dwa źródła światła). No i sporo waży. To wszystko sprawia, że nie wolno wyprawiać się samotnie. A grupa zostawia na powierzchni informację, gdzie idzie i na jak długo. Dla bezpieczeństwa.

Ukryte życie

Jaskinie nieprzystosowane do ruchu masowego mogą eksplorować tylko członkowie klubów jaskiniowych. Piętrzą się przy tym obostrzenia — na każde wejście do jaskiń tatrzańskich trzeba uzyskać pozwolenie Tatrzańskiego Parku Narodowego. Są one limitowane, bo łatwo naruszyć wrażliwe środowisko jaskiń. Prawdziwi grotołazi minimalizują skutki swej obecności pod ziemią. Nie zostawiają śladów, nie wynoszą na powierzchnię niczego, czego ze sobą nie wnieśli. Zagrożeniem są pseudogrotołazi. Potrafią np. zatruć wodę zużytym karbidem z wytwornic acetylenu używanych do oświetlania drogi, niepokoją nietoperze...

— Barbarzyństwem jest obłamywanie nacieków jaskiniowych na pamiątkę. One rosną kilkaset lat! — oburza się Paweł Krzyszkowski.

Wilgoć, brak światła i niska temperatura (4-7 stopni) sprawiają, że fauna i flora jaskiń jest dość uboga. Na stałe osiedlają się tylko troglobionty, zwierzęta nie spotykane poza jaskiniami. Przystosowały się do życia w specyficznym środowisku: są bezbarwne, zanikły im oczy, rozwinął zmysł dotyku... Najciekawszy troglobiont Tatr to studniczek. Śnieżnobiały i ślepy.

— To wodny bezkręgowiec długości 1,5 cm — opisuje Dariusz Poślednik.

W partiach przyotworowych, gdzie dochodzi światło dzienne, spotyka się niedźwiedzie brunatne, kozice, lisy, borsuki, kuny, nietoperze (17 z 21 żyjących w Polsce gatunków), sowy, ślimaki, owady — muchówki, motyle, pająki, wije, kosarze. To dla nich doskonała kryjówka — zimują lub chronią się przed ludźmi.

— Zieleni nie ma wcale. Tylko przy wejściach rosną mchy i paprocie. Głębiej — grzyby i glony. Ozdobą podziemnych korytarzy są za to ciekawe formy skalne i barwne nacieki. Pokrywają stropy, ściany, dna... Tworzą je rozmaite minerały — siarka, piryt, sole kamienne i potasowe — ale głównym budulcem nacieków jest kalcyt. W procesie krasowienia skał wapiennych powstają stalaktyty, stalagmity, kolumny naciekowe, grzybki, draperie i zasłony z mleka wapiennego... Nie wszystko pod ziemią jest białe. Domieszka żelaza sprawia, że szata naciekowa mieni się czerwienią i pomarańczem. Mangan zmienia jej barwę na brunatną, nawet czarną. A zimą powstają nacieki lodowe. Piękne, acz nietrwałe — opowiada Paweł Krzyszkowski.

Dla wytrwałych

Jedna z ważniejszych umiejętności grotołaza to pokonywanie pionowych studni i kominów. Z wyposażeniem alpinistycznym: liną statyczną (8-12 mm grubości), rolkami do zjazdu i przyrządami samozaciskowymi do wychodzenia. Lina nie może ocierać o skałę, stąd zakładanie punktów mocowania, zwanych przepinkami: grotołaz przytwierdza linę do ściany, wykorzystując naturalne ucha skalne lub specjalne kotwy, instalowane ręcznie albo wiertarką. Skomplikowane? Owszem, mimo to każdy może uprawiać ten sport. Nie dyskwalifikuje wiek, otyłość ani wada wzroku. O ile człowiek zda sobie sprawę ze swych ograniczeń. I wie, kiedy się zatrzymać — schodzenie na 1 tys. m to wyzwanie dla najsprawniejszych.

— Organizujemy jedno szkolenie rocznie, wczesną wiosną. Zgłasza się średnio 30 osób, do egzaminu końcowego przystępuje 8- -10, z czego 1-2 zostaje w klubie. Kurs, rozbity na kilka etapów, trwa cały rok. Kosztuje około 1 tys. zł. Kończy się wszechstronnym opanowaniem technik górskich i uzyskaniem karty taternika, uprawniającej do penetrowania jaskiń bez opieki instruktora — informuje Dariusz Poślednik.

Ludzie, którzy złapią bakcyla, działają w klubach nawet po 60. roku życia!

— Pamiętam ratownika pracującego w kopalniach, który po przejściu na emeryturę zrobił kurs jaskiniowy. Brał potem udział w wielu akcjach. Był lepszy niż niejeden młodzieniaszek — wspomina Dariusz Poślednik.

Klubowicze wnoszą roczną opłatę członkowską (100 zł na utrzymanie klubu i zakup sprzętu). Latem uczestniczą w wyprawach — nie tylko w polskie góry. Członkowie Wielkopolskiego Klubu Taternictwa Jaskiniowego wyjeżdżają np. w Alpy Salzburskie. Koszt dwutygodniowego pobytu 8-osobowej grupy wynosi 30 tys. zł — dlatego poszukują sponsorów.

