Dla większości Polaków nie ma znaczenia, gdzie trzymają swoje pieniądze — w bankach niemieckich, francuskich czy polskich. Ale czy to się komuś podoba, czy nie, prawie 64 proc. kapitału akcyjnego banków komercyjnych w Polsce należy do zagranicznych właścicieli.




I to we Frankfurcie, Brukseli czy Paryżu w dużej mierze zapadają decyzje kształtujące obraz polskiej bankowości. Do niedawna ekonomiści powtarzali, że kapitał nie zna granic. Gdy jednak kolejnymi krajami strefy euro wstrząsa kryzys, ta maksyma nabiera nowego znaczenia.
Oglądając obrazki z zamieszek na ulicach Aten i wysłuchując kolejnych wróżb o możliwym bankructwie Grecji, nikt o zdrowych zmysłach nie zdecydowałby się na powierzenie pieniędzy greckiemu bankowi. Filią takiego banku był Polbank, który musiał zmienić właściciela. Kupił go austriacki Raiffeisen. To najlepszy przykład, że kłopoty poszczególnych krajów i banków z Eurolandu powodują przetasowania na naszym rynku.
Zaczęło się za Oceanem
Pierwsza fala zmian była pokłosiem kryzysu na amerykańskim rynku kredytów hipotecznych, który w latach 2007-08 rozlał się na kraje Starego Kontynentu. We wrześniu 2008 r. na skraju bankructwa stanął amerykański gigant ubezpieczeniowy AIG. W zamian za pomoc rządu USA, zobowiązał się sprzedać część swoich zagranicznych aktywów.
W ten sposób pod młotek trafił niewielki wrocławski AIG Bank Polska. Kupił go największy bank na Półwyspie Iberyjskim, Banco Santander, o którym będzie jeszcze mowa w dalszej części opowieści. Wielkim przegranym tej transakcji okazał się nasz rodzimy gigant PKO BP, który przymierzał się do zakupu. W 2008 r. o upadłość otarł się jeden z największych irlandzkich banków — Allied Irish Banks (AIB). Na ratunek ruszył rząd w Dublinie i znacjonalizował bank.
Powtórzył się scenariusz jak w przypadku AIG — wyprzedaż zagranicznych aktywów. Perłą w koronie AIB był Bank Zachodni WBK, czwarty po PKO BP, Pekao i BRE największy bank w Polsce. Do wyścigu po pakiet 70 procent akcji banku ponownie stanęły Santander i PKO BP. Ponownie Hiszpanie byli górą. Zapłacili 3,1 mld euro. Ale okazało się, że to dopiero początek. W lipcu ubiegłego roku do sprzedaży części swoich zagranicznych aktywów zmuszona została także belgijska grupa finansowa KBC.
Od rządów Belgii i Flandrii otrzymała 7 mld euro pożyczki, którą musiała spłacić. Wystawiła więc na sprzedaż swoje polskie spółki: Kredyt Bank oraz towarzystwo ubezpieczeniowe Warta. Z tą drugą poszło gładko — wkrótce za 770 mln euro kupi ją niemiecki Talanx.
Gorzej jest z Kredyt Bankiem. Wyłączność na negocjacje w sprawie jego zakupu zapewnił sobie Santander. Ale negocjacje idą jak po grudzie. Hiszpanie oferują dużo mniej, niż chciałoby KBC. Prawdopodobnie dlatego, że wcześniej przepłacili za BZ WBK (cena wynosiła 2,6 wartości księgowej, gdy giełdowe banki wycenia się na 1,5 wartości księgowej).
Poza tym Hiszpanie w czasie kryzysu kupowali na lewo i prawo — przejęli 300 oddziałów brytyjskiego Royal Bank of Scotland i 150 placówek szwedzkiego SEB w Niemczech. Ekspansja okazała się kosztowna. Według ostatnich stres testów przeprowadzonych przez europejski nadzór bankowy, aby spełnić podwyższone normy kapitałowe, Santander potrzebuje aż 15,3 mld euro dodatkowego kapitału.
Na Millennium nie ma chętnych
Podobne problemy ma portugalski Banco Commercial Portugues (BCP), który latem wystawił na sprzedaż bank Millennium. BCP musiał to zrobić, bo ma pokaźny pakiet portugalskich obligacji (po greckich uważanych za najniebezpieczniejsze w Eurolandzie). Według nieoficjalnych informacji zakupem Millennium zainteresowane były... oczywiście Banco Santander oraz francuski BNP Paribas i rosyjski Sbierbank. Oficjalnie żaden z nich tego nie potwierdził. Portugalczycy dwukrotnie odkładali przetarg, w końcu przyznali, że być może będą musieli zrezygnować ze sprzedaży Millennium. Bo nie ma chętnych. Gdy zagraniczni właściciele zaczęli wystawiać na sprzedaż kolejne banki, powrócił temat ich repolonizacji.
Jak zrepolonizować banki
— Działające w Polsce banki powinny trafiać w polskie ręce. Należy ograniczyć możliwość transmisji kłopotów z zachodnich instytucji do polskiego sektora bankowego — mówi Mariusz Grendowicz, menedżer, który zrobił karierę w zagranicznych bankach — najpierw w amerykańskim Citibanku, holenderskim ABN Amro, potem jako szef banków BPH i BRE (kontrolowanych wtedy przez HVB i Commerzbank).
W podobnym tonie wypowiedział się były premier Jan K. Bielecki, który przez lata kierował bankiem Pekao, należącym do włoskiej grupy UniCredit. Zdaniem wielu ekonomistów, polityków, bankowców, a nawet Komisji Nadzoru Finansowego, zbyt duży udział obcego kapitału w sektorze bankowym może być niebezpieczny. Zagraniczne banki — akcjonariusze polskich spółek — mogą drenować kontrolowane przez siebie banki.
I choć nadzór bankowy wprowadził mechanizmy kontrolujące nieuzasadnione transfery kapitałów, to ich całkowicie nie wykluczył. Zagraniczni inwestorzy zawsze mogą przegłosować na przykład wypłatę wysokiej dywidendy. Nikt nie ma jednak pomysłu, jak się zabrać do repolonizacji banków. Próby ich odkupienia przez PKO BP okazały się nieudane.
Inni gracze dysponujący niezbędnym kapitałem, np. gigant ubezpieczeniowy PZU lub kontrolowany przez wrocławskiego miliardera Leszka Czarneckiego Getin Holding do zakupów się nie palą. Paradoksalnie, za prekursora wykupienia zagranicznych udziałów przez polski kapitał trzeba uznać szefa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego. To za jego rządów państwowe instytucje (m.in. Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska, Lasy Państwowe i PKO BP) odkupiły udziały w Banku Ochrony Środowiska od szwedzkiej grupy finansowej SEB. To jedyny dotychczas przypadek repolonizacji banku.
64proc.
kapitału akcyjnego w bankach komercyjnych działających w Polsce należy do zagranicznych właścicieli. Gdy zaczął się kryzys, wielu z nich wystawiło swoje akcje na sprzedaż. Największym kupcem okazał się hiszpański Santander, jeden z największych banków świata. W czasie kryzysu kupił u nas dwa banki i przymierza się do kolejnego.
