Wstydliwe sekrety samochodów

Rynek motoryzacyjny jest pełen wulgaryzmów nie mniej niż slumsy, a nawet obie części „Psów” Władysława Pasikowskiego

Nazwa modelu samochodu ma odzwierciedlać jego charakter, przeznaczenie, rozmiar i wywoływać pozytywne skojarzenia. Jest ważna, więc jej wymyślanie to trudne i odpowiedzialne zajęcie. Chyba że jest się włoskim producentem. Bo Włosi mają łatwiej. Wystarczy, że nazwą rzecz po imieniu i już jest pięknie.

Zobacz więcej

SŁOWNE PUŁAPKI: Mnogość języków, znaczeń czy slangów prowadzi między innymi do tego, że na światowych ulicach, być może w jednym korku, stoją obok siebie „prostytutka” (mazda laputa), „onanista” (mitsubishi pajero) i „śpiewający penis” (kia picanto). A wszyscy obracają głowy za sunącym z wolna „srebrnym gnojem”… Fot. Bloomerg

Posłuchajcie: maserati quattroporte. Gdyby jakimś cudem Maserati było polską firmą, to z nazwą modelu „czterodrzwiowy” raczej nie zrobiłoby kariery. Albo: ferrari testarossa. Nazwa nawiązuje do czerwonej osłony głowicy silnika. Ale jak brzmi! A jak brzmi czerwona głowica? Przykładów jest więcej. Choćby melodyjna nazwa niezwykle popularnego na przełomie wieków małego fiata — cinquecento. A to przecież nic innego jak określenie pojemności silnika (pięćset). Ale Włosi to wyjątek. Reszta motoświata musi się męczyć.

Nazwami samochodów producenci nawiązują do krain geograficznych, zwierząt, zjawisk meteorologicznych. Muszą jednak nie tylko brać pod uwagę „oficjalne” znaczenie słowa w ich rodzimym języku. Obowiązkowe jest także sprawdzenie alternatywnych znaczeń, brzmienia, zastosowania w slangu i sposobu czytania — również w innych językach. Przykłady, o których mowa dalej, dowodzą, że warto się upewnić, czy to, co po naszemu oznacza rączego jelenia, w innym kraju nie jest przypadkiem niewyszukanym określeniem… czynności fizjologicznej.

Mimo że nad nazwami najczęściej pracują zespoły lingwistów i tłumaczy, wpadek nie brakuje. Pół biedy, gdy zdarza się to na mało istotnym rynku, gorzej, gdy na ważnym lub wręcz jedynym. Wtedy wpadka z nazwą nie tylko ośmiesza samochód, ale także bezpośrednio przekłada się na sprzedaż.

Taki przypadek przytrafił się np. szacownej amerykańskiej firmie Buick. W 2005 r. wprowadziła na rynek model lacrosse. Autorzy nazwy nawiązali do popularnej onegdaj w Stanach gry zespołowej, a niezamierzenie do czegoś jeszcze…

Ku ich zdumieniu okazało się, że we francuskojęzycznej kanadyjskiej prowincji Quebec, gdzie auto było również sprzedawane, brzmienie tej nazwy jest podobne do se crosser, co oznacza... masturbację nastola

tków. Zawstydzony producent zmienił nazwę — tak na rynek trafił model Allure. Przygodę z „masturbacją” miał również japoński Mitsubishi. Popularny m.in. w Europie terenowy pajero nawiązuje nazwą do dzikiego kota. Okazało się jednak, że w krajach hiszpańskojęzycznych nawiązuje przede wszystkim do słowa pajro, które oznacza… onanistę. Japończycy zareagowali szybko — zmienili nazwę auta w tych krajach na montero.

Ciekawa pod względem językowym jest też historia hondy jazz. Pierwotnie to niewielkie auto miało nosić ładnie brzmiącą nazwę fitta. Wydrukowano już nawet plakaty, przygotowano reklamy i opracowano hasło reklamowe. W ostatniej chwili ktoś dopatrzył się jednak, że starannie przygotowana kampania nie wyszłaby modelowi na zdrowie.

W Szwecji i Norwegii bowiem fitta to dosyć wulgarne określenie waginy. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że przygotowane przez speców od marketingu hasło reklamowe brzmiało „mała na zewnątrz, duża w środku”. Ostatecznie producent przechrzcił fittę na jazz, a w niektórych krajach na fit.

Podobnych przykładów jest sporo. Opel ascona w niektórych krajach był odbierany jako „opel pochwa”, renault koleos w Grecji to nic innego jak „renault jądra”, a kia piccanto to w Brazylii „kia śpiewający penis” (od pica + canto).

„Awaryjna” zmiana nazwy zdarzyła się nawet szacownemu luksusowemu rolls-royce’owi. Jeden z jego kultowych modeli nazywa się silver shadow (srebrny cień), a pierwotnie silver mist (srebrna mgła/zamglenie) — do czasu, gdy ktoś się połapał, że w bogatych Niemczech mist oznacza gnój, który — nawet srebrny — nijak nie przystaje do nobliwego obrazu marki. Ford kuga w Chorwacji może budzić popłoch jako ford plaga. Przykłady można mnożyć.

Nic dziwnego, że niektórzy producenci uciekają się do innego sposobu nazywania modeli aut. Używają tylko liter lub cyfr, które w każdym języku powinny oznaczać to samo. Okazuje się jednak, że nawet to rozwiązanie nie gwarantuje bezpieczeństwa. Co może być złego w audi q3? Otóż sposób, w jaki przeczytają to Francuzi. A przeczytają „cutres”, co oznacza kogoś słabego i mizernego.

Mimo wszystko Audi nie zamierza zmieniać nazwy swojego SUV-a. Inaczej postąpiła Toyota — pewnie dlatego, że sposób czytania nazwy jej modelu mr2 we Francji mocno uderzał w wizerunek całej marki. Widząc to małe sportowe auto, Francuz czytał jego nazwę jako „merdeux”, czyli… „gówniany”.

Dlatego w tym kraju mr2 przemianowano na mr coupe. Jaki płynie morał z językowych wpadek producentów aut? Między innymi taki, że zaprojektowanie nazwy stanowi podobne wyzwanie jak zaprojektowanie nowego modelu. Globalny rynek nie oznacza globalnego języka.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Bołtryk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Wstydliwe sekrety samochodów