— Jedna z najfajniejszych spraw to możliwość nazywania odkryć ku własnej uciesze, jak się chce: Korytarz w Cieniu Ekstazy, Studnia Franka, Meander dla Sprawnych Inaczej, Studnia Przełamanych Lodów, Jaskinia Gadających Kamieni — bo się osypywały — czy Jaskinia Błądzących we Mgle, także oddająca w nazwie sposób, w jaki została odkryta. Potem to jest powtarzane w oficjalnych materiałach. Jeśli znajdziemy sponsorów tegorocznej wyprawy, moglibyśmy nazywać odkryte partie jaskiń na ich cześć — zachęca Dariusz Poślednik.

Co kto lubi

Jaskinie alpejskie są przestronne, z ciekawą szatą naciekową. Większe i głębsze od tatrzańskich, rozwijają się pionowo, tworząc system połączonych studni, podzielonych poziomymi piętrami. Ich eksploracja wymaga zakładania biwaków — codzienne schodzenie z powierzchni na 1 tys. m jest nierealne.

Wielu grotołazów lubi życie obozowe. Są i tacy, dla których to największa atrakcja. Rozbijają biwaki, siedzą przy świecach, śpią w hamakach, a posiłki gotują na wodzie z jaskini. I odpoczywają od codzienności.

— Śpi się przyjemnie: powietrze jest chłodne, świeże... Ale czasem nie da się zasnąć, bo woda hałasuje, albo jest mokro. To najgorsze — gdy śpiwór zamoknie, trzeba zwijać obóz. W jaskini nic nie schnie! Ubranie suszy się na sobie, kucając nad maszynką do gotowania. Po jakichś 3 godzinach można iść spać, nie ryzykując zamoczenia śpiwora — opowiada Paweł Krzyszkowski.

Inni pasjonują się nurkowaniem w jaskiniowych syfonach i jeziorkach. Ekstremum ekstremalności. Woda jest bardzo zimna, a nurek ma nad głową skałę.

— To piekielnie trudne fizycznie i psychicznie. Nurkowie pracują parami — można ugrzęznąć w wąskim korytarzu. Trzeba się przeciskać: butla z przodu, butla z tyłu, gdy muł się podnosi, płynie się po omacku... Ale ktoś musi to robić — często, by poprowadzić akcję dalej, trzeba nurkować w wodzie stającej na drodze. Mnie to nie pociąga. Wolę fotografowanie pod ziemią — zwierza się Paweł Krzyszkowski.

Zachwyca go estetyka podziemnego świata, zmieniająca się pod wpływem światła. Formy, kolory, plastyka ścian — te same rzeczy można zobaczyć inaczej, rozmaicie oświetlając kadr.

— Zabiera się jak najmniej sprzętu. Aparat fotograficzny odpada pierwszy. Odżałować nie mogę, że nie wziąłem go do jaskiń w hiszpańskim Picos de Europa — paśmie górskim zwanym Himalajami Jaskiniowymi Europy, takie tu zagęszczenie jaskiń poniżej 1 tys. m głębokości. Przemierzałem tam podziemne rzeki. Niesamowite przeżycie — płynęło się setki metrów swobodnie, szerokim korytem, by za chwilę przeciskać ponton między skalnymi ścianami. A co jakiś czas pokonywało się wodospady, zjeżdżając na linie z pontonem na plecach — ubolewa Paweł Krzyszkowski.

Pod skrzydłami

Ludzie, którzy nie są członkami klubów jaskiniowych, mogą wynająć przewodnika.

— Prowadzeni są do łatwych jaskiń. Mimo to czasem mają oczy jak talerze. Podziwiają ciekawą budowę podziemi, fantazyjne nacieki wapienne. Atrakcją jest sforsowanie ciasnych korytarzy i szczelin, przez które trzeba się przeciskać. Poruszanie się w tym środowisku obejmuje czołganie, wspinaczkę, zjazdy, więc zanim klient wejdzie do jaskini, przez kilka dni jest szkolony z technik wspinaczkowych i ratowniczych. Nie zabiorę ze sobą nikogo, kto nie osiągnie samodzielności w niezbędnych manipulacjach — zaznacza Piotr Konopka, prezes Polskiego Stowarzyszenia Przewodników Wysokogórskich (PSPW), właściciel biura przewodnickiego K2.

Oprowadza po jaskiniach kilkanaście osób rocznie. Komercyjna grupa, licząca do czterech osób, wyprawia się z co najmniej dwoma przewodnikami.

— Kto się zgłasza? Pamiętam ojca z córką, księdza, 30-letniego biznesmena o wygórowanych ambicjach i niewielkich możliwościach... Ludzie wszelkich profesji, w rozmaitym wieku: od 18 do 70 lat — dodaje Piotr Konopka.

Cena wyprawy zależy od liczby uczestników. Dzień pracy przewodnika z PSPW kosztuje jedną osobę 600 zł, dwie płacą po 400 zł, trzy — po 300 zł, cztery — po 250 zł. Plus wypożyczenie niezbędnego sprzętu.